Jak to się stało, że został pan wojskowym?
- Armię traktuję jak pasję, a to, że chcę być żołnierzem, zrozumiałem już około czwartej klasy szkoły podstawowej. Choć nie wszyscy mi w to wierzą.
W czym to się przejawiało?
- Zaczęło się od zainteresowania przeszłością. Bakcyla historii zaszczepiła we mnie nauczycielka, pani Eleonora Karzarnowicz. Mniej jednak pociągała mnie historia powszechna, a bardziej ta związana z działaniami wojennymi, a tu już prosta droga do wojskowości. Oprócz tego Sztum, z którego pochodzę, leży 14 kilometrów od Malborka, gdzie jest lotnisko wojskowe. Przed zajęciami w szkole często oglądaliśmy latające nad naszym miastem MiG-i 21. Zamarzyło mi się więc, żeby być pilotem.
W latach 80. wojsko miało złą opinię. Kto mógł, unikał służby w armii.
- W szkole średniej przyszło mi, jak wszystkim zresztą wtedy, stanąć przed komisją z Wojskowej Komendy Uzupełnień w Malborku. Przewodniczący zapytał z ironią w głosie, co chcę robić po maturze, i szybko za mnie odpowiedział, że pewnie studiować. Odpowiedziałem, że tak. W Wyższej Szkole Oficerskiej Wojsk Zmechanizowanych we Wrocławiu. Ironia znikła natychmiast, bo wówczas młodzież w moim wieku do armii rzeczywiście się nie garnęła. Koledzy wręcz twierdzili, że sobie życie zmarnuję. A ja tłumaczyłem im, że to nie jest decyzja podjęta pochopnie. Że wynika ona z tego, co gdzieś w tej czwartej klasie podstawówki sobie wymarzyłem.
Ile lat służy już pan w wojsku?
- We wrześniu tego roku minie 26 lat.
Pracą związany jest pan głównie z Warszawą?
- Najpierw siedem lat służyłem w kompanii reprezentacyjnej WP, osiągając stopień dowódcy. Po ukończeniu nauki w Akademii Obrony Narodowej zostałem wyznaczony na stanowisko szefa wydziału służb garnizonowych w Dowództwie Garnizonu Warszawa, skąd po roku trafiłem na stanowisko dowódcy batalionu do Pułku Ochrony. Po trzech latach wróciłem do kompanii reprezentacyjnej jako dowódca batalionu.
Dowodził pan 2. kompanią reprezentacyjną WP. Skąd brała się ich numeracja? Zawsze wydawało mi się, że jest jedna.
- Wynikało to ze struktury poborów do zasadniczej służby wojskowej. Pierwsza to była ta najmłodsza, druga bardziej zaawansowana, biorąca udział w uroczystościach niższej rangi, trzecią, najlepiej wyszkoloną, tworzyli żołnierze, którzy wkrótce mieli odejść do rezerwy.
Jakie były i są podstawowe kryteria doboru żołnierzy do służby w kompanii reprezentacyjnej WP?
- Proporcjonalna budowa ciała, wzrost między 178 a 185 cm i wykształcenie minimum średnie. Obecnie gimnazjalne. Nie tolerowano tatuaży. Dzisiaj dopuszczalne są niewielkie, pod warunkiem jednak, że nie wychodzą poza obrys munduru.
Jak wygląda dzień w takiej kompanii?
- Żołnierze oficjalnie przychodzą do pracy na 7.30 i kończą o 15.30. Te ramy czasowe, ze względu na wykonywanie zadań o charakterze reprezentacyjnym o różnej porze dnia, a czasami i nocy, są często przekraczane. Większą część dnia spędzają na placu musztry lub na uroczystościach oraz przygotowując umundurowanie. Ćwiczenia zaczynają od rozgrzewki, która trwa przynajmniej 45 minut. Dużą uwagę zwraca się na mięśnie brzucha, odpowiedzialne za marsz krokiem zwykłym i defiladowym, oraz obręczy barkowej i ramion, bo to one dźwigają karabinek reprezentacyjny.
To jakiś specjalny rodzaj broni?
- Pododdziały używają samopowtarzalnych karabinków Simonowa, w skrócie SKS, kaliber 7,62 mm. Służą one wyłącznie do wykonywania zadań o charakterze reprezentacyjnym, strzela się z nich tylko salwy honorowe.
Co po rozgrzewce?
- Musztra indywidualna, czyli nauka i doskonalenie chwytów karabinkiem. Później całością drużyn, plutonów i wreszcie kompanią. Następnie wybrane elementy ceremoniału wojskowego oraz wykonywanie marszu - indywidualnie, czwórkami, plutonami i całością kompanii. Ukoronowaniem tego elementu ćwiczenia jest wykonywanie defilady. Na koniec ćwiczenia rozluźniające.
Od dziecka intryguje mnie, jak żołnierze pełniący wartę przy Grobie Nieznanego Żołnierza radzą sobie z próbami prowokowania ich.
- Jednym z zadań żołnierzy kompanii reprezentacyjnej WP jest rzeczywiście pełnienie służby wartowniczej przed Grobem Nieznanego Żołnierza. Jedna zmiana trwa godzinę. Nie stoją przez cały ten czas w jednym miejscu. Tabela posterunku pozwala im na wykonanie określonej liczby kroków na „rozprostowanie kości”. Co jakiś czas wychodzą więc na zewnątrz filarów grobu, tam spędzają od 2 do 3 minut, wracają do wnętrza i tam spędzają od 5 do 7 minut. W ramach przygotowania do tego zadania uprzedza się ich, na co mogą być tam narażeni. Radzą sobie z tym w różny sposób, najczęściej indywidualnie, w zależności od ich predyspozycji. Głównym ich zadaniem jest niedopuszczenie nikogo do wnętrza grobu. Mogą to robić wszelkimi możliwymi sposobami dopuszczonymi przez prawo.
Żołnierze ćwiczą chwyty obezwładniające?
- Tak, to też jeden z elementów szkolenia. Trzeba jednak pamiętać, że nie są oni pozostawieni samym sobie. GNŻ jest w sposób ciągły monitorowany i w razie potrzeby na pomoc przyjść może zmiana czuwająca w wartowni.
Przeżył pan osobiście jakiś incydent w tym miejscu?
- Miałem taką sytuację. Stało się to pewnej nocy w 1994 roku. Byłem wówczas dowódcą plutonu z rocznym stażem służby w pododdziałach. Plac Piłsudskiego, gdzie znajduje się GNŻ, to miejsce, gdzie młodzież często jeździ na rolkach. Gdy chłopcy stali we wnętrzu, ktoś zatrzymał się na chwilę przy monumencie i zieloną fluorescencyjną farbą namalował „pacyfkę” na jednym z filarów obelisku. Żołnierze widzieli, że ktoś kręci się wokół grobu, ale dopóki nie wjeżdżali do środka, nie reagowali. Dopiero po wyjściu na zewnątrz jeden z nich dostrzegł dewastację. Krew mu od głowy odpłynęła, bo przestraszył się odpowiedzialności. Podeszliśmy do tego elastycznie, bo rozumiałem, że nie wszystko da się dostrzec. Ale największy problem mieliśmy z wyczyszczeniem tego, bo grób zbudowany jest z piaskowca i farba wniknęła w jego strukturę. A do rana musieliśmy sobie z tym poradzić. Na szczęście udało się. Moi poprzednicy opowiadali natomiast zabawniejszą historię, jak to w czasie zabawy sylwestrowej w pobliskim hotelu Victoria do wartowników przyszedł o północy kelner z dwoma kieliszkami szampana od bawiących się gości. Oczywiście nie dali się sprowokować i musiał z tacą wrócić z powrotem.
Którą z uroczystości, podczas których asystowali pana ludzie, wspomina pan szczególnie.
- Szczególnie wspominam spotkanie z naszym papieżem Janem Pawłem II. To był rok 1999. Przed Jego wizytą w Polsce uświetnialiśmy obchody bitwy pod Monte Cassino, po czym pojechaliśmy na audiencję generalną na plac św. Piotra. Zaproszono nas pod Jego baldachim. Pamiętam, że muzycy naszej orkiestry zagrali wtedy „Góralu, czy ci nie żal”. Kiedy Ojciec Święty usłyszał tę piosenkę, a wszyscy żołnierze Go otoczyli, wyraźnie się ożywił. W czerwcu miałem zaszczyt witać naszego wielkiego rodaka na lotnisku w Rębiechowie. Później jednym z punktów pielgrzymki była msza z udziałem wojska. Odbyła się ona w Sandomierzu. Pobiliśmy wówczas rekord stania w miejscu uroczystości. Panował niesamowity upał, słońce świeciło nam w twarz. W takich warunkach staliśmy 3 godziny i 45 minut. Na krakowskich Balicach również żegnaliśmy papieża i tam miałem okazję drugi raz stanąć przed Jego obliczem.
Po złożeniu meldunku Ojciec Święty coś odpowiedział?
- Oczywiście tak. Ciekawa sytuacja wydarzyła się w Gdańsku, przy powitaniu. Złożyłem meldunek i czekałem, aż zgodnie z zasadami odpowie „Czołem żołnierze”. Ale nie było mikrofonu. I wszystko zatrzymało się jak w kadrze filmowym. Papież wstał, spojrzeliśmy sobie głęboko w oczy i podziękował. Wtedy ówczesny prezydent Aleksander Kwaśniewski wychylił się i powiedział, że potrzebny jest mikrofon, który oczywiście bardzo szybko się znalazł, a sekretarz papieski, dzisiejszy kardynał Stanisław Dziwisz, zza ramienia Papieża rzucił: „Ojciec Święty mówi czołem żołnierze! Ojciec Święty mówi czołem żołnierze!”. Papież chwycił wreszcie mikrofon i wypowiedział te słowa.
W tym „romansie” ze stolicą była jednak przerwa.
- Po jednej z uroczystych odpraw wart przed Grobem Nieznanego Żołnierza podczas obchodów Święta Niepodległości zadzwonił mój ówczesny dowódca z informacją, że potrzebuje mnie w Mrągowie. Tam stacjonuje jednostka również podległa dowódcy naszego stołecznego garnizonu - Wojskowy Ośrodek Szkoleniowo-Kondycyjny, który zajmuje się szkoleniem kondycyjnym personelu latającego sił zbrojnych. Trafiłem tam w lutym 2010 roku, dwa miesiące później mój dowódca gen. bryg. Kazimierz Gilarski zginął w katastrofie smoleńskiej. To był zacny człowiek, który uczył mnie rzemiosła reprezentacyjnego. Jego śmierć dotknęła mnie osobiście.
Część ofiar katastrofy chowana była właśnie na północy Polski.
- Tak, i to było moje dodatkowe zadanie. Nadzorowałem pochówki w Białymstoku wicemarszałka Sejmu Krzysztofa Putry i stewardesy Justyny Moniuszko, a w Supraślu arcybiskupa prawosławnego Mirona Chodakowskiego. W pracy reprezentacyjnej nigdy nie spotkałem się z uroczystościami organizowanymi z takim rozmachem. To już nie były pogrzeby, bardziej manifestacje patriotyczno-religijne. W pochówku marszałka Putry brało udział ok. 150 tysięcy osób.
I wrócił pan do Warszawy
- Następcą generała Gilarskiego został jego zastępca - obecnie gen. bryg. Wiesław Grudziński, który ściągnął mnie z powrotem do stolicy. Zostałem dowódcą 10. Warszawskiego Pułku Samochodowego.
Jakie pułk ma zadania w czasie pokoju, a jakie w czasie wojny?
- O wojnie nie mogę się wypowiadać, bo to tajemnica. W czasie pokoju zabezpieczamy potrzeby transportowe komórek organizacyjnych Ministerstwa Obrony Narodowej oraz jednostek jemu podległych.
Często wozicie VIP-ów. To trudne zadanie?
- Każdy człowiek jest inny, a jeśli ktoś dodatkowo wstanie lewą nogą, to różne sytuacje w kokpicie samochodu się zdarzają. Nie ukrywam, że kierowcy narażeni są w związku z tym na wysoki poziom stresu. Czasami więź między kierowcą a osobą przewożoną jest czysto służbowa, częściej jednak nawiązują się między nimi bardziej serdeczne stosunki. Szczególnie z osobami, które często podróżują. Dla nich samochód staje się biurem na kółkach, więc siłą rzeczy, żeby oderwać się od pracy, rozmawiają z szoferem na różne inne tematy.
Praca w kompanii reprezentacyjnej WP zaowocowała częstym obcowaniem ze sztandarem oraz ceremoniałem wojskowym...
- Taka jest specyfika tej służby. Lata tam spędzone kształtują ducha, charakter, sylwetkę i uczą poprawnej dykcji - poprawnego wydawania komend. W naszym środowisku, tj. żołnierzy pododdziałów reprezentacyjnych, mówi się, że żołnierzem reprezentacyjnym zostaje się na zawsze. Nawet po odejściu z tej formacji.
Nie uważa pan, że sztandar jest dzisiaj bardziej ozdobą w gablocie niż rzeczywistym obiektem czci?
- Chyba rzeczywiście jest dziś przewartościowywany. W historii sztandar był symbolem męstwa na polu walki. W jego obronie każdy żołnierz gotów był umrzeć. Jeśli on upadł, upadało morale żołnierzy. Jednostka, która w walce traciła sztandar, okrywała się wieczną hańbą.
Czy dana społeczność powinna być przygotowana do posiadania sztandaru?
- Według mnie tak. Ludzie powinni najpierw zrozumieć ideę, która ich łączy, żeby sztandarowi nadać właściwą rangę. Budowanie tradycji wymaga czasu.
Lada moment rozpoczną się uroczystości zakończenia roku szkolnego. Jakie błędy popełniają poczty sztandarowe?
- Najczęściej podawane są niewłaściwie komendy. Przed wejściem pocztu sztandarowego prowadzący powinien powiedzieć: „Sztandar - pełna nazwa szkoły - wprowadzić!”, przy wyjściu: „Sztandar szkoły odprowadzić!”. Nie wyprowadzić, bo za przeproszeniem wyprowadza się psa na spacer. Czasami zdarzają się niewłaściwe zachowania członków pocztu czy niewłaściwe wykonywanie chwytów sztandarem przez sztandarowego.
Czasami też niewłaściwie układa się scenariusz uroczystości i na przykład występy uczniów odbywają się przed sztandarem.
- Jeśli nie ma możliwości wciągnięcia flagi na maszt, bo tak rozpoczynają się święta wojskowe, sztandar służy nam do otwarcia uroczystości. Później następuje część zasadnicza, czyli podsumowanie roku szkolnego i wręczenie nagród. Wszelkie scenki, bez względu na to, czy są one zabawne, czy poważne, powinny odbywać się po odprowadzeniu sztandaru.
W domu ma pan żonę i dwie nastoletnie córki. Da się dowodzić trzema kobietami?
- Nie dowodzę kobietami w domu. Małżonka jest silnym charakterem, więc nasze wspólne życie musi polegać na szeroko pojętym kompromisie. W weekend staram się w ogóle tematów wojskowych w domu nie poruszać. Planujemy wspólne zajęcia. Zawsze jest coś do zrobienia wokół domu. Piwnica, ogródek, podjazd przed domem i garaż to obszary mojego działania. Na co dzień męskiej ręki brakuje, więc staram się uzupełnić to w weekend. Chociaż żona z młotkiem, przecinakiem i wiertarką, z konieczności, też sobie radzi.
Usłyszał pan kiedyś w domu „Nie jesteśmy twoimi żołnierzami”?
- Nie, nie usłyszałem, bo w domu komend nie wydaję. Naprawdę pilnuję tego. Mam świadomość, że nie jestem częścią ich życia codziennego. Gdybym wpadał na weekend do domu i zaczynał wywracać ich świat do góry nogami, to do niczego dobrego by to nie doprowadziło.
Urodził się pan w Sztumie, większość życia pracuje w Warszawie, ale zameldowany jest w Świeciu. Czuje się pan sztumianinem, warszawiakiem czy świecianinem?
- Sztum, do którego mam wielki sentyment, to 19 lat życia, dom rodzinny i podstawy wychowania - kindersztuba. Nizina Mazowiecka i „betonowa dżungla”, jaką jest stolica, to zło konieczne, które akceptuję przez przydział służbowy. W Świeciu urzekł mnie urok skarpy wiślanej, pofałdowania terenu ukształtowane przez lodowiec, a przede wszystkim to, że ludzie chodzą wolniej po ulicach, uśmiechają się do siebie, a ich twarze są rozpoznawalne. Nie tak jak w stolicy, która ciągle biegnie. Chcielibyśmy się tu z małżonką zestarzeć, a jak Stwórca pozwoli, to jeszcze nacieszyć się wnukami.
Dziękuje za rozmowę.
Jacek Krzyżanowski

 

Jak to się stało, że został pan wojskowym?

- Armię traktuję jak pasję, a to, że chcę być żołnierzem, zrozumiałem już około czwartej klasy szkoły podstawowej. Choć nie wszyscy mi w to wierzą.

W czym to się przejawiało?

- Zaczęło się od zainteresowania przeszłością. Bakcyla historii zaszczepiła we mnie nauczycielka, pani Eleonora Karzarnowicz. Mniej jednak pociągała mnie historia powszechna, a bardziej ta związana z działaniami wojennymi, a tu już prosta droga do wojskowości. Oprócz tego Sztum, z którego pochodzę, leży 14 kilometrów od Malborka, gdzie jest lotnisko wojskowe. Przed zajęciami w szkole często oglądaliśmy latające nad naszym miastem MiG-i 21. Zamarzyło mi się więc, żeby być pilotem.

W latach 80. wojsko miało złą opinię. Kto mógł, unikał służby w armii.

- W szkole średniej przyszło mi, jak wszystkim zresztą wtedy, stanąć przed komisją z Wojskowej Komendy Uzupełnień w Malborku. Przewodniczący zapytał z ironią w głosie, co chcę robić po maturze, i szybko za mnie odpowiedział, że pewnie studiować. Odpowiedziałem, że tak. W Wyższej Szkole Oficerskiej Wojsk Zmechanizowanych we Wrocławiu. Ironia znikła natychmiast, bo wówczas młodzież w moim wieku do armii rzeczywiście się nie garnęła. Koledzy wręcz twierdzili, że sobie życie zmarnuję. A ja tłumaczyłem im, że to nie jest decyzja podjęta pochopnie. Że wynika ona z tego, co gdzieś w tej czwartej klasie podstawówki sobie wymarzyłem.

Ile lat służy już pan w wojsku?

- We wrześniu tego roku minie 26 lat.

Pracą związany jest pan głównie z Warszawą?

- Najpierw siedem lat służyłem w kompanii reprezentacyjnej WP, osiągając stopień dowódcy. Po ukończeniu nauki w Akademii Obrony Narodowej zostałem wyznaczony na stanowisko szefa wydziału służb garnizonowych w Dowództwie Garnizonu Warszawa, skąd po roku trafiłem na stanowisko dowódcy batalionu do Pułku Ochrony. Po trzech latach wróciłem do kompanii reprezentacyjnej jako dowódca batalionu.Dowodził pan 2. kompanią reprezentacyjną WP.

Skąd brała się ich numeracja? Zawsze wydawało mi się, że jest jedna.

- Wynikało to ze struktury poborów do zasadniczej służby wojskowej. Pierwsza to była ta najmłodsza, druga bardziej zaawansowana, biorąca udział w uroczystościach niższej rangi, trzecią, najlepiej wyszkoloną, tworzyli żołnierze, którzy wkrótce mieli odejść do rezerwy.

Jakie były i są podstawowe kryteria doboru żołnierzy do służby w kompanii reprezentacyjnej WP?

- Proporcjonalna budowa ciała, wzrost między 178 a 185 cm i wykształcenie minimum średnie. Obecnie gimnazjalne. Nie tolerowano tatuaży. Dzisiaj dopuszczalne są niewielkie, pod warunkiem jednak, że nie wychodzą poza obrys munduru.

Jak wygląda dzień w takiej kompanii?

- Żołnierze oficjalnie przychodzą do pracy na 7.30 i kończą o 15.30. Te ramy czasowe, ze względu na wykonywanie zadań o charakterze reprezentacyjnym o różnej porze dnia, a czasami i nocy, są często przekraczane. Większą część dnia spędzają na placu musztry lub na uroczystościach oraz przygotowując umundurowanie. Ćwiczenia zaczynają od rozgrzewki, która trwa przynajmniej 45 minut. Dużą uwagę zwraca się na mięśnie brzucha, odpowiedzialne za marsz krokiem zwykłym i defiladowym, oraz obręczy barkowej i ramion, bo to one dźwigają karabinek reprezentacyjny.

To jakiś specjalny rodzaj broni?

- Pododdziały używają samopowtarzalnych karabinków Simonowa, w skrócie SKS, kaliber 7,62 mm. Służą one wyłącznie do wykonywania zadań o charakterze reprezentacyjnym, strzela się z nich tylko salwy honorowe.

Co po rozgrzewce?

- Musztra indywidualna, czyli nauka i doskonalenie chwytów karabinkiem. Później całością drużyn, plutonów i wreszcie kompanią. Następnie wybrane elementy ceremoniału wojskowego oraz wykonywanie marszu - indywidualnie, czwórkami, plutonami i całością kompanii. Ukoronowaniem tego elementu ćwiczenia jest wykonywanie defilady. Na koniec ćwiczenia rozluźniające.

Od dziecka intryguje mnie, jak żołnierze pełniący wartę przy Grobie Nieznanego Żołnierza radzą sobie z próbami prowokowania ich.

- Jednym z zadań żołnierzy kompanii reprezentacyjnej WP jest rzeczywiście pełnienie służby wartowniczej przed Grobem Nieznanego Żołnierza. Jedna zmiana trwa godzinę. Nie stoją przez cały ten czas w jednym miejscu. Tabela posterunku pozwala im na wykonanie określonej liczby kroków na „rozprostowanie kości”. Co jakiś czas wychodzą więc na zewnątrz filarów grobu, tam spędzają od 2 do 3 minut, wracają do wnętrza i tam spędzają od 5 do 7 minut. W ramach przygotowania do tego zadania uprzedza się ich, na co mogą być tam narażeni. Radzą sobie z tym w różny sposób, najczęściej indywidualnie, w zależności od ich predyspozycji. Głównym ich zadaniem jest niedopuszczenie nikogo do wnętrza grobu. Mogą to robić wszelkimi możliwymi sposobami dopuszczonymi przez prawo.

Żołnierze ćwiczą chwyty obezwładniające?

- Tak, to też jeden z elementów szkolenia. Trzeba jednak pamiętać, że nie są oni pozostawieni samym sobie. GNŻ jest w sposób ciągły monitorowany i w razie potrzeby na pomoc przyjść może zmiana czuwająca w wartowni.

Przeżył pan osobiście jakiś incydent w tym miejscu?

- Miałem taką sytuację. Stało się to pewnej nocy w 1994 roku. Byłem wówczas dowódcą plutonu z rocznym stażem służby w pododdziałach. Plac Piłsudskiego, gdzie znajduje się GNŻ, to miejsce, gdzie młodzież często jeździ na rolkach. Gdy chłopcy stali we wnętrzu, ktoś zatrzymał się na chwilę przy monumencie i zieloną fluorescencyjną farbą namalował „pacyfkę” na jednym z filarów obelisku. Żołnierze widzieli, że ktoś kręci się wokół grobu, ale dopóki nie wjeżdżali do środka, nie reagowali. Dopiero po wyjściu na zewnątrz jeden z nich dostrzegł dewastację. Krew mu od głowy odpłynęła, bo przestraszył się odpowiedzialności. Podeszliśmy do tego elastycznie, bo rozumiałem, że nie wszystko da się dostrzec. Ale największy problem mieliśmy z wyczyszczeniem tego, bo grób zbudowany jest z piaskowca i farba wniknęła w jego strukturę. A do rana musieliśmy sobie z tym poradzić. Na szczęście udało się. Moi poprzednicy opowiadali natomiast zabawniejszą historię, jak to w czasie zabawy sylwestrowej w pobliskim hotelu Victoria do wartowników przyszedł o północy kelner z dwoma kieliszkami szampana od bawiących się gości. Oczywiście nie dali się sprowokować i musiał z tacą wrócić z powrotem.

Którą z uroczystości, podczas których asystowali pana ludzie, wspomina pan szczególnie.

- Szczególnie wspominam spotkanie z naszym papieżem Janem Pawłem II. To był rok 1999. Przed Jego wizytą w Polsce uświetnialiśmy obchody bitwy pod Monte Cassino, po czym pojechaliśmy na audiencję generalną na plac św. Piotra. Zaproszono nas pod Jego baldachim. Pamiętam, że muzycy naszej orkiestry zagrali wtedy „Góralu, czy ci nie żal”. Kiedy Ojciec Święty usłyszał tę piosenkę, a wszyscy żołnierze Go otoczyli, wyraźnie się ożywił. W czerwcu miałem zaszczyt witać naszego wielkiego rodaka na lotnisku w Rębiechowie. Później jednym z punktów pielgrzymki była msza z udziałem wojska. Odbyła się ona w Sandomierzu. Pobiliśmy wówczas rekord stania w miejscu uroczystości. Panował niesamowity upał, słońce świeciło nam w twarz. W takich warunkach staliśmy 3 godziny i 45 minut. Na krakowskich Balicach również żegnaliśmy papieża i tam miałem okazję drugi raz stanąć przed Jego obliczem.

Po złożeniu meldunku Ojciec Święty coś odpowiedział?

- Oczywiście tak. Ciekawa sytuacja wydarzyła się w Gdańsku, przy powitaniu. Złożyłem meldunek i czekałem, aż zgodnie z zasadami odpowie „Czołem żołnierze”. Ale nie było mikrofonu. I wszystko zatrzymało się jak w kadrze filmowym. Papież wstał, spojrzeliśmy sobie głęboko w oczy i podziękował. Wtedy ówczesny prezydent Aleksander Kwaśniewski wychylił się i powiedział, że potrzebny jest mikrofon, który oczywiście bardzo szybko się znalazł, a sekretarz papieski, dzisiejszy kardynał Stanisław Dziwisz, zza ramienia Papieża rzucił: „Ojciec Święty mówi czołem żołnierze! Ojciec Święty mówi czołem żołnierze!”. Papież chwycił wreszcie mikrofon i wypowiedział te słowa.

W tym „romansie” ze stolicą była jednak przerwa.

- Po jednej z uroczystych odpraw wart przed Grobem Nieznanego Żołnierza podczas obchodów Święta Niepodległości zadzwonił mój ówczesny dowódca z informacją, że potrzebuje mnie w Mrągowie. Tam stacjonuje jednostka również podległa dowódcy naszego stołecznego garnizonu - Wojskowy Ośrodek Szkoleniowo-Kondycyjny, który zajmuje się szkoleniem kondycyjnym personelu latającego sił zbrojnych. Trafiłem tam w lutym 2010 roku, dwa miesiące później mój dowódca gen. bryg. Kazimierz Gilarski zginął w katastrofie smoleńskiej. To był zacny człowiek, który uczył mnie rzemiosła reprezentacyjnego. Jego śmierć dotknęła mnie osobiście.

Część ofiar katastrofy chowana była właśnie na północy Polski.

- Tak, i to było moje dodatkowe zadanie. Nadzorowałem pochówki w Białymstoku wicemarszałka Sejmu Krzysztofa Putry i stewardesy Justyny Moniuszko, a w Supraślu arcybiskupa prawosławnego Mirona Chodakowskiego. W pracy reprezentacyjnej nigdy nie spotkałem się z uroczystościami organizowanymi z takim rozmachem. To już nie były pogrzeby, bardziej manifestacje patriotyczno-religijne. W pochówku marszałka Putry brało udział ok. 150 tysięcy osób.

I wrócił pan do Warszawy

- Następcą generała Gilarskiego został jego zastępca - obecnie gen. bryg. Wiesław Grudziński, który ściągnął mnie z powrotem do stolicy. Zostałem dowódcą 10. Warszawskiego Pułku Samochodowego.

Jakie pułk ma zadania w czasie pokoju, a jakie w czasie wojny?

- O wojnie nie mogę się wypowiadać, bo to tajemnica. W czasie pokoju zabezpieczamy potrzeby transportowe komórek organizacyjnych Ministerstwa Obrony Narodowej oraz jednostek jemu podległych.Często wozicie VIP-ów.

To trudne zadanie?

- Każdy człowiek jest inny, a jeśli ktoś dodatkowo wstanie lewą nogą, to różne sytuacje w kokpicie samochodu się zdarzają. Nie ukrywam, że kierowcy narażeni są w związku z tym na wysoki poziom stresu. Czasami więź między kierowcą a osobą przewożoną jest czysto służbowa, częściej jednak nawiązują się między nimi bardziej serdeczne stosunki. Szczególnie z osobami, które często podróżują. Dla nich samochód staje się biurem na kółkach, więc siłą rzeczy, żeby oderwać się od pracy, rozmawiają z szoferem na różne inne tematy.

Praca w kompanii reprezentacyjnej WP zaowocowała częstym obcowaniem ze sztandarem oraz ceremoniałem wojskowym...

- Taka jest specyfika tej służby. Lata tam spędzone kształtują ducha, charakter, sylwetkę i uczą poprawnej dykcji - poprawnego wydawania komend. W naszym środowisku, tj. żołnierzy pododdziałów reprezentacyjnych, mówi się, że żołnierzem reprezentacyjnym zostaje się na zawsze. Nawet po odejściu z tej formacji.

Nie uważa pan, że sztandar jest dzisiaj bardziej ozdobą w gablocie niż rzeczywistym obiektem czci?

- Chyba rzeczywiście jest dziś przewartościowywany. W historii sztandar był symbolem męstwa na polu walki. W jego obronie każdy żołnierz gotów był umrzeć. Jeśli on upadł, upadało morale żołnierzy. Jednostka, która w walce traciła sztandar, okrywała się wieczną hańbą.

Czy dana społeczność powinna być przygotowana do posiadania sztandaru?

- Według mnie tak. Ludzie powinni najpierw zrozumieć ideę, która ich łączy, żeby sztandarowi nadać właściwą rangę. Budowanie tradycji wymaga czasu.Lada moment rozpoczną się uroczystości zakończenia roku szkolnego. Jakie błędy popełniają poczty sztandarowe?

- Najczęściej podawane są niewłaściwie komendy. Przed wejściem pocztu sztandarowego prowadzący powinien powiedzieć: „Sztandar - pełna nazwa szkoły - wprowadzić!”, przy wyjściu: „Sztandar szkoły odprowadzić!”. Nie wyprowadzić, bo za przeproszeniem wyprowadza się psa na spacer. Czasami zdarzają się niewłaściwe zachowania członków pocztu czy niewłaściwe wykonywanie chwytów sztandarem przez sztandarowego.

Czasami też niewłaściwie układa się scenariusz uroczystości i na przykład występy uczniów odbywają się przed sztandarem.

- Jeśli nie ma możliwości wciągnięcia flagi na maszt, bo tak rozpoczynają się święta wojskowe, sztandar służy nam do otwarcia uroczystości. Później następuje część zasadnicza, czyli podsumowanie roku szkolnego i wręczenie nagród. Wszelkie scenki, bez względu na to, czy są one zabawne, czy poważne, powinny odbywać się po odprowadzeniu sztandaru.

W domu ma pan żonę i dwie nastoletnie córki. Da się dowodzić trzema kobietami?

- Nie dowodzę kobietami w domu. Małżonka jest silnym charakterem, więc nasze wspólne życie musi polegać na szeroko pojętym kompromisie. W weekend staram się w ogóle tematów wojskowych w domu nie poruszać. Planujemy wspólne zajęcia. Zawsze jest coś do zrobienia wokół domu. Piwnica, ogródek, podjazd przed domem i garaż to obszary mojego działania. Na co dzień męskiej ręki brakuje, więc staram się uzupełnić to w weekend. Chociaż żona z młotkiem, przecinakiem i wiertarką, z konieczności, też sobie radzi.

Usłyszał pan kiedyś w domu „Nie jesteśmy twoimi żołnierzami”?

- Nie, nie usłyszałem, bo w domu komend nie wydaję. Naprawdę pilnuję tego. Mam świadomość, że nie jestem częścią ich życia codziennego. Gdybym wpadał na weekend do domu i zaczynał wywracać ich świat do góry nogami, to do niczego dobrego by to nie doprowadziło.

Urodził się pan w Sztumie, większość życia pracuje w Warszawie, ale zameldowany jest w Świeciu. Czuje się pan sztumianinem, warszawiakiem czy świecianinem?

- Sztum, do którego mam wielki sentyment, to 19 lat życia, dom rodzinny i podstawy wychowania - kindersztuba. Nizina Mazowiecka i „betonowa dżungla”, jaką jest stolica, to zło konieczne, które akceptuję przez przydział służbowy. W Świeciu urzekł mnie urok skarpy wiślanej, pofałdowania terenu ukształtowane przez lodowiec, a przede wszystkim to, że ludzie chodzą wolniej po ulicach, uśmiechają się do siebie, a ich twarze są rozpoznawalne. Nie tak jak w stolicy, która ciągle biegnie. Chcielibyśmy się tu z małżonką zestarzeć, a jak Stwórca pozwoli, to jeszcze nacieszyć się wnukami.

Dziękuje za rozmowę.

Jacek Krzyżanowski