Czas Świecia

Była świadkiem Zagłady

rydzek
2010-09-01
A A A Drukuj
Marianna Fordon wychowywała się tuż obok hitlerowskiego obozu zagłady
Marianna Fordon z Belna podczas wojny mieszkała z wujostwem w leśniczówce znajdującej się niedaleko hitlerowskiego obozu zagłady w Chełmnie nad Nerem. - Kiedyś spytałam ciocię, co to za dziwny dym nad lasem - wspomina. - Odpowiedziała mi, że to piekarnia i zmieniła temat - dodaje. W tym lesie Niemcy pogrzebali szczątki około 200 tys. ludzi.

Pani Marianna Janina Fordon z domu Sołtysińska w naszym powiecie mieszka od 1957 r. Wtedy to z nieżyjącym już mężem Romanem (z którym wzięła ślub w 1948 roku w Sobótce) przeprowadziła się do Belna. Dziś ma już 87 lat, jest matką trójki dzieci i babcią trójki wnucząt. Fordon przez lata pracowała m.in. w sklepie jeżewskiej GS i w świeckiej Cukrowni.

Kim byli rodzice?
Podczas wojny Marianna Fordon wychowywała się w leśniczówce niedaleko miejscowości Orle. Tak utrzymuje kobieta, bo dzisiaj na mapach w pobliżu Chełmna nad Nerem nie ma takiej miejscowości. Być może była to jakaś nazwa nadana przez mieszkańców jednej z istniejących w tej okolicy wsi. Pani Marianna nie pamięta rodziców, wie tylko, że urodziła się w 1923 r., przynajmniej tak wynika ze starego dokumentu, który posiada. Rodzice podobno zginęli, kiedy była kilkuletnią dziewczynką i nie za bardzo wiadomo kiedy i jak. Kobieta za to doskonale pamięta ciocię Mariankę, dziwnym trafem noszącą takie samo imię, jak i wujka Aleksandra. Marianny i Aleksandra Woźniaków nie łączyły żadne więzi krwi z małą sierotką. Przygarnęli ją jako kilkuletnie dziecko i opiekowali się jak swoim. Jej wujek w tamtejszych lasach był gajowym. - Młoda byłam, sporo już lat minęło i nie wszystko dobrze pamiętam - mówi staruszka, która jednak do dziś dnia śpiewa piosenki o wojnie, miłości i rozstaniu. Deklamuje też wiersze.
Dym nad lasem
Przy pomocy pytań syna i wnuka, którzy kiedyś bardzo często słyszeli z jej ust opowiadania z tamtych czasów, zaczyna sobie przypominać co nieco. - Chodziłam do szkoły do miejscowości Orla, pamiętam jeszcze nazwisko nauczyciela od polskiego, Lewiński się nazywał - mówi. - Do Orli chodziłam też do sklepów po zakupy i do kościoła. Nosiłam też wujkowi obiady do lasu. Pewnego dnia ciocia powiedziała mi, że już nie będę zanosiła jedzenia, wujkowi. Wtedy myślałam, że może coś źle zrobiłam, potem się okazało, że do lasu już nie wolno chodzić. Jeszcze dziś pamiętam dokładnie, że za każdym razem jak wychodziłam z domu, wujostwo powtarzało mi: ?Pamiętaj, jak by cię ktoś zaczepiał i pytał dokąd idziesz, to mów, że idziesz do Orlej. Pamiętaj o tym!? - wspomina kobieta.
Syn pani Marianny opowiada, jak to matka nieraz wspominała, że jako mała dziewczynka, ciekawa świata, zapytała ciocię, co jest za lasem. Stale tam dym leci i taki dziwny zapach unosi się w powietrzu. Ciocia odpowiedziała krótko, że to piekarnia i zmieniła temat. Mariance już wtedy odpowiedź wydała się dziwna, bo nigdy w tamtym kierunku do piekarni nie chodziła. W tamtych czasach nie można było wypowiedzieć głośno słowa getto. Ludzie bali się mówić cokolwiek na ten temat. Później dziewczynkę zainteresowało, po co ciocia nosi jedzenie do stodoły. Nawet zapytała ją o to. Ciocia odpowiedziała, że to dla psa i lepiej, żeby tam nie wchodziła. Dla małej Marianki słowo ?pies? podziałało jak przysłowiowy magnes. Weszła kiedyś do tej stodoły, ale żadnego psa tam nie było, a ciocia dalej jedzenie nosiła. Niedaleko zabudowania, w którym mieszkała Marianka i jej przybrani rodzice, od strony miasta Koło, przejeżdżały charakterystyczne szare wojskowe ciężarówki, z tyłu po brzegi wypełnione ludźmi, przede wszystkim pochodzenia żydowskiego. Samochody jadące zza lasu wiozły już tylko ludzkie szczątki i kilku więźniów, którzy zakopywali je w lesie. Choć to było bardzo trudne, ale czasem komuś jakimś sposobem udało się uciec z takich transportów.
Woźniakowie ukrywali Żydów
Pani Mariana pamięta, że pewnego dnia na podwórze zajechał niemiecki samochód. Wybiegło z niego kilku Niemców, coś tam krzyczeli, czegoś szukali. Domownicy szybko pochowali się po kątach. Ona nic nie rozumiała. Dopiero później wydało się, że tuż obok, dosłownie pół kilometra dalej, ta rzekoma piekarnia za lasem, to był obóz, w którym Niemcy mordowali ludzi. A w stodole nie było żadnego psa, a ukrywający się Żydzi, którym jakimś cudem udawało się uciec z samochodowych transportów i to właśnie im pani Woźniakowa ukradkiem zanosiła jedzenie. Fordonowie zdołali dowiedzieć się, że jeden z nich na pewno przeżył i po wojnie nawet napisał książkę o tym, co go w życiu spotkało. Powieść podobno nosi tytuł ?Getto nad Nerem?, jest w języku niemieckim i raczej nie do zdobycia w Polsce. Rodzinie pani Marianny zależy na poznaniu treści książki, od kilka lat bezskutecznie poszukują jej w bibliotekach i księgarniach. - Może ktoś spotkał się z takim tytułem książki i może nam jakoś pomóc - zastanawia się wnuk Janusz. - Kiedyś nikt nie chciał wspominać o tamtych czasach. Teraz babcia już co raz mniej pamięta i coraz trudniej jest coś ustalić - mówi wnuk.
Przez lata Fordonowie próbowali dowiedzieć się czegoś więcej, no i dowiedzieli się, że pani Marianna ma siostrę i brata i była najmłodszą z rodzeństwa. Jednak rodzeństwo nie utrzymywało z kobietą żadnych kontaktów. - W 1985 roku nawet byłem tam z matką - mówi syn pani Marianny. - Chciała zobaczyć tamte miejsca, obejrzeć dawne kąty. Teraz w miejscu tego getta jest utworzone muzeum z charakterystyczną wielką gwiazdą na wejściu. Tak sobie mówiliśmy, że te Woźniaki to musieli być bardzo dobrzy i odważni ludzie - dodaje. Pani Marianna dodaje - Tak, ciocia bardzo dobra dla mnie była, jak matka. No, wujek też, ale on dużo w lesie pracował i nie miałam z nim tyle styczności, co z ciocią, ale wiem, że żadne z nich nie dałoby mi krzywdy zrobić.
MP

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Dodaj swój komentarz:
Autor:
Login / Pseudonim: Hasło:
Komentuj pod pseudonimem jako Gość lub zaloguj się
| Załóż konto
Komentarz: