Ryszard Kujawski: Zanim zacząłeś pracę w naszej lecznicy, wcześniej pracowałeś w szpitalu powiatowym?
Janusz Janczewski: Przyjechaliśmy do Świecia w 1976 roku. Moja żona rozpoczęła pracę w szpitalu psychiatrycznym i cały czas w nim pracowała. Ja robiłem chirurgię w szpitalu u góry (obecnie NZOZ Nowy Szpital - przyp. red.). Muszę powiedzieć, że pierwszy raz drzwi oddziału psychiatrycznego przekroczyłem dopiero wtedy, kiedy zostałem tu zatrudniony (1994 rok), czyli bardzo długo po tym, jak tutaj zamieszkaliśmy. Zrobiłem "jedynkę" z chirurgii i zorganizowałem "Solidarność" w szpitalu ZOZ w Świeciu, który w takiej formie, w jakiej wtedy istniał, był drugim co do wielkości zakładem pracy na tym terenie, zaraz po Celulozie. "Psychiatryk" był trzeci, a w nim Andrzej Michorzewski zorganizował "Solidarność".
Chciałbym cię poprosić o twoje wspomnienia, dotyczące pożaru w Górnej Grupie. Miałeś wtedy dyżur?
- Wtedy dyżurowałem w pogotowiu w Nowem, tam była podstacja pogotowia świeckiego. Znam wszystkie mieszkania w Nowem, tych dyżurów miałem bardzo dużo. Myśmy się bili o te dyżury, bo żeby wtedy coś zarobić, trzeba było się naprawdę napracować. W tymże Nowem otrzymałem wezwanie do pożaru. Byłem pierwszą karetką na miejscu zdarzenia. W tym czasie była tam tylko jedna jednostka Ochotniczej Straży Pożarnej z Grupy. Uczestniczyłem aktywnie w tej akcji. Dyrektorem szpitala psychiatrycznego był wtedy doktor Petelski. Jadąc pierwszą karetką, koordynowałem to wydarzenie. Zrobiła się akcja na pół Polski. Karetki zjeżdżały się tam ze wszystkich stron, nie mówiąc o jednostkach straży pożarnej. Mieliśmy łączność telefoniczną. W pewnym momencie dyrektor Petelski poprosił mnie, żeby kierować wszystkich do szpitala w Świeciu, bo przygotowują tam posiłki. Jednocześnie moja żona, Basia, miała dyżur w izbie przyjęć szpitala psychiatrycznego i przyjmowała tych pacjentów. Jednego chorego pytałem, jak to jest w książce Michorzewskiego napisane, jak on się nazywa. To takie dramatyczne, kiedy on mówił: "moje nazwisko spłonęło w Grupie". Byłem na drugim piętrze, to się paliło od góry.
Od strychu.
- Długie korytarze. Pierwszy raz byłem w tym obiekcie, byłem przerażony tym, jak wyglądają te sale. To były olbrzymie pomieszczenia, zapełnione łóżkami z wąskimi przejściami. Łóżka stały szeregami, wezgłowiami przy sobie, do ściany. Tam trudno było się poruszać. Pacjenci byli przywiązani do łóżek. To jest zupełnie co innego niż np. w hotelu, gdzie jest wyjście i wszyscy się nim ewakuują. To były osoby psychicznie chore. Jednego w łazience złapałem, pokazałem mu korytarz: "proszę tędy iść". Nie był zadymiony jeszcze, tam była normalna klatka, mówię: idź tędy, proszę, tu, tam stoją ludzie.
Wszedłeś tam w czasie pożaru. Przecież już płonęła góra.
- Na górze, byłem właśnie na drugim piętrze. Ale wracając do tego pacjenta, odwracam się, a jego nie ma. On nie mógł w tym czasie dojść do drzwi, rozumiesz? Zacząłem go szukać, a on leżał pod swoim łóżkiem. I tam się ukrył, bo to było jego miejsce. Natomiast ci, którzy spłonęli... Chciałem do nich iść, słyszałem ich - byli niedaleko, krzyczeli.
To było na tej samej kondygnacji?
- Tak, byli zamknięci w sali. Gdy tam stałem, już były płomienie. Mówię: dajcie mi jakąś linę, abyście mnie wyciągnęli, pójdę tam. Ale oni nie mieli nic. W ogóle akcja była strasznie chaotycznie prowadzona. Zasoby wody szybko się kończyły. Jak sikało, to przygasało.
Ze stawu wodę jeszcze początkowo brali.
- Tak. Potem się stamtąd wynieśliśmy, nie było kogo ratować. Była drużyna ze szpitala wojskowego w Grudziądzu i pacjentom Fenactil w "dupę" dawali. W zasadzie każdemu, praktycznie jak leciał, tak uspokajali tych chorych i rozwozili. Byłem tam do końca. Strasznie to przeżyłem, ale to nie był koniec. Następnego dnia miałem dyżur w izbie przyjęć szpitala w ZOZ-ie. Musiałem przyjąć wszystkie zwłoki z Grupy. Po raz pierwszy w życiu widziałem popalone ciała, rozwalone powłoki, czarne, zwęglone. To było coś tragicznego. Przyleciał śmigłowiec, ten sam, w którym papież podróżował podczas pierwszej pielgrzymki, wysiadł z niego wicepremier Mach, łącznie trzech ludzi. Mogli nam przywieść wszystko, co potrzebne dla chorych, przynajmniej na tę pierwszą pomoc. Nic ze sobą nie mieli. Byłem tym bardzo poruszony. Taki lot kosztował kupę forsy.
Ten śmigłowiec przyleciał dopiero rano?
- Tak, to było następnego dnia. Prowadzona była akcja zwożenia zwłok z Grupy, wszystkie trafiły do szpitala w Świeciu.
Podobno zwłoki zawieźli do Bydgoszczy na sekcje?
- Tego nie wiem. Te zwłoki były tam (u góry w szpitalu - przyp. Red.) składowane, sprawdzałem je ilościowo.
Czyli zwłoki zwożono do prosektorium do szpitala ZOZ-u i tam były przechowywane?
- Tak, w prosektorium szpitala ZOZ-u. Później to już nie wiem, gdzie trafiły. Potem odbył się zbiorowy pogrzeb. Byłem na nim.
Podobno ubecja go nagrywała..
- Tam chodziło o jeszcze coś innego. To był największy pożar, z największą liczbą ofiar. W internecie znajdziesz film: "Miejsca przeklęte", nawet ja tam występuję ("Miejsca przeklęte - Szpital w Płomieniach", 2009). Pytałem tego reżysera, dlaczego to kręci. Przecież teraz nie ma rocznicy, nie ma nic. On mówi: "wie pan, bo ludzie to jeszcze pamiętają". To jest pożar, który pochłonął najwięcej ofiar w historii powojennego państwa. Pogrzeb był zbiorowy, o ile dobrze pamiętam chyba tylko dwóch czy trzech pacjentów rodziny wzięły. Reszta została zasypana razem, w zasadzie bez niczego.
Większość pacjentów, którzy zostali z tego pożaru uratowani, została rozwieziona do innych szpitali. Między innymi do Kocborowa, Gostynina, Gniezna i Obrzyc.
- Do Gorzowa też.
Do nas też zostali przyjęci. Możesz powiedzieć, ilu trafiło do Świecia? Dwudziestu? Dziesięciu?
- Myślę, że więcej. Tego nie wiem dokładnie. Ale wiem, że stąd później wysyłano ekipy do szpitali, aby one identyfikowały tych pacjentów z Grupy. Pielęgniarki z Grupy jeździły po tych lecznicach. Mam jeszcze rezydenta z tego szpitala. On jeszcze dzisiaj prosi, aby go przenieść na Grupę.
Czytałem, że karetki prosto z Grupy wywoziły pacjentów do innych szpitali. Czy mogło tak być, że oni nie trafili do Świecia?
- Tak, tak było. Oni nie wszyscy przeszli przez naszą izbę przyjęć.
Widziałeś łunę jak jechałeś?
- Oczywiście. Było ją wyraźnie widać, nawet w Grudziądzu. Wyglądało to wyjątkowo dramatyczne. Zajęło się od komina, od góry. Jak zapałka. Byłem na tej kondygnacji, na której był pożar, ściana się przede mną paliła. Pacjentów z piętra poniżej już chyba nie było.
Szedłem do góry, strażacy byli zupełnie bezradni, staliśmy. Korytarz, drzwi, słyszymy, że oni wyją.
Myśmy pilnowali, żeby nie zaniżali liczby ofiar, bo od ponad 50 osób zmarłych trzeba było taką informację podać do publicznej wiadomości. Tam spalonych osób było chyba 53. Komuna oczywiście nie bardzo chciała tego upubliczniać.
Dym był?
- Dym i ogień, od czoła. Ale te drzwi od sali nie były jeszcze w ogniu, to było jakieś kilka metrów, jednak one były zamknięte. Pamiętam, że dwoje drzwi było zamkniętych.
Nie można ich było kopnąć lub inaczej wyważyć?
- Widziałem te drzwi, mówię do strażaków: przewiążcie mnie, bo ja mogę paść, to mnie wyciągniecie. A oni nie mieli w ogóle zabezpieczenia, żeby kogoś tam wysłać i z powrotem wyprowadzić. Strażacy już w tym czasie odstąpili od akcji, było ich tam z pięciu. Pacjenci żyją, wyją, a my wychodzimy, za duże było zagrożenie... Zszedłem na dół i zajmowałem się jakby koordynacją akcji, bo miałem radiostację. Miałem kontakt ze szpitalem. Dyrektor Petelski... trudno było z nim rozmawiać...
Załamany był?
- Strasznie!
Doktor Petelski przyjechał do Grupy?
- Nie. Tylko z nim rozmawiałem. Prosił mnie, bo mnie znał, ja przecież tutaj mieszkałem, żeby "to" koordynować, że oni przygotowują posiłki, że mamy ich kierować. On tutaj coś organizował... Nie wiem. Z żoną nie rozmawiałem, martwiła się o mnie.
Pożar w Grupie zmienił historię psychiatrii polskiej, bo od tego wiele się zmieniło. Rozpraszano szpitale. Przecież nasza lecznica przed pożarem miała 2000 łóżek. Pacjenci byli ulokowani po okolicznych gospodarstwach, nie wszyscy byli na miejscu. To wtedy nazywało się "terapia pracą". I powiem ci szczerze, że administracja była mniejsza. Co prawda nie pracowałem tu, ale byłem bardzo blisko, mieszkałem tu. Uczestniczyliśmy w bardzo wielu spotkaniach integracyjnych z lekarzami, którzy tu pracowali i wiedziałem w zasadzie, jak to wszystko funkcjonuje. Mieli bardzo dobrego administratora, dyrektora Górskiego. To był prawdziwy gospodarz. Najwięcej dobrego to za komuny zdarzyło się w tym szpitalu.
Może nie tyle za komuny, ile za czasów działania doktora Petelskiego, bo potem przyszedł marazm.
Petelski działał za czasów komuny, ale - co najbardziej dziwne - nie należał do partii. To chyba wiesz?
- Wiem, ale miał poważanie wśród członków partii.
Bardzo duże i dzięki temu mógł dużo tutaj osiągnąć. Teren był szalenie zadbany, były korty tenisowe, pięknie działające gospodarstwo, ogrodnictwo. To wszystko działało bardzo sprawnie, ale dyrektor Górski rano wychodził na obchód i wszystko widział. Wszystko musiało być przycięte, obcięte, wyczyszczone.
Niemiecki porządek. Petelski i Górski stanowili idealny tandem.
Tu nikt nie pomyślał, że można odmówić wykonania jakiegoś polecenia, że może ono być dyskutowane. To było w ogóle niemożliwe. Pożar przyczynił się do tego, że Petelski musiał odejść.
Bardzo Ci dziękuję za tę rozmowę.
- Trochę się rozgadałem. To ja bardzo dziękuję.
Not. dr n. med. Ryszard Kujawski
****
Wywiad powstał na podstawie rozmowy, która miała miejsce 23 czerwca 2015 roku w Wojewódzkim Szpitalu dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Świeciu.


W nocy z 31 października na 1 listopada 1980 r. doszło do największej tragedii w historii polskiej psychiatrii - tragicznego pożaru pawilonu XVIII w Górnej Grupie, który pochłonął 55 ofiar - pacjentów. Pogrzeb ofiar odbył się 11 listopada 1980 r.