Teatru nie trzeba rozumieć

rydzek
08.08.2017 07:05
A A A
11 sierpnia lew pożre tresera na chełmińskim rynku

11 sierpnia lew pożre tresera na chełmińskim rynku (Fot. Arch. Teatru Klinika Lalek)

Uciekli z miasta, żeby w Wolimierzu tworzyć wędrowny teatr. Na scenie wykorzystują ogromne lalki, drewniane maski i jeżdżące machiny. Najnowszy spektakl "Cyrk bez przemocy" zaprezentują pierwszego dnia Perspektywy - Nine Hills Festival. O tworzeniu sztuki na końcu świata i widowisku w Chełmnie, rozmawiamy z Wiktorem Wiktorczykiem, szefem Teatru Klinika Lalek

Klaudia Peplińska: Teatr Klinika Lalek powstaje w 1988 r. na Wydziale Sztuki Lalkarskiej PWST we Wrocławiu. W czyjej głowie rodzi się idea stworzenia zespołu i jaki to czas dla tworzenia teatru w ogóle?
Wiktor Wiktorczyk: Dla nas to czas studiów. W kraju czas przemian politycznych, których my specjalnie nie odczuwaliśmy, bo cztery lata życia wypełniło nam uczenie się teatru. Klinikę Lalek założyli studenci jednego roku. Siedmiu rycerzy sztuki, którzy zdecydowali się na prace odkrywcze w dziedzinie lalkarstwa. Rozpoczęliśmy swoje wizje najpierw snuć, a potem urzeczywistniać. Na nasz sposób patrzenia na teatr bardzo wpłynęła wówczas twórczość Petera Schumanna, założyciela Bread and Puppet Theater. Pojawiły się większe lalki, figury. Inspirowali nas także niezwykli pedagodzy, Anna Proszkowska, Józef Frymet. Wiedza, jaką przekazywali młodym studentom, ukształtowała charakter naszego teatru, który zmieniał się w swoich poszukiwaniach. Wzrastał.
Był jeszcze bunt.
- Mówi pani o Med-Art [artystyczny manifest aktorów - przyp. red.]. Buntowaliśmy się przeciwko stagnacji w sztuce lalkarskiej, przeciwko temu, że w teatrze lalek niewiele się działo. Postanowiliśmy o niego zawalczyć, wprowadzić nasze wizje w życie i wyprowadzić sztukę lalkarską z monotonii. Krzyczeliśmy, że lalkarstwo jest chore, a my je uzdrowimy.
W 1991 r. teatr przeniósł się do Wolimierza, niewielkiej wsi w woj. dolnośląskim. Skąd pomysł na to, by tworzyć teatr w miejscu, które malarz i pisarz Henryk Waniek nazywa końcem świata?
- Tak się po prostu zdarzyło. Wolimierz po raz pierwszy pokazał nam ówczesny menedżer Kliniki, Jerry Kilian. Jako dojrzały artysta dokładnie przewidział przyszłość młodego zespołu. Zamiast zostać we Wrocławiu i tworzyć miejską formę teatru, przenieśliśmy się do malowniczej wioski u podnóża Gór Izerskich. Tu chcieliśmy kontynuować nasz manifest, kreować miejsce dziania się teatru.
"Kto nie wierzy w koniec świata, niech tam pojedzie i zobaczy". Tak pisał Waniek.
- Bo tak było. W tamtym czasie i mentalnie, i technologicznie, Wolimierz zatrzymał się w późnym średniowieczu. Brak telefonów, wszędzie stare technologie pieców, wszystko zniszczone przez czas komuny. Ludzie bez kontaktu ze światem, z prymitywną wizją świata poza wsią. Ktoś o tym miejscu wyraźnie zapomniał. Obserwowaliśmy, jak do Wolimierza dociera cywilizacja - od pojawienia się pierwszego przepływowego elektrycznego podgrzewacza wody, przez pierwsze telefony, aż do internetu.
Dziś jest tu Stacja Wolimierz - miejsce spotkań, warsztatów, festiwali. Dom sztuki.
- Na Stacji Wolimierz pracujemy w opuszczonej stacji kolejowej. To stuletni, przepiękny obiekt, który odnawialiśmy sami, krok po kroku. To była piękna rzecz - kreować sobie przestrzeń wokół, a jednocześnie bardzo ciężka praca. Kiedyś przez wieś przejeżdżało 30 pociągów na dobę - jechały do Wiednia, Pragi, Berlina. Zauważyłem, że ta funkcja stacji wcale się nie zmieniła. Ludzie spotykają się tu jak na dworcu, witają się, żegnają, rozjeżdżają, oczekują jak na poczekalni. Tylko pociągami są już dziś inne wehikuły: spektakle i warsztaty. Organizujemy festiwale, ludzie mówią tu o przepięknych rzeczach. Poświęciliśmy temu miejscu to, co wówczas było dla nas najcenniejsze - czas. Gdybyśmy zostali we Wrocławiu, wszystko potoczyłoby się inaczej. A my nie chcieliśmy inaczej, chcieliśmy tak.
Ale Wolimierz to nie tylko miejsce dla sztuki, to też miejsce waszego życia.
- My tu zamieszkaliśmy. Żyło się tu i żyje jak w raju. Z lewej ładnie, z prawej ładnie, spojrzy się przed siebie - też ładnie. Przyjeżdża tu mnóstwo naszych przyjaciół. Zachwycają się miejscem, kupują tu ziemie, budują domy. Osiedlają się tu malarze, rzeźbiarze, muzycy. Na festiwale zjeżdżają artyści z całej Europy.
Są też mieszkańcy. Jak wówczas, w 1991 r. zareagowali na pojawienie się we wsi grupy młodych artystów - absolwentów PWST, którzy właśnie ich Wolimierz wybrali na miejsce urzeczywistniania swoich wizji teatru?
- Część ludzi otwarcie przyjęła nas od razu, inni potrzebowali na to więcej czasu. To nie było łatwe środowisko. Dla pani Basi z Wolimierza dziewczyna z kolczykiem gdzie indziej niż w uszach była wówczas strasznym zjawiskiem, ksiądz bał się chodzić po kolędzie (śmiech). Musieliśmy wzbudzić zaufanie mieszkańców. Jeździłem więc z trąbą słonia na rowerze przez całą wieś i zapraszałem na spektakle. Organizowaliśmy festyny, zapraszaliśmy na zabawy sylwestrowe, tworzyliśmy jasełka. Mój przyjaciel Mietek Szcześniak wystąpił w kościele. Dzieci z wioski przeżywały z nami swój pierwszy kontakt z działaniami artystycznymi. Poznawaliśmy się. Proszę pamiętać, byliśmy buntownikami. Sądziliśmy, że skoro ktoś w Wolimierzu może uprawiać pole, to ktoś inny może uprawiać tu sztukę lalkarstwa. A w związku z tym, że wszystko robiliśmy z miłości, obyło się bez tragedii.
Ogromne lalki, drewniane maski, jeżdżące machiny i gigantyczne konstrukcje - najczęściej w otwartej przestrzeni, często z muzyką na żywo. Spektakle Kliniki hipnotyzują. Czy ta mnogość środków wyrazu daje dziś przewagę lalkarstwu nad klasycznym teatrem dramatycznym?
- W środkach wyrazu na pewno. W teatrze dramatycznym, aby przekazać emocje, aktorzy wykazują swój talent, geniusz aktorski, my w teatrze lalek mamy jeszcze masę cudownych narzędzi - cały świat rekwizytów, lalek, masek. To także inne relacje - energia pomiędzy aktorem i lalką. Od samego początku mieliśmy wrażenie, że teatru w ogóle nie trzeba rozumieć, że wystarczy go przeżywać. Ważna była więc dla nas forma. To, jak nią zagrać, aby ten teatr właśnie przeżywać. Wszystko tworzymy sami. Ktoś rzeźbi figury, inni je oklejają, ktoś tworzy lalki, jeszcze inni pracują nas instalacjami, które wzmacniają konstruktorzy.
Co jest pierwsze, lalka czy tekst?
- Różnie. Eksperymentujemy, poszukujemy nowych rozwiązań, metod. Zachowujemy zazwyczaj klasyczne podejście do kolejności tworzenia - najpierw jest słowo - literatura, potem interpretacja, ale każdy spektakl ma oddzielną inspirację. Najważniejsze rzeczy dzieją się w trakcie prób, kiedy mamy już figurę. Dopiero wtedy dowiadujemy się, co ona potrafi. Wszystkiego nie da się zaplanować, zresztą to, co zaplanowane, z czasem staje się nudne. Dlatego spektakle Kliniki nigdy nie są skończone. One mają się rozwijać. Zwykle te nasze rozwiązania są bardzo abstrakcyjne, ale jednocześnie komunikatywne. Z tej abstrakcyjnej pracy naszego umysłu korzystamy od lat.
Pierwszego dnia festiwalu w Chełmnie obejrzymy najnowszy spektakl teatru "Cyrk bez przemocy". Tu również nie zabraknie abstrakcji - aktorzy pojawiają się obok lalek zwierząt w naturalnych rozmiarach, żyrafa zakochuje się w treserze, lew swojego tresera zjada. Jest jeszcze piękna idea.
- To duże widowisko. Powstało w odpowiedzi na najnowsze trendy w sztuce cyrkowej - cyrk bez przemocy, gdzie podziwiamy sztukę artystów, a nie patrzymy na wyczyny zwierząt, uwalniamy je od cierpienia. W naszym cyrku wszystko jest jednak możliwe. Zwierzęta, które pojawiają się na scenie, to największe marionetki na świecie. W rolach artystów oglądamy aktorów w żywym planie. Chcieliśmy nawiązać do klasycznego cyrku sprzed lat, ale zwrócić uwagę na to, co dziś w tej sztuce jest istotne.
Będzie też parada.
- Siedem ton czystego szczęścia! Tyle powiem, reszta niech pozostanie tajemnicą. Bo możemy się umówić na element zaskoczenia?
Oczywiście! Od założenia teatru mija dziś prawie 30 lat, nadal w teatrze lalek jest co uzdrawiać?
- My dalej zajmujemy się szerzeniem swojej koncepcji sztuki, przekazywaniem pozytywnej myśli. Chcemy inspirować młodzież, zachęcać dzieci do patrzenia na świat w kontekście miłości, bo wtedy wszystko ma ręce i nogi. Z tym przekazem działamy od lat. Szczególnie ważna jest dla nas właśnie sztuka dla dzieci. Jeden dźwięk wiolonczeli sprawia, że mali odbiorcy zapamiętują go na całe życie. Sztuka powinna być więc wobec nich uczciwa, a jeszcze często wydaje mi się, że karmi ich bylejakością. Istnieją rzeczy, z których jeszcze dziś trzeba teatr wyleczyć. To m.in. układy i biurokracja, przez które sztuka jest bardziej kombinatem niż wyrazem artyzmu. Więcej rzeczy wywołuje u mnie jednak pozytywne emocje. Współpracujemy z młodzieżą, to nowe pokolenie, które kształtuje nową myśl kreacji. Stawiają duży krok naprzód. Pozwalają mi być przekonanym, że zrobią coś dobrego, przekażą nam kawałek dobrego teatru.
Dziękuję za rozmowę.
Klaudia Peplińska

Zobacz więcej na temat:

Skomentuj:
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX