Czas Świecia: Kiedy dokładnie zaczęła się pani interesować Kociewiem i jak to się zmieniało na przestrzeni lat?
Bożena Ronowska: Początki moich zainteresowań regionem sięgają roku 1999 i wiążą się ściśle z potrzebą ucieczki od problemów dnia codziennego i choroby nowotworowej. Potrzeba nieustannej pracy nad sobą, naturalna dążność do wiedzy nie pozwalają mi na odpoczynek. Odpoczywam, czytając, pisząc, wyszywając i malując. Jest to dla mnie niezwykła przygoda, dziwny proces, dzięki któremu mogę się spełniać. Potrzeba wiedzy w pewnej chwili stała się tak silna, że w 2009 roku podjęłam studia wyższe, nieco wcześniej rozpoczęłam edukację regionalną dzieci, młodzieży i dorosłych. Uczestniczyłam w wielu projektach. Zaczęłam pozyskiwać granty na różne przedsięwzięcia. Były także dwa prestiżowe stypendia, które przyznał mi minister kultury i dziedzictwa narodowego w 2007 i 2009 roku.
Dużo pani haftowała.
- Zgłębiwszy tajniki haftu kolorowego i złotego na Kociewiu i Kaszubach, wykonawszy wiele niezwykłych prac hafciarskich, które obecnie są przechowywane w zbiorach muzeów i osób prywatnych na całym świecie, dotarłam do miejsca, w którym sama natura dała mi znak, że zdobyłam już wystarczającą wiedzę praktyczną zarówno w temacie haftów kolorowych, jak i czepcowych. Pogarszający się wzrok uniemożliwił mi dalszą pracę.
Teraz oprócz pisania, haftowania, papieroplastyki, malarstwa na szkle, haftu złotego, haftu kolorowego ma pani inną pasję. To malowanie palcami.
- Maluję pastelami olejnymi, które rozcieram palcami. Nie ma w tej technice nic nietypowego, co prawda znacznie częściej ten sposób malowania stosuje się przy malowaniu suchymi pastelami, jednak również w przypadku pasteli olejnej rozcieranie kolorów palcem przynieść może zaskakujące efekty. Pomysł na pastele olejne powstał wraz z projektem, który nosi nazwę „Linia Skaya Folk Design” i jest serią obrazów powstałych z inspiracji polskim folklorem, kierowanych do szerokiego grona odbiorców, również producentów przedmiotów zdobionych motywami folkowymi. Przy mojej współpracy powstała m.in. nowa seria odzieży zdobionej fragmentami moich obrazów.  Malowanie pastelami olejnymi jest stosunkowo trudne, ponieważ są one tłuste i trudno miesza się kolory, ponadto pigment jest w postaci kredki. Pastel olejna w odróżnieniu od innych posiada piękne, żywe barwy i można jej używać na różnym podłożu, w moim przypadku te dwie cechy zadecydowały o wyborze techniki malarskiej.  Ukończyła pani studia...
- Rok temu zdobyłam tytuł magistra arteterapii (to ma związek z warsztatami rękodzieła, jakie prowadziłam) i dziedzictwa regionalnego (to z kolei wiąże się ściśle z moimi zainteresowaniami naukowymi).
Kontynuuje pani naukę.
- Obecnie piszę rozprawę doktorską na studiach stacjonarnych III stopnia z historii i historii sztuki w Instytucie Archeologii i Etnologii Uniwersytetu Gdańskiego.
Dlaczego zdecydowała się pani na doktorat?
- Tak postanowiłam już wiele lat temu, jak się okazuje - nie rzucam słów na wiatr i pomimo wielu przeciwności losu dążę do realizacji powziętych celów, do spełnienia marzeń. Dzięki studiom zgłębiam swoje naukowe pasje, uzupełniam wiedzę praktyczną zdobytą przez lata podczas mojej działalności regionalnej na Kociewiu o wiedzę teoretyczną. Odkryłam także w sobie pasję badacza i naukowca, świat archiwów i starodruków jest teraz częścią mnie. Tym żyję. Kto wie, może dzięki temu żyję?
Gdy rozmawiałyśmy w 2010 roku, planowała pani zająć się Kociewiem od strony naukowej. Skąd zainteresowanie czarami, czarownicami i procesami czarownic, bo właśnie o tym pisze pani prace?
- Temat procesów o czary w Europie w wiekach XV-XVIII jest tematem trudnym i mało opracowanym, stawia przede mną cały szereg wyzwań, daje poczucie odkrywania, budzi zainteresowanie i potrzebę zrozumienia wielu niezgłębionych spraw. Do procesów czarownic doprowadziły mnie moje pasje etnograficzne, zainteresowanie kulturą i wierzeniami ludowymi z tamtego okresu.
Rzeczywiście, swojego czasu pisała pani o tradycjach i wierzeniach kociewiaków.
- Tak. To, czym zajmuję się dzisiaj, jest konsekwencją tego, czym zajmowałam się wcześniej.
Legendy o toczących się rzekomo procesach o czary w Nowem na przełomie wieku XVII i XVIII okazują się prawdą, którą można bez trudu udowodnić na podstawie zachowanych dokumentów sądowych, przechowywanych w Archiwum Państwowym w Bydgoszczy.
Do tego dochodzi cały szereg akt dokumentujących procesy o czary w bydgoskim Fordonie i samej Bydgoszczy, Stryszewie, Tropach, Chałupach, Grudziądzu, Toruniu, Chełmnie, Elblągu i wielu innych. Otwiera to przede mną ogromne perspektywy i gwarantuje, że nie zabraknie mi oryginalnych dokumentów do analizy historycznej.
Czy po wielu materiałach źródłowych udało się choć w jakimś stopniu zrozumieć to zjawisko, wytłumaczyć je?
- Myślę, że zbyt krótko badam zjawisko procesów o czary, by móc wyciągać daleko idące wnioski. Jeśli chodzi o zrozumienie, to polowań na czarownice, myślę, że nawet jeśli zdobędę dużą wiedzę w tym temacie, nigdy nie zrozumiem.
Czy takie badania nad czarami nie kłócą się z wiarą?
- Moje początki badań nad procesami o czary, zwłaszcza pierwsze dni studiowania akt procesowych, były dla mnie niewyobrażalną próbą. Niepokój, który wówczas odczuwałam, targał mną i powodował wątpliwości. Spędziłam wiele bezsennych nocy. W miarę upływu czasu zrozumiałam, że postać szatana, która jest kluczowa w problemie procesów o czary, nie jest czymś nowym, o aniele strąconym przez Boga z obłoków można przeczytać już w Biblii. Towarzyszy więc człowiekowi od zawsze i jest głęboko zakorzeniony w katolickiej kulturze.
Dziś na ten problem patrzę jako naukowiec, nabrałam dystansu. Uważam wręcz, że jako katoliczka, etnolog i historyk mam obowiązek i przywilej zbadania tego tematu w sposób, jaki sama sobie wypracowuję. Emocje w tym wypadku mogą być złym doradcą.
Ile w Polsce było przeprowadzonych takich procesów o czary?
- Na ogół przyjmuje się, że w Europie za przestępstwo czarów było sądzonych 110 000 osób, z czego zaledwie jedna czwarta to mężczyźni. Według szacunkowych danych podawanych przez Bohdana Baranowskiego w XVI wieku w Polsce procesy o czary odbywały się w niewielkim procencie, na XVII wiek przypada już 46 proc., a na wiek XVIII ponad 50 proc. Według danych podawanych przez różnych autorów w Polsce za czary skazano od kilku tysięcy do 15-20 tysięcy osób.
Dlaczego ludzie byli oskarżani?
- Osoby, które oskarżały innych o pakt z diabłem, często czyniły to z najniższych pobudek. Ich ofiarami zwykle padały kobiety, ponieważ łatwo było je oskarżyć o to, że są kochankami diabła, że są w jego mocy i na jego usługach. Niewielka liczba oskarżonych o konszachty z czartem przyznawała się do winy bez tortur. Były to kobiety, które same uważały się za czarownice. Wierzono, że kobiety kolaborujące z diabłem posiadają nadprzyrodzone moce, potrafią nie tylko kogoś skrzywdzić za pomocą czarów, ale mają też zdolność do latania na miotle. Legendy narosłe wokół czarownic i ich tajnych zgromadzeń na Łysej Górze wciąż straszą dzieci.
Czy nadal odwiedza pani szkoły i opowiada uczniom o Kociewiu i hafcie?
- Oczywiście, choć zdarza się to nieco rzadziej niż kiedyś. Obecnie częściej jeżdżę z wykładami na temat procesów o czary po uczelniach wyższych w całej Polsce.
Jakie ma pani cele w życiu, jakie marzenia?
- Obecnie moim głównym celem jest nauka, chcę dokończyć rozprawę doktorską i ją obronić, myślę również, by wnieść coś nowego do nauki polskiej, i nie tylko.
Dzięki temu zapominam o złym stanie zdrowia, marzę o tym, bym mogła zupełnie nie pamiętać o tej ciemnej stronie mojego życia.
Wiąże pani swoją dalszą pracę ze Świeciem i okolicami?
- W tej chwili nie planuję tak dalece mojej przyszłości naukowej, nie wiem, co przyszłość przyniesie, ale na pewno będę dążyła do tego, by pozostać tam, gdzie jestem doceniana i rozumiana. Nie jest to niestety Świecie.
Dziękuję za rozmowę.
ACZ

 

Czas Świecia: Kiedy dokładnie zaczęła się pani interesować Kociewiem i jak to się zmieniało na przestrzeni lat?

Bożena Ronowska: Początki moich zainteresowań regionem sięgają roku 1999 i wiążą się ściśle z potrzebą ucieczki od problemów dnia codziennego i choroby nowotworowej. Potrzeba nieustannej pracy nad sobą, naturalna dążność do wiedzy nie pozwalają mi na odpoczynek. Odpoczywam, czytając, pisząc, wyszywając i malując. Jest to dla mnie niezwykła przygoda, dziwny proces, dzięki któremu mogę się spełniać. Potrzeba wiedzy w pewnej chwili stała się tak silna, że w 2009 roku podjęłam studia wyższe, nieco wcześniej rozpoczęłam edukację regionalną dzieci, młodzieży i dorosłych. Uczestniczyłam w wielu projektach. Zaczęłam pozyskiwać granty na różne przedsięwzięcia. Były także dwa prestiżowe stypendia, które przyznał mi minister kultury i dziedzictwa narodowego w 2007 i 2009 roku.

Dużo pani haftowała.

- Zgłębiwszy tajniki haftu kolorowego i złotego na Kociewiu i Kaszubach, wykonawszy wiele niezwykłych prac hafciarskich, które obecnie są przechowywane w zbiorach muzeów i osób prywatnych na całym świecie, dotarłam do miejsca, w którym sama natura dała mi znak, że zdobyłam już wystarczającą wiedzę praktyczną zarówno w temacie haftów kolorowych, jak i czepcowych. Pogarszający się wzrok uniemożliwił mi dalszą pracę.

Teraz oprócz pisania, haftowania, papieroplastyki, malarstwa na szkle, haftu złotego, haftu kolorowego ma pani inną pasję. To malowanie palcami.

- Maluję pastelami olejnymi, które rozcieram palcami. Nie ma w tej technice nic nietypowego, co prawda znacznie częściej ten sposób malowania stosuje się przy malowaniu suchymi pastelami, jednak również w przypadku pasteli olejnej rozcieranie kolorów palcem przynieść może zaskakujące efekty. Pomysł na pastele olejne powstał wraz z projektem, który nosi nazwę „Linia Skaya Folk Design” i jest serią obrazów powstałych z inspiracji polskim folklorem, kierowanych do szerokiego grona odbiorców, również producentów przedmiotów zdobionych motywami folkowymi. Przy mojej współpracy powstała m.in. nowa seria odzieży zdobionej fragmentami moich obrazów.  Malowanie pastelami olejnymi jest stosunkowo trudne, ponieważ są one tłuste i trudno miesza się kolory, ponadto pigment jest w postaci kredki. Pastel olejna w odróżnieniu od innych posiada piękne, żywe barwy i można jej używać na różnym podłożu, w moim przypadku te dwie cechy zadecydowały o wyborze techniki malarskiej.

Ukończyła pani studia...

- Rok temu zdobyłam tytuł magistra arteterapii (to ma związek z warsztatami rękodzieła, jakie prowadziłam) i dziedzictwa regionalnego (to z kolei wiąże się ściśle z moimi zainteresowaniami naukowymi).

Kontynuuje pani naukę.

- Obecnie piszę rozprawę doktorską na studiach stacjonarnych III stopnia z historii i historii sztuki w Instytucie Archeologii i Etnologii Uniwersytetu Gdańskiego.

Dlaczego zdecydowała się pani na doktorat?

- Tak postanowiłam już wiele lat temu, jak się okazuje - nie rzucam słów na wiatr i pomimo wielu przeciwności losu dążę do realizacji powziętych celów, do spełnienia marzeń. Dzięki studiom zgłębiam swoje naukowe pasje, uzupełniam wiedzę praktyczną zdobytą przez lata podczas mojej działalności regionalnej na Kociewiu o wiedzę teoretyczną. Odkryłam także w sobie pasję badacza i naukowca, świat archiwów i starodruków jest teraz częścią mnie. Tym żyję. Kto wie, może dzięki temu żyję?

Gdy rozmawiałyśmy w 2010 roku, planowała pani zająć się Kociewiem od strony naukowej. Skąd zainteresowanie czarami, czarownicami i procesami czarownic, bo właśnie o tym pisze pani prace?

- Temat procesów o czary w Europie w wiekach XV-XVIII jest tematem trudnym i mało opracowanym, stawia przede mną cały szereg wyzwań, daje poczucie odkrywania, budzi zainteresowanie i potrzebę zrozumienia wielu niezgłębionych spraw. Do procesów czarownic doprowadziły mnie moje pasje etnograficzne, zainteresowanie kulturą i wierzeniami ludowymi z tamtego okresu.

Rzeczywiście, swojego czasu pisała pani o tradycjach i wierzeniach kociewiaków.

- Tak. To, czym zajmuję się dzisiaj, jest konsekwencją tego, czym zajmowałam się wcześniej. Legendy o toczących się rzekomo procesach o czary w Nowem na przełomie wieku XVII i XVIII okazują się prawdą, którą można bez trudu udowodnić na podstawie zachowanych dokumentów sądowych, przechowywanych w Archiwum Państwowym w Bydgoszczy. Do tego dochodzi cały szereg akt dokumentujących procesy o czary w bydgoskim Fordonie i samej Bydgoszczy, Stryszewie, Tropach, Chałupach, Grudziądzu, Toruniu, Chełmnie, Elblągu i wielu innych. Otwiera to przede mną ogromne perspektywy i gwarantuje, że nie zabraknie mi oryginalnych dokumentów do analizy historycznej.

Czy po wielu materiałach źródłowych udało się choć w jakimś stopniu zrozumieć to zjawisko, wytłumaczyć je?

- Myślę, że zbyt krótko badam zjawisko procesów o czary, by móc wyciągać daleko idące wnioski. Jeśli chodzi o zrozumienie, to polowań na czarownice, myślę, że nawet jeśli zdobędę dużą wiedzę w tym temacie, nigdy nie zrozumiem.

Czy takie badania nad czarami nie kłócą się z wiarą?

- Moje początki badań nad procesami o czary, zwłaszcza pierwsze dni studiowania akt procesowych, były dla mnie niewyobrażalną próbą. Niepokój, który wówczas odczuwałam, targał mną i powodował wątpliwości. Spędziłam wiele bezsennych nocy. W miarę upływu czasu zrozumiałam, że postać szatana, która jest kluczowa w problemie procesów o czary, nie jest czymś nowym, o aniele strąconym przez Boga z obłoków można przeczytać już w Biblii. Towarzyszy więc człowiekowi od zawsze i jest głęboko zakorzeniony w katolickiej kulturze. Dziś na ten problem patrzę jako naukowiec, nabrałam dystansu. Uważam wręcz, że jako katoliczka, etnolog i historyk mam obowiązek i przywilej zbadania tego tematu w sposób, jaki sama sobie wypracowuję. Emocje w tym wypadku mogą być złym doradcą.

Ile w Polsce było przeprowadzonych takich procesów o czary?

- Na ogół przyjmuje się, że w Europie za przestępstwo czarów było sądzonych 110 000 osób, z czego zaledwie jedna czwarta to mężczyźni. Według szacunkowych danych podawanych przez Bohdana Baranowskiego w XVI wieku w Polsce procesy o czary odbywały się w niewielkim procencie, na XVII wiek przypada już 46 proc., a na wiek XVIII ponad 50 proc. Według danych podawanych przez różnych autorów w Polsce za czary skazano od kilku tysięcy do 15-20 tysięcy osób.

Dlaczego ludzie byli oskarżani?

- Osoby, które oskarżały innych o pakt z diabłem, często czyniły to z najniższych pobudek. Ich ofiarami zwykle padały kobiety, ponieważ łatwo było je oskarżyć o to, że są kochankami diabła, że są w jego mocy i na jego usługach. Niewielka liczba oskarżonych o konszachty z czartem przyznawała się do winy bez tortur. Były to kobiety, które same uważały się za czarownice. Wierzono, że kobiety kolaborujące z diabłem posiadają nadprzyrodzone moce, potrafią nie tylko kogoś skrzywdzić za pomocą czarów, ale mają też zdolność do latania na miotle. Legendy narosłe wokół czarownic i ich tajnych zgromadzeń na Łysej Górze wciąż straszą dzieci.

Czy nadal odwiedza pani szkoły i opowiada uczniom o Kociewiu i hafcie?

- Oczywiście, choć zdarza się to nieco rzadziej niż kiedyś. Obecnie częściej jeżdżę z wykładami na temat procesów o czary po uczelniach wyższych w całej Polsce.

Jakie ma pani cele w życiu, jakie marzenia?

- Obecnie moim głównym celem jest nauka, chcę dokończyć rozprawę doktorską i ją obronić, myślę również, by wnieść coś nowego do nauki polskiej, i nie tylko.Dzięki temu zapominam o złym stanie zdrowia, marzę o tym, bym mogła zupełnie nie pamiętać o tej ciemnej stronie mojego życia.

Wiąże pani swoją dalszą pracę ze Świeciem i okolicami?

- W tej chwili nie planuję tak dalece mojej przyszłości naukowej, nie wiem, co przyszłość przyniesie, ale na pewno będę dążyła do tego, by pozostać tam, gdzie jestem doceniana i rozumiana. Nie jest to niestety Świecie.

Dziękuję za rozmowę. ACZ