Sobota to główny dzień handlowy w Nowem. W tę ostatnią, po piątkowym święcie, ruch na miejskim targowisku był spory. Około godz. 10.30 uwagę ludzi zwrócił dym wydobywający się ze stacjonarnego straganu. Takich przy ul. Bydgoskiej nie ma wiele - przeważają obwoźni handlarze, którzy jeżdżą z towarem z miejsca na miejsce i sprzedają z namiotów. Drewniana budka błyskawicznie zajęła się ogniem, a nad targowiskiem unosiła się spora chmura dymu. Do walki z żywiołem stanęły cztery zastępy straży, ale ogień na tyle szybko trawił drewniane elementy budki, że nie było czego ratować. - Spaliła się konstrukcja z wyposażeniem oraz to, czym przedsiębiorcy handlowali - podaje kpt. Tomasz Sadecki, naczelnik wydziału operacyjno-kontrolno-rozpoznawczego w świeckiej KP PSP. Strażacy oszacowali straty na około 20 tys. zł. Zgliszcza oglądała policja, ale śledczy nie wszczęli postępowania. - Policjanci byli na miejscu - potwierdza Tomasz Krysiński z KPP w Świeciu. - Ustalenia wskazują, że doszło do zwarcia instalacji elektrycznej, dlatego nie prowadzimy czynności w tej sprawie - wyjaśnia.

Stragan należał do Bożeny i Ryszarda Bielińskich. - Ten rynek, to było całe życie rodziców - przyznaje Sylwester Soliński, syn właścicieli. - Handlowali w tym jednym miejscu od kiedy pamiętam, więc będzie już pewnie ze 30 lat - dodaje.

Do lokalnych sprzedawców przywiązani byli także mieszkańcy Nowego. Na razie małżeństwo nie zdecydowało, czy będzie budować stragan na nowo. - Najpierw trzeba było to wszystko uprzątnąć - opowiada Soliński. - Zarówno drewno, jak i tekstylia, które sprzedawali rodzice, są na tyle łatwopalne, że nie było czego ratować. Spaliło się wszystko. Zresztą, nawet gdyby coś ocalało od ognia, to zniszczyłoby się prawdopodobnie w wyniku akcji gaśniczej - tłumaczy.

AGA