Osobami chorymi psychicznie w Świeciu zajmowano się od 1426 roku. Wówczas, przez 28 lat, przy konwencie na zamku krzyżackim działał Thorichte Hof, czyli dziedziniec dla nierozumnych.

W 1822 roku, w pomieszczeniach poklasztornych należących do oo. Bernardynów, powstał Szpital Krajowy. Najprawdopodobniej pracowało w nim tylko dwóch lekarzy. Opieka, jaką musieli sprawować, nie była więc zadaniem łatwym, bo miejsc w szpitalu przygotowano dla 100 pacjentów, w tym aż 20 dla osób chorych psychicznie.
Podział ten miał się zmienić ponad 20 lat później, gdy na terenie Pomorza i Mazur sporządzono spis osób psychicznie chorych. Okazało się, że jest ich aż 1265, w tym 209 niebezpiecznych. Na podstawie tych danych władze pruskie wydały decyzję o budowie dwóch zakładów psychiatrycznych. Pierwszy z nich powstał w Allenbergu, drugi w Schwetz, czyli dzisiejszym Świeciu.
Projekt na budowę świeckiej lecznicy był gotowy już rok po przeprowadzonych badaniach. Budowa ruszyła jednak dopiero w 1847 roku i trwała 7 lat. Zakład otworzono 1 kwietnia 1855 roku. W pierwszym etapie powstały cztery pawilony na 200 łóżek. W późniejszych latach budynek był rozbudowywany, a nawet wzbogacił się o gmach Szpitala Krajowego.
Pierwszym dyrektorem szpitala psychiatrycznego w Świeciu został dr Friedrich Hoffman. Funkcję tę sprawował od 1855 do 1859 roku. Wspólnie z nim pracowali dr Ludwig Meyer (późniejszy profesor psychiatrii w Getyndze) oraz dr Franz Meschede (profesor psychiatrii w Królewcu).
W tym okresie obłożenie wynosiło 194 osoby. Jednak z roku na rok liczba przyjmowanych do szpitala chorych rosła. Już w 1876 było ich 375. Aby wszystkich pomieścić, zaadaptowano pomieszczenia na strychu. Kiedy w 1910 roku liczba pacjentów zbliżała się do tysiąca, szpital miał do dyspozycji kolejne cztery pawilony. A na przełomie lat 1910-1914 zdecydował się nawet na prowadzenie szkoły specjalnej, do której uczęszczało 15 dzieci. Kolejnym krokiem w rozwijaniu szpitala było wprowadzenie w 1911 roku terapii zajęciowej. Chorzy zdolni do pracy byli zatrudniani do uprawy 56 ha ziemi rolniczej.
W 1920 roku ośrodek zyskał rangę Krajowego Pomorskiego Zakładu Psychiatrycznego w Świeciu. Wtedy też zatrudniono pierwszego polskiego dyrektora. Był nim Stanisław Dekowski. Prowadził zakład przez 12 lat. Za jego czasów uważano, że najlepszą terapią jest praca. W szpitalu powstało więc wiele warsztatów. Wybudowano piekarnię, masarnię, sklep rzeźnicki. Pracownicy brali udział w kursach pielęgniarskich. Ponownie otworzono też szkołę specjalną, do której uczęszczało od 23 do 55 uczniów (dyrektorem był Józef Duszyński).
Kolejne lata przynosiły jeszcze prężniejszy rozwój zakładu. Oprócz warsztatów zajęciowych prowadzona była również orkiestra szpitalna. Organizowano uroczystości i zabawy taneczne. A kiedy w 1932 roku funkcję dyrektora przejął Józef Bednarz (dzisiejszy patron), pacjenci (było ich około 1600) mogli korzystać także z biblioteki zakładowej, w której znajdowało się 2000 tomów. Za Bednarza w szpitalu pracowało od pięciu do sześciu lekarzy.
Niemcy wywieźli 1350 pacjentów

 

Osobami chorymi psychicznie w Świeciu zajmowano się od 1426 roku. Wówczas, przez 28 lat, przy konwencie na zamku krzyżackim działał Thorichte Hof, czyli dziedziniec dla nierozumnych. W 1822 roku, w pomieszczeniach poklasztornych należących do oo. Bernardynów, powstał Szpital Krajowy. Najprawdopodobniej pracowało w nim tylko dwóch lekarzy. Opieka, jaką musieli sprawować, nie była więc zadaniem łatwym, bo miejsc w szpitalu przygotowano dla 100 pacjentów, w tym aż 20 dla osób chorych psychicznie. Podział ten miał się zmienić ponad 20 lat później, gdy na terenie Pomorza i Mazur sporządzono spis osób psychicznie chorych. Okazało się, że jest ich aż 1265, w tym 209 niebezpiecznych. Na podstawie tych danych władze pruskie wydały decyzję o budowie dwóch zakładów psychiatrycznych. Pierwszy z nich powstał w Allenbergu, drugi w Schwetz, czyli dzisiejszym Świeciu.Projekt na budowę świeckiej lecznicy był gotowy już rok po przeprowadzonych badaniach. Budowa ruszyła jednak dopiero w 1847 roku i trwała 7 lat. Zakład otworzono 1 kwietnia 1855 roku. W pierwszym etapie powstały cztery pawilony na 200 łóżek. W późniejszych latach budynek był rozbudowywany, a nawet wzbogacił się o gmach Szpitala Krajowego. Pierwszym dyrektorem szpitala psychiatrycznego w Świeciu został dr Friedrich Hoffman. Funkcję tę sprawował od 1855 do 1859 roku. Wspólnie z nim pracowali dr Ludwig Meyer (późniejszy profesor psychiatrii w Getyndze) oraz dr Franz Meschede (profesor psychiatrii w Królewcu). W tym okresie obłożenie wynosiło 194 osoby. Jednak z roku na rok liczba przyjmowanych do szpitala chorych rosła. Już w 1876 było ich 375. Aby wszystkich pomieścić, zaadaptowano pomieszczenia na strychu. Kiedy w 1910 roku liczba pacjentów zbliżała się do tysiąca, szpital miał do dyspozycji kolejne cztery pawilony. A na przełomie lat 1910-1914 zdecydował się nawet na prowadzenie szkoły specjalnej, do której uczęszczało 15 dzieci. Kolejnym krokiem w rozwijaniu szpitala było wprowadzenie w 1911 roku terapii zajęciowej. Chorzy zdolni do pracy byli zatrudniani do uprawy 56 ha ziemi rolniczej. W 1920 roku ośrodek zyskał rangę Krajowego Pomorskiego Zakładu Psychiatrycznego w Świeciu. Wtedy też zatrudniono pierwszego polskiego dyrektora. Był nim Stanisław Dekowski. Prowadził zakład przez 12 lat. Za jego czasów uważano, że najlepszą terapią jest praca. W szpitalu powstało więc wiele warsztatów. Wybudowano piekarnię, masarnię, sklep rzeźnicki. Pracownicy brali udział w kursach pielęgniarskich. Ponownie otworzono też szkołę specjalną, do której uczęszczało od 23 do 55 uczniów (dyrektorem był Józef Duszyński).Kolejne lata przynosiły jeszcze prężniejszy rozwój zakładu. Oprócz warsztatów zajęciowych prowadzona była również orkiestra szpitalna. Organizowano uroczystości i zabawy taneczne. A kiedy w 1932 roku funkcję dyrektora przejął Józef Bednarz (dzisiejszy patron), pacjenci (było ich około 1600) mogli korzystać także z biblioteki zakładowej, w której znajdowało się 2000 tomów. Za Bednarza w szpitalu pracowało od pięciu do sześciu lekarzy.

Niemcy wywieźli 1350 pacjentów

Wybuch II wojny światowej to tragiczne losy na kartach historii szpitala psychiatrycznego w Świeciu. We wrześniu 1939 roku zakład został przejęty przez wojska niemieckie. Dyrektorem komisarycznym został dr Loehr, a następnie dr Neber. Tu działała również komisja pod kierownictwem prof. Ericha Grossmana z Akademii Lekarskiej w Gdańsku zajmująca się polityką rasową. Na przełomie września i października hitlerowcy wywieźli ze szpitala około 1350 pacjentów i dyrektora Józefa Bednarza. Zostali pomordowani w lasach w okolicy Nekli, Luszkowa, Luszkówka i Mniszka. Pozostałych 300 pacjentów uznano za zdolnych do pracy. Przewieziono ich do szpitala w Kocborowie, który w czasie wojny był jedynym czynnym szpitalem psychiatrycznym w Polsce w okręgu Gdańsk - Prusy Zachodnie. Świecki szpital psychiatryczny na czas wojny stał się natomiast miejscem, w którym leczono rannych jeńców polskich, a następnie domem starców dla Niemców z krajów nadbałtyckich. Okupanci zniszczyli bibliotekę i archiwum.

Po wojnie szpital wznawia działalność

Do placówki, która wznawia działalność pod nazwą Zakład Psychiatryczny Pomorskiego Samorządu Wojewódzkiego, szybko zaczęli zgłaszać się jego byli pacjenci, którzy przetrwali wojnę. Jednym z pierwszych był Jan Plita, który ocalał z zagłady dzięki temu, że schował się w beczce.

Dyrektorem został wtedy dr Zygmunt Januszkiewicz. Od 1945 do 1950 działał tu też Państwowy Zakład Wychowawczy, a następnie Zakład Wychowawczy dla dzieci upośledzonych umysłowo. W 1949 roku zmieniono nazwę na Państwowy Szpital dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Świeciu.

Rok później utworzono oddział psychiatrii dziecięcej. A w 1952 roku w Górnej Grupie powstała pierwsza filia szpitala. W tym samym roku zakład wzbogacił się o gabinet stomatologiczny, następnie pracownię rentgenowską (1953) i oddział neurologiczny (1956), a także pracownie elektrokardiograficzną (1958) i elektroencefalograficzną (1961).

W 1958 i 1964 roku powstały dwie dodatkowe filie szpitala, kolejno w Morsku i w Żurawiej Kępie. Następnie w 1966 roku w Lipczynku wybudowano pierwszy w Polsce ośrodek rekreacyjno-rehabilitacyjny z turnusami dla grup wymagających opieki medycznej i psychologicznej. W 1970 roku odnotowano największy stan pacjentów, który wynosił 2190 osób. Zajmowało się nimi 30 lekarzy.

31 października 1980 roku w szpitalu wydarzyła się tragedia.

W zamiejscowym oddziale płonęli ludzie

35 lat temu na terenie szpitala psychiatrycznego w Górnej Grupie w ogniu zginęło 55 osób. 26 zostało ciężko poparzonych. Chorzy nie mieli szans na przeżycie. Ogień, jaki pojawił się w budynku, tak gwałtownie się rozprzestrzenił, że odciął im drogę ucieczki.

Pożar w Górnej Grupie, w obecnym domu księży Werbistów, wybuchł w nocy z 31 października na 1 listopada 1980 r.

 

Historia domu

Zanim w gmachu odtworzono zamiejscowy oddział świeckiej lecznicy, rezydowali tu misjonarze werbiści. Wcześniej, bo na początku dwudziestego wieku, jego właścicielkami są siostry Ottona von Bismarcka. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości trzypiętrowy okazały pałac przejmuje Urząd Ziemski w Grudziądzu, który wystawia go na sprzedaż. Majątek kupują werbiści. W dzień, kiedy stali się jego właścicielami, ktoś podpalił wszystkie budynki. Pałac doszczętnie się spalił. Misjonarze odbudowali go ze zgliszcz. Obok postawili inne budynki - oborę i chlew. W środku posiadłości zrobili na kilku hektarach wielki ogród, z rzadkimi krzewami i drzewami. Aż do II wojny światowej funkcjonują tutaj dom rekolekcyjny, seminarium i gimnazjum. W czasie okupacji hitlerowskiej wkraczają Niemcy, urządzają na miejscu sztab i więzienie. Wielu ojców ich okupację w Górnej Grupie przypłaciło życiem albo zesłaniem do obozów koncentracyjnych. Po wojnie misjonarze dostają z powrotem swój dom. Jak się okazało, nie na długo.

2 lipca 1952 r. przed budynek podjeżdżają ciężarówki z milicjantami. Księża nie mieli za dużo czasu na spakowanie się. W latach pięćdziesiątych w Polsce rozpoczęły się prześladowania księży. W oficjalnym komunikacie podano, że wyrzucono ich z domu za prowadzenie szkoły bez zgody ówczesnych władz oświatowych. Gdy księża opuścili Górną Grupę, ich miejsce zajęli chorzy psychicznie. Od 1952 r. była tu filia szpitala psychiatrycznego w Świeciu.

 

Przyjęty przez władze

Robotnicy wzięli się za niszczenie budynku, ze ścian zdjęto obrazy świętych, ołtarz podobno wyrzucono do chlewu. Obszerne pomieszczenia podzielono na szereg mniejszych, w których postawiono łóżko obok łóżka. Pacjentów umieszczono na drugim i trzecim piętrze budynku. Na każdym była jedna główna sala, na około 50 łóżek, oraz trzy mniejsze - w każdej spało nawet po 20 osób. Okna były zakratowane, szyby ze szkła hartowanego, tak żeby pacjenci nie mogli wyskoczyć. Obszerne korytarze ciągnęły się przez ponad 50 metrów, na końcu dopiero było jedno zejście na klatkę schodową, z której wychodziło się na dziedziniec.

Na parterze mieściła się administracja, obok w bocznych skrzydłach budynku mieszkali pracownicy szpitala z rodzinami. Ta część miała osobne wejście z klatką schodową.

Jednym ze świadków tragicznych zdarzeń z nocy z 31 października na 1 listopada 1980 r. był Andrzej Rutkowski. Był szpitalnym palaczem. Mieszkał z żoną w bocznym skrzydle domu, na drugim piętrze.

Murowana ściana oddzielała jego pokoje od szpitalnego holu. 31 października 1980 r. wrócił po południu z pracy, wieczorem oglądał film w telewizji. - Kilka minut po godz. 23 nagle zabrakło prądu - opowiada. - Nawet się nie zdziwiłem, bo wtedy to było normalne. W szpitalu często były takie awarie. Spojrzałem przez okno, a reszta wsi miała światło. Ubrałem się i poszedłem włączyć agregat prądotwórczy. To był szpital, prąd zawsze u nas musiał być - dodaje.

 

Ogień od iskry z komina

Rutkowski wyszedł z domu i zobaczył krzyczącą z drugiego piętra pielęgniarkę. - Kobieta była przerażona, wrzeszczała, że się palą - opowiada. - Pobiegłem zawiadomić straż, remiza była od nas niedaleko. Jakieś trzysta metrów piaszczystej drogi i już byłem na drugiej stronie głównej ulicy. Zawyły pierwsze syreny. Wróciłem do szpitala. A za kilka minut przyjechały do nas pierwsze wozy strażackie. Do Górnej Grupy dotarli chyba wszyscy zawodowi strażacy ze Świecia i Grudziądza i wielu z okolicznych jednostek OSP - dodał.

W tym czasie pan Andrzej zaczyna rozwalać kilofem zamurowane przed ćwierćwieczem drzwi łączące część lokatorską z dużą sypialnią pacjentów. Dzięki temu w płonącym szpitalu jest już dodatkowe przejście ewakuacyjne, a strażakom łatwiej prowadzić akcję. Przez wykuty w pośpiechu otwór udaje się wyciągnąć jednego z chorych. Ten pacjent przeżyje, jako jeden z nielicznych z tzw. dużej sali. - Podziękowania należą się mojemu nieżyjącemu już teściowi - mówi Rutkowski. - To on powiedział mi o zamurowanych drzwiach do jednej z sal. Był przez wiele lat pielęgniarzem w tym szpitalu i doskonale znał lokalizacje wszystkich pomieszczeń i przejść, nawet tych ukrytych.

O tamtym zdarzeniu rozpisywała się prawie przez miesiąc prasa. Urszula Łączkowska w gazecie „Fakt” pisała: „Jesień 1980 r. była bardzo chłodna i kilka dni przed pożarem zaczęto mocno ogrzewać budynek. Iskra z komina wydostała się i upadła na ściółkę izolacyjną. Ogień zaczął wędrować wewnątrz ścian i stropów. Zawrócił, gdy napotkał na swojej drodze przeszkodę - zamurowaną ścianę. Ogień jeszcze wtedy był dla ludzi niezauważalny. Pojawił się wewnątrz ścian na piętrze. A tu było wszędzie drewno - suche jak zapałka. Przepalił się sufit i pożar się rozprzestrzenił. Wszystko zaczyna się rozgrywać w okamgnieniu. Na II piętrze znajduje się 125 pacjentów - w dużej sypialni, w małej i na sali chorych moczących się i epileptyków. Cztery pielęgniarki około godz. 22.30 dokonały rutynowego obchodu sal. Nie działo się nic szczególnego. Panował spokój. Dwie pielęgniarki powinny czuwać na sali epileptyków. Ale idą wraz koleżankami do znajdującej się w innym skrzydle gmachu szatni, aby zjeść kolację. Ta chwila relaksu nie trwała długo, bo przybiega do nich przerażony Ali - pacjent, któremu zleciły w swym zastępstwie pilnowanie sali epileptyków. Ali bardzo lubi ogień, jest piromanem. Kilka dni przed tym zdarzeniem podpalił swój materac. Teraz jako pierwszy zauważył ogień. Chory boi się, że podejrzenie o spowodowanie pożaru spadnie na niego. Wola z lękiem: pali się, pali, ale to nie Ali. Wszystkie panie podrywają się na równe nogi. Biegną szybko, ale mają do pokonania dużą odległość - cały długi korytarz. Gdy dobiegną do sal chorych, tam będzie już ogień i czarny, gryzący dym. Ten dym wytwarzały materace piankowe. Kobiety są przerażone. Przez uchylone okna wzywają pomocy. Ale to okna szpitala psychiatrycznego, z hartowanego szkła, tak zamontowane, że można je jedynie uchylić, a nie otworzyć na całą szerokość. Tej nocy dla ratowników okazały się prawdziwym przekleństwem, bo nie można było ich wybić”.

Zawalały się stropy, w środku byli ludzie

Nie przeżył nikt z tzw. sali moczących się. Chorych udusił dwutlenek węgla. Gaz był także przyczyną śmierci osób z dużej sali. A wszystko to dlatego, że pacjenci byli przywiązani do łóżek pasami, nawet gdyby się w porę obudzili, nie mieli szans na ratunek.

Eksperci, którzy badali przebieg akcji ratowniczej, twierdzili, że szanse na przeżycie mieli tylko epileptycy i pensjonariusze małej sypialni, tj. pomieszczeń najbliżej wyjścia ewakuacyjnego. Wszystko się sprzysięgło przeciwko ratującym. Nie było noszy, w całym budynku co chwilę gasło światło. Brakowało elektrycznych latarek. Strażacy mieli też problem z wodą, bo ta z pobliskiej sadzawki była mocno zabrudzona i szybko się skończyła, trzeba więc było czekać na beczkowozy.

Z drugiego piętra udało się wyprowadzić 125 pensjonariuszy, poparzonych było 26. - W budynku było jeszcze pierwsze piętro - opowiada Rutkowski. Tam były 192 osoby, wszystkie ogarnięte paniką. Zawalały się stropy, a w środku byli jeszcze ludzie. Trudno było stamtąd chorych wyciągnąć. Pamiętam takiego Ryśka z Bydgoszczy, miał popaloną twarz, a ciągle mówił, że musi wrócić, bo tam został jego brat - dodaje.

Wyjaśnienie okoliczności zdarzenia i wskazanie winnych miało być sprawą priorytetową, którą interesowali się najwyżej postawieni notable partyjni.

Helikopterem na miejsce tragedii przyleciał następnego dnia wicepremier Henryk Kisiel. Milicja badała, czy może sprawcą mógł być pacjent Ali, ale ta wersja szybko została odrzucona. Jesienią 1981 r. prokuratura w Bydgoszczy sporządza akt oskarżenia przeciwko kierownikowi działu administracyjno-gospodarczego i dyrektorowi szpitala do spraw ekonomiczno-finansowych. Obaj w oskarżeniu mają napisane „zaniedbanie służbowych obowiązków”. Jeden z nich umiera w trakcie postępowania, drugi zostaje uniewinniony.

W 1989 r., jeszcze ludowa, władza oddała werbistom dom w Górnej Grupie, który po spaleniu odbudowali.

Andrzej Rutkowski do 1990 r. mieszkał w budynku obok szpitala. Potem przeprowadził się do Grudziądza. Do Górnej Grupy wraca, jeszcze kilka lat temu był kronikarzem w miejscowej jednostce OSP, dziś jest jej członkiem honorowym.

Tragedia stała się tematem piosenki Przemysława Gintrowskiego do słów Jacka Kaczmarskiego pt. „A my nie chcemy uciekać stąd".

W 2010 r. na cmentarzu przy Wojewódzkim Szpitalu dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Świeciu odsłonięto tablicę, na której upamiętniono wszystkie ofiary pożaru z imienia i nazwiska. Od kilku lat w rocznicę tragicznych zdarzeń odbywa się w tym miejscu uroczysta msza św. Najbliższa 31 października o godz. 11. Mają w niej uczestniczyć m.in. druhowie z OSP Górna Grupa, a także innych okolicznych jednostek.

*

W 1980 roku zredukowano liczbę pacjentów z 2 tysięcy do tysiąca. Obecnie w szpitalu jest 475 łóżek, a obłożenie wynosi 90 proc. Dyrektorem jest Wiesław Kiełbasiński.

WIL, KAR

Bibliografia:

Praca zbiorowa „75 lat Domu Misyjnego św. Józefa w Górnej Grupie 1923-1998” Górna Grupa 1998 r.,

Z. Kapuścik „Kościół katolicki w czasach Bieruta. Rumieniec Wstydu. Za głupotę urzędników zapłaciły zgromadzenia zakonne” Tygodnik Kulturalny nr 16 z 16 kwietnia 1989 r. str. 11,

Relacja Andrzeja Rutkowskiego, członka honorowego OSP w Górnej Grupie,

 

Kalendarium szpitala psychiatrycznego w Świeciu opracowane przez dr. n. med. Ryszarda Kujawskiego.