Mam miłość, rodzinę, wszystko

rydzek
24.03.2012 12:05
A A A
sienią cała rodzina zdobyła Nosal, na zdjęciu Marta i Marcin z Zuzią i Jasiem

sienią cała rodzina zdobyła Nosal, na zdjęciu Marta i Marcin z Zuzią i Jasiem (Fot. Arch)

Marta Suchocka, magister geodezji, zapalona miłośniczka gór, uwielbia, czytać książki i jeździć rowerem. Z większości tych rzeczy zrezygnowała, aby wychowywać chorą córkę Zuzię. Gdyby miała zrobić coś tylko dla siebie, otworzyłaby kawiarnię

Czas Świecia: Opowiedz nam o sobie
Marta Suchocka:
Z moim obecnym mężem Marcinem Suchockim z Laskowic poznałam się na studiach. Byliśmy nawet w jednej grupie ćwiczeniowej. Razem studiowaliśmy geodezję. Teraz jesteśmy już sześć lat po ślubie. Po skończeniu studiów przez dwa lata pracowaliśmy razem w Szczecinie, w geodezji. Marcin w terenie, a ja raczej w biurze. Potem pracowałam w Olsztynie w Agencji Modernizacji i Restrukturyzacji Rolnictwa, gdzie głównie zajmowałam się wnioskami o dofinansowania składanymi przez rolników. Miałam wówczas duży kontakt z petentami i bardzo miło wspominam tę pracę. Po dwóch latach po ślubie urodził się - obecnie czteroletni - Jaś. Po jego narodzinach poszłam na macierzyński i wychowywałam synka. Oboje z Marcinem wiedzieliśmy, że nie będziemy długo czekali z drugim dzieckiem. Mniej więcej po roku okazało się, że w moim brzuchu rozwija się Zuzia.
To dobra wiadomość...
- W początkowych tygodniach ciąży wszystko było w porządku. Koło dwudziestego tygodnia pojawiły się niepokojące sygnały. Już wtedy wiedzieliśmy, że to będzie dziewczynka, że być może będzie miała wadę serca. Nie była to pewna wiadomość, więc uznaliśmy, że nie będziemy martwić się na zapas. W trzydziestym tygodniu ciąży miałam robione badania prenatalne. Ich wyniki otrzymałam trzy dniu po przyjściu na świat Zuzi. Wtedy dopiero zdaliśmy sobie sprawę, na jaką chorobę cierpi nasza córeczka.
Co to za choroba?
- To bardzo rzadko spotykana choroba, zdiagnozowana jako zespół Wolfa-Hirschhorna, lekarze mówili, że dzieci z tą wadą żyją krótko. Kilka dni temu Zuzia skończyła dwa lata. Fakt, większość tego czasu spędziłam z nią w szpitalu. Córcia przez rozszczep podniebienia ma problemy z jedzeniem. Praktycznie karmiona jest tylko przez sondę. Cierpi na niedosłuch i wady rozwojowe nerwów wzrokowych, ma padaczkę oraz wadę serca. Zdaję sobie sprawę, że mam niepełnosprawne dziecko, ale ani ja, ani Marcin nie robimy tego problemu. Staramy się zrobić wszystko, dosłownie wszystko, aby Zuzi żyło się jak najlepiej. Między innymi właśnie dlatego postaraliśmy się o numer KRS. Na pewno mnie jako matce daje to pewien komfort psychiczny, taki spokój, że mam jakieś zaplecze finansowe tylko dla Zuzi. Dzięki tym pieniądzom i i ludziom, którzy tak ofiarnie je przekazywali, możemy zapewnić Zuzi dość drogie turnusy rehabilitacyjne. Przy okazji dziękuję bardzo wszystkim państwu za tę ofiarność. Zdajemy sobie sprawę, że takich rodziców jak my jest wielu. Dlatego jest nam bardzo miło, że akurat obdarowujecie naszą Zuzię. Gdyby ktoś chciał przekazać 1 procent właśnie dla niej, może to zrobić, wpisując KRS OOOO248920 z dopiskiem Zuzia Suchocka - Fundacja „Rozszczepowe marzenia”.
Co czułaś, kiedy dowiedziałaś się, że Zuzia jest tak chora?
- Jak można się domyślać na początku był szok, dramat. Po jej urodzeniu Marcin pierwszy powiedział mi, że mała jest chora. Wyglądała inaczej niż Jaś po urodzeniu, nie krzyczała, nie płakała. Nigdy nie zadawałam sobie pytania, czemu akurat nas to spotkało. Czemu to akurat ja urodziłam chore dziecko i teraz musimy borykać się z problemami, które z tym się wiążą. Takie zastanawianie się nic nie zmieni, a co najwyżej może pogorszyć już i tak trudną sytuację.
Pierwsze dwa tygodnie były najgorsze. Lekarze dawali nam do zrozumienia, że nasza mała kruszynka nie pożyje długo. Przypadek jej choroby był tak rzadki, że oni niewiele potrafili nam powiedzieć. Zuzia okazała się dzielna. Pomalutku zaczynała następować poprawa. Po półtoratygodniowym pobycie w szpitalu dostałam wypis do domu. Mimo to większość czasu spędzałam w szpitalu. Podawanie leków, wziewów, aplikowanie kroplówek i robienie zastrzyków - chyba potrafię to robić już tak samo dobrze jak pielęgniarka. Zrobię tylko jakiś kurs i już mogę iść do pracy - czasem nawet tak żartuję.
Z kim w tym czasie Jaś spędzał czas?
- No właśnie z tym naszym Jaśkiem to różnie bywa. Wszystko zależy od sytuacji. Kiedy ja jestem w szpitalu z Zuzią, a Marcin w pracy na wyjeździe, to Jasio jest albo u babci w Ciechanowie, albo z dziadkami w Laskowicach. W obu miejscach ma jak w niebie i dla niego nie jest to żadna kara. Staramy się jak najmniej dać mu odczuć, że w jakiś sposób traci na tej sytuacji. Na szczęście to bardzo dzielny i niekapryśny mały brzdąc. Jest bardzo radosnym dzieckiem. Jak na swój wiek, bardzo dobrze rozumie całą sytuację. On ma taki optymizm, dziecięcą radość, energię, która i nam się udziela. Jest w tym wszystkim bardzo podobny do swojego taty i nawet jak on chce mieć długie włosy.
Na pomoc i wsparcie Marcina możesz liczyć.
- Jak najbardziej, tylko że on obecnie pracuje w firmie geodezyjnej w systemie dwa tygodnie na wyjeździe, dwa tygodnie w domu. Taki układ ma swoje plusy, bo można starać się wpasować i pod tym kątem organizować pewne sprawy. Kiedy Marcin jest w domu, wtedy jest zdecydowanie łatwiej, lepiej, pewniej, bezpieczniej. Ja mam trochę więcej czasu dla siebie. Mogę wyjść z koleżanką na jakieś zakupy, do kina czy do fryzjera. Przez te dwa tygodnie staramy się też nadrobić czas, w którym go nie było. W sumie i tak nie za wiele czasu spędzamy ze sobą, razem. Raczej dzielimy się obowiązkami i mijamy w codziennej gonitwie.
Jak sobie radzisz, kiedy jesteś przez dwa tygodnie sama z dziećmi?
- Nie powiem, że jest łatwo, ale daję jakoś radę i nie narzekam. Łączę obowiązki domowe z odprowadzaniem Jaśka do przedszkola. Potem jeszcze z Zuzią jadę na rehabilitację. Później trzeba odebrać Jasia, jakiś obiad, gdzieś w biegu zakupy. Czasem to naprawdę trzeba być urodzonym strategiem. Zwykłe codzienne sprawy nieoczekiwanie potrafią przysporzyć mnóstwa kłopotów. Cały czas trzeba też myśleć o datach wizyt u lekarzy i specjalistów, aby nie przepadły. Na okrągło głowa czymś jest zaprzątnięta, ale nie ma co narzekać, trzeba sobie jakoś radzić i cieszyć każdym dniem. Przede wszystkim trzeba zdać sobie sprawę z sytuacji. Zaakceptować ją, dobrze wszystko zorganizować - to bardzo ułatwia funkcjonowanie. Pod koniec drugiego tygodnia już nie mogę doczekać się powrotu Marcina. Wiem, że w najgorszym wypadku, i już nawet taka sytuacja zdarzyła się, kiedy Zuzia poważnie zachorowała, Marcin może przyjechać w każdej chwili. Nieraz jest trudno i pod wiatr, ale to życie przecież.
Nie jesteś czasem zmęczona tym wszystkim?
- Bywa tak, że nie ma siły poczytać książki, a uwielbiam to. W życiu chyba każdej kobiety są takie momenty. Chyba że ktoś nic nie robi i cały czas może poświęcić tylko sobie. Mam taką przyjaciółkę Kamilę, która bardzo dużo nam pomaga. Jasia na przykład podrzuci do przedszkola, zrobi jakieś zakupy. Kiedy trzeba, to zostanie z dziećmi, a ja mogę wyjść z domu, załatwić coś w urzędzie.
Wspominałaś o książkach, to twoja pasja...
- Tak, zgadza się. Kiedyś bardzo dużo ich czytałam. Lubiłam czytać powieści Karola Maya i Tolkiena, inna beletrystyka też mnie interesuje. Jednak główną moją pasją są góry, Marcina zresztą też. Kiedyś, jak tylko była okazja, to jeździliśmy w góry. Po Tatrach chodziliśmy, jednymi z naszych ulubionych są Czerwone Wierchy. To takie nasze wspólne miejsca. Na jesieni ubiegłego roku cztery dni udało się całej naszej czwórce spędzić w Zakopanem. Pozwoliliśmy sobie nawet na takie mało szaleństwo i zdobyliśmy Nosal. Marcin Zuzię nosił w chuście, a ja z Jaśkiem za rękę wędrowałam. Co prawda cztery kolejne dni spędziliśmy w zakopiańskim szpitalu. Zuzia ma chyba takie hobby i lubi zwiedzać szpitale. To nie pierwszy, do którego trafiliśmy przypadkiem, bo wystąpiły nagłe problemy z jej zdrowiem. Kiedy tylko Zuzka jest zdrowa, nie ma kaszlu czy kataru, bo u niej takie drobne infekcje mają o wiele większe znaczenie niż u zdrowych dzieci, to nie zamykamy się z nią w domu, a wręcz przeciwnie. Odwiedzamy znajomych i staramy się żyć jak najbardziej aktywnie i pokazywać dzieciakom świat.
Kiedyś bardzo dużo jeździłam na rowerze. Nawet kiedy Jasiek był już na świecie jeździł z nami w specjalnym foteliku. Z Zuzią nie jest to możliwe, ale mam nadzieję, że jeszcze nadrobimy zaległości.
Czego teraz tobie tak najbardziej brakuje?
- To trudne pytanie. Tak właściwe mogłabym powiedzieć, że niczego. Bo wszystko mam. Mam supermęża, superdzieci, miłość, dach nad głową, jakąś stabilizację. Może faktycznie od czasu do czasu chciałoby się trochę tej niezależności. Brakuje trochę chyba takiego wyjścia z domu, zrobienia czegoś dla siebie. Takiej odskoczni od codzienności. Na szczęście nie należę do tych dziewczyn, co to muszą często odwiedzać fryzjerki czy kosmetyczki i namiętnie się upiększać, więc to mam z głowy. Nie przejmuję się przesadnie ani swoim wyglądem, ani Zuzi. Najważniejsze to pozytywnie nastawienie. Nie skupiam się na rzeczach błahych, bo one przeminą. Nic nie wnoszą, a zabierają czas i energię. Najważniejsze to miłość i bycie ze sobą, a to mam.
Myślałaś o powrocie do pracy?
- Ogólnie nie mam jakiegoś takiego ciśnienia na pracę, na karierę. Nie należę do tych kobiet, dla których praca jest wszystkim. Mam inne priorytety. Ale chyba jednak tego życia zawodowego, tego myślenia o pracy, tej specyficznej atmosfery, ploteczek i tej całej otoczki to mi trochę brakuje. Dlatego od jakiegoś czasu, w wolnej chwili, stojąc w korku, moje myśli gdzieś krążą wokół tego, aby w pewien sposób do tej pracy wrócić. Może nie od razu na cały etat, ale po prostu, aby mieć jeszcze jakieś zajęcie, coś robić. Teraz moje myśli cały czas skupione są na domu, dzieciach i aby jakoś to wszystko ogarnąć. Na dłuższą metę to też nie do końca dobre rozwiązanie. Człowiek staje się sfrustrowany, podenerwowany, wpada w rutynę, bo czegoś mu brakuje.
A masz jakieś takie marzenie, plan na przyszłość dotyczący tylko ciebie?
- A wiesz, że mam. Kiedyś marzyło mi się otwarcie kawiarni. Nawet śmiali się ze mnie, że gdzie ja geodeta nagle wymyśliłam sobie jakąś kawiarnie. Jestem wręcz smakoszką kawy. Uwielbiam ją. Odróżniam zapachy, aromaty, smaki. Marcin, będąc w pracy za granicą, zawsze przywoził mi różne kawy. Zapachu i smaku świeżo zmielonej kawy nie da się porównać z niczym innym. Tak naprawdę to marzenie ma szansę realizacji. Myślę o tym aby, jak Zuzia trochę podrośnie, umieścić ją w przedszkolu integracyjnym. Będzie tam miała kontakt z rówieśnikami, będzie to dla niej coś nowego. Wtedy może pomyślę o tej kawiarni, o sobie. Popołudniami będziemy spotykać się w domu i dzielić wrażeniami całego dnia.
Rozmawiała Magdalena Potulska

Zobacz więcej na temat:

Skomentuj:
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX