Czas Świecia

Jak w domu, ale czegoś brak

rydzek
04.01.2011
A A A Drukuj
Bąkowo to malutka popegeerowska miejscowość koło Warlubia. Trochę na uboczu drogi, w sąsiedztwie wiekowych dębów, od lat stoi zabytkowy pałacyk. Z zewnątrz budynek lekko podniszczony upływającym czasem, sprawia wrażenie zimnego i niedostępnego, ale jego przestronne wnętrza tętnią życiem, ciepłem i miłością.

Od 1946 r. w Bąkowie funkcjonuje dom dziecka skupiający dzieci z powiatu świeckiego. W placówce są miejsca dla 42 dzieci. Od prawie 20 lat dyrektorem jest Violetta Antkowska. Dom zapewnia wyżywienie, wyposaża w odzież i obuwie, organizuje zajęcia wychowawcze, terapeutyczne, daje podręczniki i przybory szkolne, środki higieny osobistej, a także zabawki. Do kompetencji domu dziecka należy również zapewnienie dzieciom leków i dostępu do opieki zdrowotnej. Dzieci mieszkają w maksymalnie pięcioosobowych pokojach.
Wychowankowie w placówce mogą przebywać do uzyskania pełnoletności albo tak długo, jak się uczą, pod warunkiem, że przestrzegają regulaminu placówki. Młodzież kończąca gimnazjum zaczyna uczęszczać do wybranej szkoły ponadgimnazjalnej. W ciągu tygodnia młodzi ludzie mieszkają w bursie szkolnej, do domu dziecka wszyscy przyjeżdżają na weekendy. Tu mają wydzielone odrębne mieszkanie zwane usamodzielniającym. Jest ono pod kontrolą opiekunów i dyrekcji. Jest to kolejny krok do samodzielnego i odpowiedzialnego życia. Pełnoletni wychowankowie mogą zamieszkać w tak zwanym mieszkaniu chronionym, pod warunkiem, że mają stałe źródło utrzymania.
Dom dziecka to jednocześnie zakład pracy zatrudniający dwudziestu dziewięciu pracowników. Na tę liczbę składa się dyrektor placówki, jedenastu wychowawców, dwóch logopedów, psycholog, pedagog, pracownik socjalny oraz pracownicy administracji i obsługi. Dojeżdżają oni z okolicznych miejscowości. Kilku wychowawców mieszka w odrębnych mieszkaniach zlokalizowanych na terenie placówki.
Mają rodziców, a są w domu dziecka
Dzieci mieszkające w Bąkowie w większości mają oboje rodziców. Tylko kilkoro z nich jest półsierotami. Jedna dziewczynka jest tak zwaną eurosierotą. - Jej matka była wychowanką tego domu dziecka. Pewnego dnia przyszła tu ze swoją córką i powiedziała wprost, ja się tu wychowałam, tu mi było dobrze. Zostawię tu swoją córkę i jadę do pracy za granicę. Od tamtej pory ślad po mamusi zaginął - opowiada dyrektor. Na co dzień do domu dziecka trafiają dzieci, których rodzice nie wywiązywali się ze swoich obowiązków. Nie zapewniali im godziwych warunków życia, nie dopilnowali obowiązków szkolnych, nadużywali alkoholu, pozostawiali dzieci bez opieki lub stosowali wobec nich przemoc fizyczną czy psychiczną. Większość z dzieci nigdy nie zaznała miłości ani ciepła domowego. Wszystkie te wyznaczniki składały się na to, że na podstawie praw zawartych w kodeksie rodzinnym i wychowawczym sąd rejonowy odbiera prawa rodzicielskie. - Do domów dziecka obecnie trafiają dzieci niezdiagnozowane pod względem dydaktycznym i zdrowotnym. Zdarzały się przypadki, że kilkuletnie dzieci nie miały wykonywanych obowiązkowych badań czy szczepień. Cierpią na wszelkiego rodzaju wady i schorzenia. Mają spore zaległości w szkole, bo po prostu do niej nie chodziły. Wszystko to efekty rodzicielskich zaniedbań. W takich sytuacjach naprawdę dzieciom będzie lepiej i bezpieczniej w placówce. Rodzina może być biedna, ale nie zwalnia to jednak od obowiązku nakarmienia pociech. Poświęcenia im odrobiny czasu i utrzymania czystości i schludności - mówi jedna z pracownic domu dziecka.
Najwięcej dzieci trafia do placówek opiekuńczych w okresie zimowym. Powodem są wówczas nieodpowiednie warunki panujące w mieszkaniach.
Jak jest w tym domu
Wychowankowie podzieleni są na cztery grupy - po dziesięć osób w każdej. Pracownicy starają się w jednej razem umieszczać rodzeństwa, bo każda grupa tworzy niemal rodzinę. Zamieszkuje ona wyznaczoną cześć budynku, wyposażoną w indywidualne sanitariaty i aneksy kuchenne. Tu wychowankowie pod okiem opiekunów mogą pichcić to, na co mają ochotę - największą furorę robią frytki z keczupem, pieczenie ciast i krojenie sałatek. Podstawowe posiłki dzieci otrzymują w stołówce.
Mieliśmy okazję zwiedzić cały dom. Zobaczyć warunki, w jakich mieszkają wychowankowie i zamienić z nimi kilka słów. Każdy z pokoi jest inny, wyposażony w nowoczesne meble i sprzęty. Z jednego już z daleka słychać było dochodzącą dziecięcą muzykę - to maluchy w swoim małym kolorowym królestwie z opiekunką właśnie urządziły sobie mini bal. Na widok pani dyrektor zaprzestały tańców, jak na komendę krzyknęły ?ciocia? i dosłownie rzuciły się na kobietę. Jeden z kilkuletnich chłopców spytał, czy ja też mogę być jego ciocią. Potem z ogromnym zainteresowaniem oglądał aparat i robił swoje pierwsze zdjęcia. Z piętra również dochodziła, już nieco inna, muzyka - to nastolatki robiły piątkowe porządki. W kolejnym pokoju chłopacy grali w gry komputerowe. Wszystkich pytaliśmy, jak im się podoba, mówili tak samo - jest fajnie.
Przez całą dobę ładu i porządku pilnują opiekunowie zwani mamusiami, tatusiami, ciociami lub wujkami. Dodatkowo każdy z nich ma przypisanych dwoje, troje podopiecznych, za których szczególnie jest odpowiedzialny. Spełnia on funkcje takie jak typowy rodzic. Sprawdza odrobione zdania domowe, chodzi na wywiadówki do szkoły. Jeździ z dziećmi do lekarza, kupuje podstawowe przybory, takie jak ubrania czy buty, ale też przytula, rozmawia, wyjaśnia, doradza. W obrębie tych grup-rodzin dzieci mają wyprawiane urodziny, zasiadają do wigilii, stroją choinkę, jadają śniadania wielkanocne, obchodzą ważne uroczystości.
- Tak samo jak w rodzinie pewne reguły i proporcje muszą być zachowane. Starsi sami sprzątają nie tylko w swoich pokojach, ale i w sanitariatach i aneksach kuchennych. Pod okiem wychowawców piorą i prasują rzeczy. Uczą się podstawowych czynności przydatnych w codziennym funkcjonowaniu, zajmują się młodszym ?przyszywanym? rodzeństwem, bawią się z nim i pomagają w odrabianiu lekcji - opowiada dyrektorka.
W domu dziecka wyprawiane są uroczystości z okazji przyjęcia Pierwszej Komunii Świętej czy bierzmowania. - Kilka lat temu było nawet wesele wychowanka z wychowanką. Nasza wnuczka ma już 12 lat. Przy okazji muszę też powiedzieć, że mamy naprawdę bardzo dobry kontakt z częścią byłych wychowanków. Czasem odwiedzają nas ze swoimi rodzinami. Przysyłają kartki świąteczne, pamiętają o urodzinach czy imieninach personelu. To bardzo miłe, wzrusza i daje satysfakcję z dobrze wykonanej pracy - wyznaje pani Violetta.
Czekają i tęsknią
- To brutalna prawda, ale aż 80 proc. rodziców nie zabiega o kontakty ze swoimi pociechami. Tylko dwie rodziny biorą systematycznie dzieci na weekendy do domu. Pozostali przypominają sobie o dzieciach, kiedy te zbliżają się do pełnoletności i możliwe, że za chwilę zaczną zarabiać pieniądze - wyznaje ze smutkiem dyrektorka.
Zbliżające się święta to dla dzieci z domu dziecka najtrudniejszy czas. Wiele z nich liczy na to, że spędzi je w rodzinnym domu, ale aby tak się stało, rodzice muszą napisać odpowiednie pismo do sądu i przyjść ze zgodą sądu po dzieci. - Często przez telefon obiecują dziecku, że pismo jest złożone, a tak naprawdę wcale tego nie robią. To najgorsze, co może być. Dziecko czeka i czeka, i nagle w Wigilie zdaje sobie sprawę, że rodzice nie przyjdą. To są najgorsze momenty. Lepiej jest, kiedy dziecko wie i jest przygotowywane na to, że spędzi święta z nami - mówi szefowa placówki. Tak jak w każdym domu będzie kolacja wigilijna, odświętny nastrój, wspólne śpiewanie kolęd. Obowiązkowo każdy wychowanek dostanie prezent. - I to wcale nie hurtowo wszyscy to samo. Staramy się dopasować upominki do zainteresowań naszych dzieci - zastrzegają opiekunowie. - Zdajemy sobie sprawę, że każde z tych dzieci chciałoby być z matką i ojcem. Beztrosko cieszyć się dzieciństwem, po prostu być szczęśliwe. Jak widać, nie zawsze jest to możliwe. Dlatego cały personel stara się z całego serca dać dzieciom jak najwięcej miłości i zrozumienia. Tak, aby było im w placówce dobrze, aby czuły się bezpieczne i kochane - dodają opiekunowie..
Ten z domu....
- Na szczęście określenie ?to ten z domu dziecka? powoli zanika. Dzieciaki już nie są wytykane palcami i nie przychodzą ze szkoły z płaczem. Stereotyp, jakoby dzieci w takich placówkach jak dom dziecka siedziały z nosem przy szybie, były brudne, zasmarkane i pozostawione samym sobie, nie funkcjonuje i u nas nigdy nie miał miejsca. W ostatnim czasie w obszernych budynkach na terenie placówki zawiązała się świetlica środowiskowa. Dzięki czemu coraz lepiej rozwija się integracja z lokalną społecznością - podkreśla dyrektorka.
MP

Zobacz więcej na temat:

Skomentuj:
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX