CZAS ŚWIECIA: Kiedy pojawiło się pani zainteresowanie regionem?
BOŻENA RONOWSKA:
Pochodzę z pogranicza Pałuk z Krajną, więc to nie jest region z którym jestem związana emocjonalnie, nie mam tu wielopokoleniowej rodziny, ale mój mąż pochodzi właśnie stąd i to on wszczepił mi zainteresowanie tym miejscem. Ale właściwie wszystko zaczęło się pewnego pamiętnego dnia, kiedy siedziałam załamana przy stole i rozmyślałam o chorobie, z którą już od jakiegoś czasu się zmagałam. Mąż przyniósł mi teczkę z wzorami haftów kociewskich i powiedział, żebym się lepiej czymś zajęła. Zaczęłam haftować, czytać książki i interesować się, jakie jest tradycyjne wzornictwo haftów na Kociewiu, jak wyglądały tradycyjne stroje. Oprócz książek zaczęłam szukać także kontaktów z ludźmi zajmującymi się tym tematem, znanymi regionalistami, etnografami i historykami sztuki. Okazało się, że na Kociewiu nie ma żadnej czynnej hafciarki. Ale udało mi się zawrzeć znajomości z wieloma wspaniałymi ludźmi. Między innymi z Edmundem Zielińskim, prezesem oddziału gdańskiego Stowarzyszenia Twórców Ludowych. Dzięki któremu dostałam się na Kaszubski Uniwersytet Ludowy w Wieżycy, gdzie odbywał się plener, w którym udział brali tylko uznani twórcy ludowi.
Stworzyła pani własne wzornictwo haftu kolorowego?
- To tam, w Wieżycy zaczęła się moja prawdziwa przygoda z haftem. Podczas pleneru nauczyłam się kompozycji. Na zakończenie według wzornictwa zrekonstruowanych haftów kociewskich nieżyjącej już Marii Wespowej wyszyłam serwetkę, która została skrytykowana przez jury, a dokładniej przez prof. Błachowskiego. Załamana chciałam wracać do domu, ale wieczorem profesor przyszedł do mnie i wszystko mi wytłumaczył. Dowiedziałam się, że zarówno hafty Wespowej, jak i Garnyszowej nie są akceptowane jako kociewskie, ponieważ odbiegają od pewnych zasad i nie są stylizowane. Prof. Błachowski poradził mi stworzenie własnego nowoczesnego haftu opartego na wzorach moich poprzedniczek z uwzględnieniem wszystkich kanonów. Tak więc po powrocie do domu przemyślałam dokładnie sprawę, posłuchałam opinii innych etnografów i zabrałam się do pracy. Szybko okazało się, że przyjęłam na siebie bardzo trudne zadanie. Jednak po wielu perypetiach i głosach krytyki udało mi się opracować własne wzory.
A historia haftu złotego?
- Na kolejnym zjeździe w Kaszubskim Uniwersytecie Ludowym, który odbywa się co roku, nauczyłam się wyszywania haftu złotego. Zainteresowałam się nim, ponieważ to on jest właściwą drogą do ludowości. Bardzo pomogła mi wtedy Felicja Kołakowska, znana hafciarka z Tucholi, którą wówczas często odwiedzałam. Tak bardzo się wszystkim zafascynowałam, że rozpoczęłam własne poszukiwania, pojechałam do muzeum w Starogardzie Gdańskim. Tam w starej skrzyni wianowej znalazłam czepek kociewski odnaleziony w Rajkowach w latach sześćdziesiątych, o którego istnieniu zapomniano. Odrysowałam z niego wzory haftów i dostałam wyłączność na ich rozpowszechnianie. Tak zaczęłam wyszywać czepce, które trafiły do rożnych muzeów i w ręce prywatnych kolekcjonerów. Nieco później zaczęłam wyszywać obrazy z użyciem haftu złotego.
Haft złoty jest niezwykle trudny, to stara technika zwana ?szychem?, można ją spotkać na starych sztandarach i ornatach. Dawno temu wyszywaniem złotą nitką zajmowały się wyłącznie zakonnice, to prawdopodobnie one za sprawą swoich podopiecznych rozpowszechniły ten rodzaj haftu poza klasztorem. Zwykle pracę nad takim haftem rozpoczynam od kompozycji wzoru, potem przenoszę go na płótno, to z kolei przyszywam do lewej strony aksamitu. Od tej pory zaczyna się żmudna praca nad przenoszeniem wzoru na aksamit. Robię to fastrygą. Kiedy już wzór jest gotowy, naciągam aksamit na drewniane krosno i rozpoczynam pracę dwiema igłami, z czego jedna prowadzi nitkę złotą, a druga nitkę żółtą. Hafty złote są piękne, zwykle bardzo wypukłe, a to dlatego, że podszywam w spód podkładki z filcu.
Kiedy zdecydowała się pani wyjść ze swoim dorobkiem i wiedzą do ludzi?
- Kiedy zaczęłam tworzyć hafty, już posiadałam sporą wiedzę o Kociewiu. Dużo czytałam. W domu mieliśmy już wtedy pokaźny zbiór książek o tematyce regionalnej, który całkiem niedawno stał się zaczątkiem Biblioteki Regionalnej na WSG. Zaczęłam wychodzić do szkół na zajęcia w kociewskim stroju, który stworzyłam na podstawie książek i opisów Józefa Gajka, Władysława Łęgi i Bernarda Sychty i opowiadać o kulturze kociewskiej. To było około 10 lat temu. Na kolejnych zjazdach w Kaszubskim Uniwersytecie Ludowym nauczyłam się także malowania na szkle i porcelanie, papieroplastyki, malarstwa sztalugowego, elementów garncarstwa i wikliniarstwa. Więc później prowadziłam też różne warsztaty, zarówno w szkołach, ośrodkach kultury, jak i na warsztatach terapii zajęciowej.
A poezja...
- W tym samym czasie zaczęłam pisać wiersze. Pewnego dnia, a było to może w 2003 roku, przyjechał do mnie Zygmunt Bukowski (znany literat i rzeźbiarz promujący Kociewie), przeczytał moje wiersze i powiedział, że muszę je koniecznie wydać. Początkowo nie chciałam się na to zgodzić, to była część mojego życia, zmagania się z chorobą, to były dla mnie bardzo osobiste teksty. Jednak po pewnym czasie zgodziłam się, Bukowski zajął się wszystkim, znalazł wydawcę, opracował okładkę. Wszystkie moje tomiki recenzował Donat Niewiadomski, na którego zawsze mogę liczyć. Wysyłam mu wiersze, a on zajmuje się ich opracowaniem, stworzeniem wstępu i spisu treści. Do tej pory wydałam trzy tomiki wierszy, czwarty ma się ukazać jeszcze w tym roku.
Jest pani twórcą ludowym.
- Przez długi czas starałam się o uznanie mnie za twórcę ludowego. Do Stowarzyszenia Twórców Ludowych wysyłałam moje hafty kolorowe, czepki, niemal wszystko co stworzyłam, jednak nic z tego. Aż tu pewnego dnia dostałam list powiadamiający o przyjęciu mnie do STL w Lublinie. Było to dla mnie dużym zaskoczeniem. Rada naukowa STL działająca z ramienia MKiDN oficjalnie uznała mnie za poetkę ludową Kociewia.
Ostatnio dostała pani nagrodę marszałka, ale to nie pierwsze pani osiągnięcie, brała pani udział w wielu konkursach? - Mam na koncie wiele zaszczytnych nagród i wyróżnień za hafty i poezję, poza tym wzory moich haftów wykonane przez moje uczennice zostały nagrodzone w konkursach. Od 2005 roku rokrocznie dostaję nagrodę marszałka województwa kujawsko-pomorskiego w Konkursie aktywności artystycznej twórców ludowych. W latach 2003, 2004 i 2009 otrzymałam Nagrody Burmistrza Świecia, a w 2008 roku zostałam uhonorowana odznaczeniem Zasłużony dla Kultury Ludowej PolskiJest pani stypendystką Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego? - Tak, dwukrotną. Pierwsze stypendium dostałam w 2007 roku. Napisałam projekt, którego głównym założeniem było promowanie edukacji regionalnej. Obejmował on organizację warsztatów hafciarskich, papieroplastyki, malarstwa na szkle i innych, które prowadziłam na terenie niemal całego Kociewia i nie tylko. Ministerstwo kładzie duży nacisk na edukację regionalną, a Kociewie nie jest znanym regionem, mało kto wie, jakie tu niegdyś panowały tradycje. W 2009 roku drugi raz udało mi się otrzymać pieniądze na promowanie Kociewia, w bardzo podobnym projekcie.

Pani cały czas się uczy...
- Nadal piszę wiersze, ale mniej już wyszywam. Wcześniej brałam udział w konkursach, teraz raczej prowadzę warsztaty i jestem instruktorem. A sama skupiłam się bardziej na edukacji. Aktualnie studiuję kulturoznawstwo na Wyższej Szkole Gospodarki w Bydgoszczy, wprawdzie to dopiero II rok studiów, ale chciałabym w przyszłości zrobić doktorat i zająć się Kociewiem od strony naukowej. Naprawdę dużo wysiłku kosztowało mnie zdanie matury, ponieważ w młodości ukończyłam tylko szkołę zawodową. Później szybko wyszłam za mąż, pojawiły się dzieci i były rzeczy ważniejsze niż realizowanie własnych marzeń, a zawsze chciałam kontynuować naukę.
Jak działalność na rzecz regionu udaje się pogodzić z pracą?
- Teraz wszystkie te działania prowadzę w wolne od szkoły weekendy albo biorę urlop w pracy. Kiedyś było mi łatwiej, bo nie pracowałam, ale kiedy mój mąż zachorował, musiałam to zmienić, przyjęłam więc etat sprzątaczki w jednej ze świeckich szkół. Bardzo chciałabym realizować swoje zainteresowania w pracy zawodowej, ale jest to bardzo trudne i właściwie jestem uzależniona w tej kwestii od władz miasta i instytucji publicznych. Z finansami też jest krucho, dotychczas wiele rzeczy robiłam społecznie, czasami ktoś mi zwrócił pieniądze za dojazd. Wprawdzie gmina finansuje mi wyjazdy na coroczne plenery do Kaszubskiego Uniwersytetu Ludowego w Wieżycy, ale poza tym robię wszystko z własnych środków.
Z całym szacunkiem do pracy sprzątaczki, ale nie spotyka się pani ze zdziwieniem ludzi znających pani pasję i ogromną wiedzę?
- Czasami mam wrażenie, że żyję na pograniczu dwóch światów. Z jednaj strony tworzę sztukę, o 8 rano idę do szkoły w stroju kociewskim i opowiadam dzieciom o naszym regionie albo w formie wieczorku poetyckiego spotykam się z licealistami w bibliotece, przychodzą delegaci władz miasta i powiatu, wręczają mi kwiaty, ale ja z niecierpliwością patrzę na zegarek, bo już za chwilę muszę pędzić do pracy, przebrać się w fartuch i zacząć sprzątać, i nawet kwiatów nie mogę ze sobą zabrać, bo nie miałabym co z nimi zrobić.
Spotykają mnie dziwne sytuacje. Na przykład w urzędzie skarbowym, gdzie w ogóle nie wiedzieli, w jaki sposób rozliczyć stypendium ministra. Patrzyli tylko ze zdziwieniem i odsyłali mnie od pokoju do pokoju. Poza tym bardzo dziwią się, gdy rozliczam się za zarobki na poziomie najniższej krajowej i np. dodatkowe 5 tys. zł przychodu uzyskanego z tytułu praw autorskich.
Dziękuje za rozmowę
NOT. ACZ