Magdalena Potulska: Niedawno wróciłeś z mało znanych gór, dlaczego akurat Argentyna?
Tak naprawdę pomysł, aby jechać do Argentyny, w Andy Środkowe, do rzadko odwiedzanej doliny Valle del Colorado, do bazy Pirca del Polacos na wysokości 3670 m, zrodził się nie w mojej głowie, a kolegi Andrzeja Kowalika. Chyba oboje lubimy takie miejsca, których nie znajdzie się w turystycznych katalogach. Wręcz przeciwnie - są nieodkryte, surowe i mało znane. A ja właśnie lubię jeździć w takie odludne albo przynajmniej rzadko uczęszczane miejsca. Właśnie z tego powodu ta wyprawa przypadła mi do gustu, tym bardziej że nie byłem jeszcze w Argentynie. Poza tym warto dodać, że góry te w 1934 roku odkryła polska wyprawa badawcza pod kierownictwem dr. Konstantego Jodko-Narkiewicza, zorganizowana przez Koło Wysokogórskie przy Oddziale Warszawskim Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego.
Co udało się zdobyć?
- Sam sobie założyłem, że w perspektywie mamy wejście na trzy góry. W tym również na tę najwyższą - Mercedario (6770 m), co było szczytem marzeń niezależnym wyłącznie od naszych chęci, ale przede wszystkim od warunków zewnętrznych. Na pewno jednak chcieliśmy wejść na dwie nieco niższe góry i to udało się osiągnąć. Najpierw postanowiliśmy z kolegą Pawłem Sójką, będącym ze mną w dwuosobowym zespole, zaatakować Cerro Ramadę na 6410 m. Aklimatyzacja przebiegała dość sprawnie, jednak dojście do trzeciego obozu, zlokalizowanego już na wysokości 5400 m, z ciężkimi plecakami nie było łatwym zadaniem.
Następnego dnia zaplanowaliśmy atak na szczyt góry. Wstaliśmy już o czwartej rano, aby zdążyć w ciągu dnia pokonać dzielącą nas od szczytu wysokość tysiąca metrów O 13.09 z dumą czuliśmy się zdobywcami Cerro Ramady. Cała działalność związana ze zdobyciem tej góry zajęła nam sześć dni.
Weszliśmy też na nieco niższą, liczącą 6120 m, Alama Negrę. W trakcie wspinaczki założyliśmy dwa obozy. Zrezygnowaliśmy z trzeciego i postanowiliśmy dojść do szczytu z wysokości 4900 m, czyli do pokonania mieliśmy - bagatela - tylko 1200 m w pionie. Ostatecznie zrezygnowaliśmy z kontynuacji tej drogi i poszliśmy na wprost bardzo kamienistą wschodnią granią. Niewiele brakowało, a wycofalibyśmy się. Ostatecznie pokazaliśmy wolę walki i na przekór silnym wiatrom stanęliśmy na szczycie o 12.50. Obydwie te góry bardzo nas wyczerpały, mimo to w założeniu mieliśmy jeszcze ochotę na tę najwyższą - Mercedario. Po kilku dniach odpoczynku postanowiliśmy zaatakować. Niestety, tam wiało już tak silnie, że nie dało się iść. Postanowiliśmy nie ryzykować zdrowia i życia. Nie kusić losu więcej, niż było to koniecznie. Za głosem rozsądku wycofaliśmy się. Niedosyt i żal pozostał. Tym bardziej że zdrowie i moc dopisywały, ale warunki atmosferyczne były wyjątkowo nieprzychylne.
Wiele zależało od pogody...
- Z namiotu albo na zdjęciach pogoda wyglądała na idealną. Słońce, słońce i jeszcze raz słońce.
Spodziewaliśmy się śniegu, i to sporych ilości. Co się okazało, podobnie jak u nas, właściwie śniegu tam nie było wcale. Co najwyżej strome górskie ściany były pokryte oblodzeniami z poprzednich lat. Wiatru spodziewaliśmy się wiejącego ze średnią prędkością 70-80 km na godzinę i taki wiał minimalnie. Czasem bywało i tak, że dosłownie wiatr przygniatał nas do ziemi. Najgorzej było na Mercedario, chwilami po prostu nie dało się iść do przodu. Tam wiatr rozdawał karty. Do tego przenikliwe zimno. Raz w namiocie, na wysokości 5400 m, mierzyliśmy temperaturę - było minus 15 stopni Celsjusza. Do tego warunki na zewnątrz - przenikliwy mroźny wiatr - dawały temperaturę minus 30-35 stopni. Wystarczyło tylko na chwilę zdjąć rękawiczki, aby poprawić coś przy sprzęcie czy zawiązać sznurówki, a palce dosłownie zamarzały.
Wspominałeś, że w tym samym czasie był tam jeszcze jeden dwuosobowy zespół. Współpracowaliście?
- Przede wszystkim to współpracowałem z moim partnerem z zespołu Pawłem Sójką. To chyba nasza trzecia albo czwarta wspólna wyprawa, a więc wiemy, czego możemy się po sobie spodziewać. Mamy podobne doświadczenie, no i zaufanie do siebie. Poza nami szedł jeszcze jeden dwuosobowy zespół. Niestety, im już tak nie dopisywało szczęście jak nam. Oni wyjątkowo mieli pod wiatr, i dosłownie, i w przenośni. Na dodatek jeden z nich odmroził sobie dłonie. Próbowali atakować razem z nami obie góry. Niestety, nie udało im się wejść na żadną z nich. Wycofali się, a w bazie głównej pozostawili nam przydatne rzeczy. Sami stukilometrowy odcinek do najbliższego miasta Barreal przez pustynię postanowili pokonać pieszo.
Zobaczyłeś chociaż skrawek nizinnej Argentyny, poznałeś ludzi?
- Dolina jest bardzo piękna, surowa, trudno dostępna dla turystów i nieprzygotowana do egzystencji. Z tamtejszymi ludźmi widziałem się na początku wyprawy, kiedy to nasze bagaże początkowo jechały w jeepie, a potem na mułach zostały przetransportowane do bazy. Po czterech tygodniach byliśmy umówieni na to, by nas odebrali. Tak więc nie było tego kontaktu za wiele, ale dali się poznać jako bardzo sympatyczni i ciepli ludzie. Dogadywaliśmy się z nimi po hiszpańsku, natomiast Anibal, mężczyzna, z którym załatwialiśmy całą tę logistykę, rozmawiał po angielsku. Większość spraw jeszcze przed wyjazdem udało się załatwić przez internet.
Coś was zaskoczyło?
- Przede wszystkim z map i informacji wydawało nam się, że te dwie góry będą łatwiejsze do przejścia i zdobędziemy je w krótszym czasie. Przejścia z bazy do poszczególnych obozów odbywały się poprzez bardzo strome piargi, w których dosłownie zapadaliśmy się po kostki, a czasem i po kolana. Mało tego, do wysokości 5400 m właściwie nie było śniegu. W praktyce wyglądało to tak, że gdy mozolnie o metr posunęliśmy się do przodu, to zsunęliśmy się dwa metry.
Właśnie przez kamienie był to też najbardziej destrukcyjny wyjazd dla mojego sprzętu. Zniszczyłem sobie buty, plecak, spodnie, nie wspomnę już o sprzęcie technicznym. Już na trasie musiałem łatać, kleić i zszywać wszystko, co się dało, no i jakoś tak udało się dotrwać. Przez całe cztery tygodnie spędzone w górach nie mieliśmy żadnego kontaktu z rodziną, właściwie z nikim. Nie działał telefon satelitarny, o komórce nie wspomnę. Nasi koledzy po dotarciu do miasta wysłali SMS-y do naszych rodzin, że wszystko jest w porządku. To było na kilka dni przed naszym powrotem do domów. Mimo takich właśnie kilku nieprzewidzianych okoliczności i niedosytu po Mercedario jestem bardzo zadowolony z wyprawy. Cieszę się, że rozsądek jednak wziął górę, a jednocześnie mam wielką satysfakcję, że znów postawiłem nogę tam, gdzie niewielu było przede mną.
- Nie, póki co to nie. Takie wyprawy naprawdę pochłaniają sporo pieniędzy. Nie mógłbym brać w nich udziału, gdyby nie pomoc sponsorów. Po raz kolejny pomogli mi spełnić marzenia. Teraz przede wszystkim muszę zainwestować w sprzęt, bo bardzo dużo rzeczy uległo bezpowrotnemu zniszczeniu. Znając moich kolegów, na pewno będą mnie namawiali na kolejną eskapadę. Jak wilka do lasu, tak mnie ciągnie w góry, zwłaszcza wysokie, dzikie, nieodkryte.
Dziękuję za rozmowę.
Magdalena Potulska
Karty rozdawał wiatr
30.01.2012
10:19
Fot. Nadesłane
Udało się zdobyć Cerro Ramadę i Alama Negrę. - Najgorzej było na Mercedario, chwilami po prostu nie dało się iść do przodu i trzeba było się wycofać - opowiada Ryszard Bocian z Osia o swojej wyprawie w Andy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów











