CZAS ŚWIECIA: Jak zaczęła się tegoroczna wyprawa?

Tomasz Pasiek: To była moja druga podróż w ramach projektu "Cztery Oceany''. W ubiegłym roku wybrałem się do Portugalii nad Atlantyk. W tym roku moim celem był Ocean Arktyczny.

W sobotę 17 lipca pojechałem pociągiem do Władysławowa. Stamtąd rowerem dojechałem do Jastrzębiej Góry na nocleg, żeby oficjalnie następnego dnia rozpocząć wyprawę na najbardziej na północ wysuniętym punkcie Polski. Najpierw kierowałem się na Trójmiasto, a potem w kierunku Elbląga. Warmia mnie już wcześniej urzekła, bo jeździłem tam autostopem, ale teraz było zupełnie inaczej. Miałem czas, żeby dokładnie obserwować okolicę, i okazało się, że w niektórych miejscowościach było więcej bocianów niż ludzi. Niestety, jadąc drogą nr 7, po strasznych wertepach, 3 km przed Elblągiem złapałem gumę w tylnym kole. Poza tym niezbyt trafnie zabrałem ze sobą namiot jednoosobowy i gdy go rozbiłem na polu, stwierdziłem, że zabierając do środka sakwy rowerowe, jest w nim za mało miejsca. Następnego dnia wysłałem go do Świecia i postanowiłem, że po drodze kupię nowy, dwuosobowy. Dodatkowo miałem problemy z konusami przy tylnym kole. Z Elbląga wyjechałem dość późno. Ten stracony czas chciałem nadrobić w trasie, ale na Mazurach, a szczególnie na Suwalszczyźnie, jest sporo podjazdów. Potem na Podlasiu pogoda się popsuła i zależało mi, aby jak najszybciej przekroczyć granicę z Litwą.

Przy dużym obciążeniu na rowerze chyba też się trudniej jechało.

- Tak. Z tyłu miałem bagaż zapakowany w dwie sakwy. Łącznie ważyły one 25 kilogramów.

Miał pan chyba jechać przez Rosję?

- Nie udało się. Nie dostałem wizy. Chciałem przejechać odcinek między Rosją i Finlandią, ale są tam strategiczne bazy wojskowe i obcokrajowcy nie mają wstępu. Pewnie dlatego odmówiono mi wjazdu. Było za późno na składanie nowego wniosku.

Jak było na Litwie?

- Przez ten kraj chciałem jak najszybciej przejechać, trochę ze względu na fatalną pogodę, ale też dlatego, że jest tam najwięcej w Europie ofiar śmiertelnych na drogach. Jechałem główną trasą, obok tiry i osobówki przejeżdżały bardzo blisko mnie. Zaczął padać deszcz, to była po prostu ściana wody. Musiałem jakoś się przemóc, bo wiedziałem, że później może być więcej takich dni. I się nie pomyliłem.

Miał pan jakieś specjalne zabezpieczenia na deszcz?

- Jeszcze w Polsce kupiłem kurtkę i torby całkowicie wodoszczelne, polskiej firmy, i to wystarczyło. Jak jechałem poprzednio do Portugalii, byłem zupełnie nieprzygotowany na deszczową pogodę. Teraz miałem trochę większe doświadczenie.

Gdzie pan spał?

- Głównie w namiocie, często pośrodku niczego, dwukrotnie na kempingach, a trzy razy u napotkanych osób. Miałem taką fajną sytuację na Litwie, wyznaczyłem sobie, że pojadę do małego miasteczka, ale nie było tam dobrego miejsca, żeby się rozbić. Byłem przy głównej trasie, zaczynało się robić ciemno, zmęczenie też powoli dawało mi się we znaki. Postanowiłem nadłożyć drogi o jakieś 30 km i pojechać do Poniewieża. Jechałem przez dobrą godzinę w całkowitych ciemnościach. Dojechałem do miasta i na stacji benzynowej zapytałem o najbliższy kemping jakiegoś kierowcę w limuzynie. Ten wyjął smartfona i zaczął szukać w internecie informacji. Okazało się, że muszę przejechać jeszcze 10 km przez całe miasto. Nie byłem zachwycony. Jednak nieznajomy mężczyzna zaoferował mi pomoc, eskortował mnie i oświetlał trasę, jadąc za mną. Gdy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że jestem tam jedynym gościem. Zamiast pola dano mi domek z pełnymi wygodami, za który nie musiałem nic płacić.

Litwę przejechałem przez dwa dni, Łotwę przez jeden.

Co było dalej?

- Łotwa okazała się bardzo spokojnym odcinkiem w mojej podróży. Za to Estonia już nie.

Miałem trochę problemów technicznych z rowerem. Jak zmieniałem dętkę, wyrobił się gwint od mocowania ośki przedniego koła. To było 25 km przed Parnu. Koło całkowicie latało w widełkach. Nie dało się jechać. Do autobusu z rowerem nie mogłem wejść. Była niedziela, ale po drodze udało mi zatrzymać kierowcę, który jechał w te okolice odwiedzić rodzinę. Okazało się, że zawodowo zajmował się robotyką i stwierdził, że kilometr dalej mieszka jego ojciec i ma warsztat, gdzie można tę usterkę naprawić. Udało się nakręcić gwint tak, żeby dojechać nazajutrz do Parnu. Zostałem przez tę rodzinę bardzo miło przyjęty. Zaproponowano mi nocleg w domku letniskowym. Zacząłem opowiadać im o moim projekcie, rozdałem dzieciom przypinki z logo wyprawy i herbem Świecia. To okazało się miłą przerwą w podróży.

Gdy dojechałem do miasta, na jakimś zakręcie drogi spotkałem się z grupą blondynów, to byli Finowie, którzy często jeżdżą do Estonii, bo tu jest taniej niż u nich. Jeden z nich też potrzebował sklepu rowerowego. Pojechaliśmy razem. W sklepie kupiłem to, czego potrzebowałem, i jeszcze kilka dętek na zapas. Przy okazji porozmawiałem sobie z właścicielem, który też był w młodości na Nordkappie i dał mi kilka cennych wskazówek, jak tam dotrzeć. Jeszcze tego samego dnia dojechałem do Tallina, bo na następny dzień miałem kupiony bilet na prom do Helsinek.

Na fajnych ludzi pan trafia.

- Rzeczywiście. Stereotyp Finów jest taki, że są zimnymi ludźmi i mało kontaktowymi. Tak jednak nie jest, są niezwykle rozmowni i uczynni.

Helsinki to nie było miejsce docelowe?

- Moim następnym etapem było Lahti, znane ze skoków narciarskich. Musiałem się tam dostać z Helsinek, nie chciałem jechać autostradą i dlatego musiałem znaleźć starą, lokalną drogę. Miałem jednak spore problemy z jej odnalezieniem. Pytałem po drodze wielu osób, jak do niej trafić. Z tymi Finami bardzo miło się rozmawiało. Gdy dowiadywali się, że jestem z Polski, opowiadali wiele ciekawych historii. Jeden Fin jeździ do naszego kraju na mecze piłkarskiej ekstraklasy. Stwierdził, że lubi atmosferę na naszych stadionach. Wymieniliśmy się kontaktami. Być może zabiorę go na mecz do Gdańska. Po drodze było dużo bardzo ciekawych rozmów i już miałem obawy, czy tego dnia w ogóle wyjadę z Helsinek. Ktoś mnie zabierał ze sobą, eskortował. Wreszcie po trzech godzinach wydostałem się z miasta. W Lahti zaczepiłem jakąś kobietę, bo chciałem się dowiedzieć, jak dojechać na skocznie. Tak się zagadaliśmy, że godzinę spóźniła się do pracy. Finowie są świetni w tzw. small talk, dzięki czemu czułem się tam bardzo dobrze, a samotność nie stanowiła problemu.

Im dalej na północ, tym pewnie było mniej ludzi.

- Im dalej na północ, tym pogoda była gorsza. Na południu zdarzały się nawet upały. Jednego dnia przejechałem ponad 200 kilometrów, ale po drodze musiałem zrobić sobie dwie przerwy na drzemki, bo jazda w ukropie dawała się we znaki. Na szczęście ominąłem sezon, gdy nad jeziorami jest chmara komarów, bo właśnie jechałem obok samych zbiorników wodnych.

Potem była Laponia i wioska św. Mikołaja. Pogoda stawała się nieprzyjemna, ciągle padało. Siedziałem sobie w chatce św. Mikołaja i wypisywałem pocztówki, gdy nagle dosiadła się do mnie dziewczyna i po polsku zapytała mnie, skąd przyjechałem. Zobaczyła mój rower na zewnątrz i poznała polskie sakwy. Ona też podróżowała po Finlandii rowerem. Opowiedziała mi, że właśnie rzuciła pracę i chce przez dwa miesiące podróżować i podziwiać architekturę tego kraju.

Jaka okazała się Finlandia?

- Finowie to nacja z największą liczbą samobójstw. Zastanawiałem się, czemu tak jest. Być może dlatego, że tam jest taki trudny klimat i ludzie mają do siebie stosunkowo daleko. Paradoksem było to, że im dalej na północ, tym spotykałem serdeczniejsze osoby, które same mnie zaczepiały i chciały o coś zapytać. Ludzie wyraźnie szukali kontaktu. Wielkie wrażenie robiły też na mnie otwarte przestrzenie, często gigantyczna pustka dookoła, która mnie totalnie zafascynowała.

Jechał pan sam, telefon komórkowy to podstawa kontaktu ze światem, gdzie go pan ładował, jak po drodze były tylko puste przestrzenie?

- W Finlandii co jakiś czas przy trasach są małe kawiarenki, w prywatnych domach. Można tam napić się ciepłej kawy, herbaty, zjeść kawałek renifera, skorzystać z toalety. Kawa jest tam nawet tańsza niż w Polsce. To prowadzą głównie Lapończycy, obok mają namioty typu tipi, gdzie można kupić skóry czy wykonane przez nich ozdoby.

Na renifera pan po drodze nie wpadł?

- One boją się ludzi, rower je płoszył. Choć zdarzały się sytuacje, gdy stawaliśmy oko w oko. Za to w Norwegii pierwszej nocy, gdy położyłem się namiocie, słyszałem odgłos, jakby mała dziewczynka wzywała pomocy. Okazało się, że są tam tzw. funny birds - ptaki, które wydają podobne do ludzkich dźwięki.

Niestety, jak wjechałem do Norwegii, znowu zaczęły się problemy z przednim kołem. Dźwięk był taki, jakby mi szprychy pękały. Po 80 kilometrach znalazłem sklep rowerowy, udało się wycentrować koło i aż do Nordkapp ten dźwięk już mnie nie niepokoił.

W Norwegii też po drodze spotkał pan ciekawych ludzi?

- Oczywiście. Niemkę, która jest na emeryturze i podróżuje po świecie. Właśnie jechała do Nordkapp, a potem 200 kilometrów dalej, gdzie miała obiecaną pracę jako kucharka.

Był też Włoch na skuterze, takim małym, do rozwożenia pizzy. Wyglądał jak postać z kreskówki "Super Mario".

Czym zaskoczył Nordkapp?

- Są tam wysokie, kilkukilometrowe podjazdy i na samej górze wieje niesamowicie mocno. Wyzwaniem były tunele. Jeden był pod wodą, jechało się 9-10 stopni w dół, a potem tyle samo pod górę. W środku było bardzo mało tlenu. Po drodze naliczyłem chyba z 30 tuneli. W pewnym momencie na Nordkapp jest tylko jedna trasa, 140-kilometrowa, i żeby stamtąd wrócić, trzeba pokonać ją ponownie.

Na początku, gdy dotarłem do celu, czyli najbardziej na północ wysuniętego punktu w Europie, chciałem zobaczyć ocean. Mgła była jednak tak duża, że nic nie było widać. Kilka godzin poczekałem w miejscowym Centrum Arktycznym i w pewnym momencie ocean się odsłonił. Generalnie pogoda potrafi się tam zmieniać co 15 minut - ze skrajności w skrajność. To było dokładnie 5 sierpnia, dojechałem tam z Polski w ciągu 19 dni i pokonałem około 2,8 tys. kilometrów.

Gdy wracałem, znowu zaczął się stukot w przednim kole. Dojechałem do Storstlett i byłem zmuszony kupić nowe koło. W planach były też Lofoty. Dotarł pan do nich?

- W drodze powrotnej założyłem sobie, że zahaczę jeszcze o Narwik, bo zależało mi na obejrzeniu pomnika poświęconego Polakom, którzy zginęli tam podczas II wojny światowej. Po drodze wpadłem na pomysł, żeby pojechać do Szwecji. Nadłożyłem 100 kilometrów drogi, bo chciałem po latach znowu zobaczyć ten kraj, ale też kupić ser, który jest tam tańszy niż w Norwegii. Potem obrałem drogę na Lofoty, cały czas drżąc, tym razem o te tylne koło, gdzie na obręczy były widoczne pęknięcia przy co drugiej szprysze. Miałem wtedy do przejechania jeszcze około 400 kilometrów.

Lofoty to bajka.

- Rzeczywiście. Przejechałem przez pięć głównych wysp. One wszystkie połączone są bardzo finezyjnymi w kształtach mostami. Po drodze mijało się małe wioseczki rybackie. Wyjątkowo urokliwe ze względu na skaliste góry, które wyglądają jak do połowy zatopione Tatry.

Już na Lofotach zdecydowałem, że dołożę sobie następne 300 kilometrów, aby ponownie przekroczyć krąg polarny. Udało mi się i spędziłem noc w namiocie rozbitym dokładnie na kole podbiegunowym.

Po tylu przygodach i awariach dalej zamierza pan dojechać do kolejnych oceanów?

- Może ze względu na sytuację polityczną będę musiał zmienić kierunek i zamiast Oceanu Indyjskiego w przyszłym roku najpierw dotrę nad Pacyfik. W każdym razie cieszę się, że wyjadę z Europy, Turcja i Iran są krajami wielu kontrastów i jest tam też dużo taniej. Kiedyś tam mieszkałem i perspektywa powrotu jest nader ekscytująca.

Nie myśli pan o znalezieniu sponsorów.

- Nie. Wydaje mi się to zbyt dużym ułatwieniem. Poza tym nie chcę, żeby ktoś obcy wykładał swoje pieniądze na spełnianie moich marzeń. Na pewno ważna jest współpraca z gminą Świecie. Chcę żeby projekt "Cztery Oceany'' promował miejsce, z którego pochodzę. Urząd miasta wspomógł mnie np. w zakupie materiałów promocyjnych.

W sobotę, 17 września, o godz. 18 ma pan na zamku wernisaż wystawy fotograficznej "Dwa z czterech". Jakie zdjęcia będzie tam można zobaczyć.

- Będą to fotografie zrobione zza kierownicy roweru. To nie będą typowo artystyczne ujęcia. Mam nadzieję, że odwiedzający wystawę poczują klimat tych wypraw.

Dziękuję za rozmowę.

Not. Katarzyna Rydzewska