Informacja o tragedii na drodze wojewódzkiej w Twardej Górze dotarła do służb 10 listopada chwilę po godz. 21.

Zginęli na miejscu

Na ratunek wyjechały dwa zastępy JRG ze Świecia oraz ochotnicy z Nowego i Rychławy. Kiedy pomoc dotarła, mężczyźni - 24-letni kierowca i pasażerowie w wieku 27 i 30 lat - już nie żyli. - Lekarz z zespołu ratownictwa medycznego stwierdził zgon wszystkich osób podróżujących pojazdem - mówi kpt. Tomasz Sadecki, naczelnik wydziału operacyjno- kontrolno-rozpoznawczego w świeckiej KP PSP.

Mogli przesadzić z prędkością

Na razie wiadomo tylko tyle, że osobowe bmw 3 na prostym odcinku zjechało na pobocze i zatrzymało się na przydrożnym drzewie. Siła uderzenia była tak potężna, że części auta leżały porozrzucane w promieniu kilkunastu metrów. Kierowca musiał jechać z dużą prędkością. Ludzie twierdzą, że widzieli, jak mężczyźni już od popołudnia kręcili się po okolicy, nie szczędząc gazu. Policjanci nie chcą jednak mówić o przyczynach i okolicznościach wypadku. - Ze wstępnych ustaleń wynika, że kierujący autem po wyjściu z łuku mógł stracić panowanie nad pojazdem i lewym bokiem uderzył w drzewo - informuje kom. Tomasz Krysiński z KPP w Świeciu. Okoliczni mieszkańcy twierdzą, że to niebezpieczny odcinek. - Jest tam dużo zakrętów i drzew, więc powiedziałbym nawet, że to bardzo niebezpieczna trasa - potwierdza Sadecki.

Wypowie się biegły

Śledztwo w sprawie prowadzi świecka prokuratura. - Na jutro zaplanowana jest sekcja zwłok ofiar - mówił w środę Janusz Borucki, prokurator rejonowy w Świeciu, który zaznacza, że przyczynę wypadku będzie można poznać dopiero, gdy wypowie się biegły. - Samochód został zabezpieczony do badań - informuje Borucki.

Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że w pozostałościach po pojeździe śledczy znaleźli ślady świadczące o tym, że mężczyźni mogli spożywać alkohol. Czy pod jego wpływem był kierowca, będzie wiadomo po przeprowadzeniu badań laboratoryjnych, do których została pobrana krew 24-latka.

Zbyszek tak ładnie tańczył

Bracia z Rychławy nie mieli rodzeństwa, po śmierci ojca wychowywała ich matka. Obydwaj pracowali we Francji, do rodzinnej miejscowości przyjechali kilka dni temu. W okolicy ludzie wspominają ich jako miłych i spokojnych chłopaków. - Znałam ich obydwu, a starszego, Zbyszka, szczególnie - mówi Gertruda Woźnicka, która przez wiele lat prowadziła w Rychławie zespół folklorystyczny. - Przychodził do domu kultury. Tak ładnie tańczył u nas przez kilka lat i pięknie mówił po kociewsku. Z tej dwójki był bardziej rozrywkowy, lubił się bawić. Młodszy Przemek chętniej pomagał w gospodarstwie, a pracy sporo było - wszystko ręcznie się robiło. Trzeba było widły wziąć i zasuwać - opowiada.

Trzeba pomóc matce

Woźnicka w samych superlatywach wypowiada się o matce zmarłych braci. - Uczyłam Marysię, zawsze taka spokojna była - wspomina. - Jej mąż też bardzo sympatyczny był, przychodził na biesiady, jak ten ich Zbyszek występował - dodaje. Kobieta niedawno pochowała siostrę, przed laty zmarł jej brat. - Sama biedulka została, w dodatku po ciężkiej operacji, którą niedawno przeszła - mówi Woźnicka. - Zawsze tak się starała, żeby coś dorobić do gospodarstwa, dbała, żeby synowie szkoły pokończyli. Teraz jej trzeba jakoś pomóc - podkreśla. Kiedy zamykaliśmy ten numer "Czasu", data pogrzebu nie była jeszcze znana.

AGA