Sport

Dostałam drugie życie

rydzek
15.02.2012 07:42
A A A Drukuj
28 stycznia minęło sześć lat od zawalenia się hali Międzynarodowych Targów Katowickich podczas wystawy gołębi pocztowych. Zginęło tam 65 osób, 140 zostało rannych, a pokrzywdzonych ok. 1300. W rocznicę rozmawiamy z Wiesławą Wróblewską z Przysierska, która należy do grona hodowców gołębi i przeżyła tragedię w Katowicach.

 

rystyna Kruczkowska: Jakie są pani wspomnienia związane z tymi wydarzeniami?
: Pasją gołębi zaraziłam się od męża, on prawie trzydzieści lat zajmuje się gołębiami. Natomiast na międzynarodową wystawę gołębi do Katowic pojechałam pierwszy raz w styczniu 2005 r. jako pomocnik przy stoisku ze znajomymi, którzy w Toruniu prowadzą specjalistyczny sklep z artykułami dla gołębi. Byłam zachwycona tym, co tam zobaczyłam. Tłumy ludzi, urozmaicony program, wspaniała atmosfera, zupełnie inna niż na tych małych wystawach oddziałowych. Całe rodziny, dziadkowie, babcie, rodzice i dzieci spacerują, podziwiają pokazy. Oni z taką miłością i radością do tych gołębi podchodzą. Tam, na Śląsku, jest kolebka sportu gołębiego. Jak przyjechałam do domu, opowiadałam, że tak mi się tam spodobało i już wtedy mój brat, który wrócił z Anglii, powiedział, że bardzo chciałby też pojechać, że to jego największe marzenie.
Czyli właściwie już rok wcześniej planowaliście wyjazd.
- Myśmy ze znajomymi wyjechali już w czwartek, żeby przygotować stoisko, a brat z kolegami dojechał pociągiem w sobotę. Nikt nie myślał, że dach hali może się zawalić, baliśmy się podróży, bo śnieg był, mróz blisko 20-stopniowy. I jeszcze stoisko mieliśmy daleko od drzwi wejściowych, z samochodu daleko trzeba było przez całą halę towar nosić. W sobotę, gdzieś po trzynastej, przyszedł brat i mówi, że jest zmęczony, pojechałby już do domu, ale pociąg miał dopiero o 22.30. Zrobiłam kawę, posiedzieliśmy, potem poszedł na konferencję weterynarzy. Jak wrócił, rozmawialiśmy ze znajomymi o balu hodowców, który miał się odbyć w Gdańsku. Akurat pięknie grał zespół, zbliżyliśmy się do sceny i w pewnym momencie brat spojrzał do góry i zawołał: „Dach się wali”. I w tej samej chwili ruszył w kierunku drzwi. Biegł pod prąd w stronę walącego się dachu, bo tam było wyjście. Kolega, który był z nami, pobiegł w przeciwną stronę. Drzwi było dużo, ale otwarte tylko jedne, przy których sprzedawano bilety. Do tych ruszył brat. W pierwszej chwili nawet chciałam biec za nim, ale przeszło mi przez myśl, że muszę pilnować stoiska. Miałam troszeczkę żal, że brat on był młodszy o pięć lat mnie tak zostawił. Jak te metalowe belki spadały na stoiska, wszystko się rozsypywało, zrobił się jeden wielki krzyk, panika, na sali jeszcze były setki ludzi. W pewnym momencie chciałam się schować pod stołem stoiska, ale pomyślałam, że tam mnie nikt nie znajdzie. To były sekundy, może nawet ułamki sekund, a setki myśli.
Gdy się zdecydowałam na ucieczkę, to belki były już nad moją głową. Może ze stu ludzi waliło w szklane szyby, ale one były grube. Drzwi zamknięte, hałas, panika! Jak już czułam, że te belki są nade mną, złapałam się za głowę i między rozrzuconymi stoiskami usiłowałam się wydostać, co kawałek szłam na czworakach. Jak te belki tak spadały, pozawieszały się na sobie, zrobił się taki tunel, ja byłam w środku, nagle zrobił się taki jakby powiew i trochę mnie wypchnęło
Światła nie było?
- Na zewnątrz paliły się lampy i przez szyby dochodziło światło. Torebka, pieniądze, dokumenty, wszystko zostało na stoisku. Spadały ciągle te wielkie belki, byłam poobijana, ale bólu nie czułam. Zanim dostałam się do ściany hali, upłynęło kilkanaście minut, tam gromada ludzi szturmowała zamknięte drzwi. Nad nami wisiała taka wielka belka, od tych drgań, jak oni walili, wyginała się jak łódeczka. Nie było ratunku! Nie wiem jak, ale naraz kilku mężczyzn z rozbiegu wybiło drzwi. Byliśmy uratowani. Schodami zeszliśmy w dół. Po jakimś czasie wyszedł kolega brata. Mówię: - Zadzwoń do Mariusza, bo on pobiegł w przeciwnym kierunku. Ale brat nie odbierał. W międzyczasie doszedł drugi kolega, on miał mocno przecięty łuk brwiowy. Doszli właściciele stoiska z córką, ona była poszkodowana. Miała bardzo długie włosy i jak się przewróciła, belka przygniotła jej włosy i mama musiała jej te włosy wyrywać, żeby ją wydostać. Z zewnątrz obiegliśmy halę do głównego wejścia, gdzie skierował się brat. Tam już były służby ratownicze, policja, karetki pogotowia, tam najbardziej zawalił się dach, do samej ziemi. Jeszcze dość długo się tam skupialiśmy, może do godziny 22, dokładnie nie pamiętam. Strasznie zimno było, z początku tego nie czułam, dopiero potem.
A brat?
- Nic jeszcze nie wiedziałam. Pojechaliśmy do hotelu, kontaktowaliśmy się w nocy z rodziną, dzwoniliśmy do szpitali i na policję. W hotelu bardzo życzliwie nas potraktowano, mogliśmy korzystać ze wszystkiego, bo nawet nie mieliśmy za co sobie napoju kupić. Zaoferował nam pomoc taki pan, który był kiedyś taksówkarzem, dał swój numer. Kolega z Torunia zostawił mi trochę pieniędzy na opłacenie przejazdów. O 6 rano z tym kierowcą pojechaliśmy do prokuratury w Katowicach.
To była niedziela
- Tak, byliśmy tam pierwsi, urzędniczki miały przygotowane listy ofiar śmiertelnych. Przeglądałam i nie widziałam nazwiska brata, dopiero urzędniczka mi je pokazała. Stamtąd udaliśmy się do prosektorium w Siemianowicach, żeby zidentyfikować jego zwłoki. Pytałam się, czy tam będzie lekarz, zapewniono mnie, że tak. Nigdy nie byłam w takiej sytuacji, bałam się. Z opisu dowiedziałam się, że służby ratownicze znalazły brata o 1 w nocy. Godzina zgonu była 17.15, ale czy on od razu zginął, czy za uderzeniem kolejnej belki, bo miażdżyły mu nogi, klatkę piersiową, głowę - nie wiem do dziś. To było straszne, nigdy nie zapomnę jego widoku jakby wołał o ratunek.
A Czesław Łagódka, hodowca z Laskowic?
- Dowiedzieliśmy się, gdzie jest, siedem godzin później. Pojechaliśmy do Bytomia po południu, zwłoki kolegi znajdowały się w Akademii Medycyny Sądowej. Tam zwłok było dużo, leżały w workach w piwnicy, czekały na sekcję. W poniedziałek przyjechały bratowa i żona kolegi. Z aktami zgonu udaliśmy się do ZUS-u w Katowicach, ale tam powiedziano, że nie wypłacą nam pieniędzy pogrzebowych, bo nie jesteśmy z ich rejonu, musimy zgłosić się do Świecia. Poszliśmy do zakładu pogrzebowego, myśleliśmy, że tam coś poradzą, ale nie, bo musielibyśmy kupić trumny, ubrania, a my nie mieliśmy za co. Nie dość, że wydarzyło się takie nieszczęście, my nie możemy nic załatwić, bo nie mamy pieniędzy, powrót do domu z jednej strony Polski na drugą - to znowu następny dzień. A w telewizji mówią, że rodziny objęte opieką. W tym zmartwieniu zadzwoniliśmy do naszego wójta w Jeżewie po radę, co mamy zrobić. On sprawił, że właściciel zakładu pogrzebowego w Laskowicach pojechał do Katowic i przywiózł naszych zmarłych. Akty zgonu zostawiliśmy w prosektoriach.
Po powrocie do domu...
- Wróciliśmy we wtorek. Nasi zmarli dzień później. Dopiero w domu dosięgła mnie cała trauma i chandra, były chwile, jakbym miała padaczkę. Nie mieliśmy żadnej opieki psychologów, o której tak mówiło się w telewizji, nie. Po powrocie poszłam do pani doktor w Bukowcu, prosiłam o psychologa, powiedziała, że może mi dać skierowanie i muszę czekać. A ja nie mogłam czekać. Na szczęście dzięki jednej pani z personelu przez GOPS miałam załatwionego psychologa. Bolała mnie głowa. Byłam poobijana, krwiaki miałam wielkie, szczególnie na nogach - lekarz przepisał mi żele do smarowania. Nie wiedziałam, czy boli mnie kręgosłup, czy biodro. Chodziłam z bolącym biodrem dwa lata. Ból nasilał się najbardziej w nocy. Lekarz mówił, że to korzonki. Wreszcie poprosiłam go o skierowanie do specjalisty, chciał mi dać do neurologa, ale się uparłam się, że do ortopedy. Po badaniach stwierdzono uraz, martwicę kości, miałam wykonane zabiegi, rehabilitacje, szkoda, że tak późno, bo dziś mam wymianę panewki, jestem inwalidką.
Dziś mało już się mówi o katastrofie w Katowicach. Odszkodowanie dostaliście?
- Pięć lat walczymy z sądami i dotąd nic nie otrzymaliśmy. Mnie bardzo boli, że media tak mało wiedzą, jaka jest prawda. Piszą, że wdowy dostały wysokie odszkodowania, Caritas im domy pobudował, a prawda jest taka, że my nic nie dostaliśmy. Zaraz po katastrofie dużo chorowałam, w ogóle nie lubiłam z domu wychodzić, bo ludzie na mnie mówili milionerka, że duże pieniądze dostałam. Tragedia była, ofiary były, poszkodowani byli. I są nadal, ale ich ubywa, kolega z Laskowic zmarł dwa lata temu. Nie rozumiem tego wszystkiego, jak można tyle lat czekać na odszkodowanie. Najpierw spółka MTK była sądzona o odszkodowania, a teraz wychodzi na to, że ziemia pod halą jest własnością skarbu państwa i państwo powinno nam wypłacić odszkodowanie. Najpierw występowaliśmy do sądu z pozwami indywidualnymi, bez efektu. Złożyliśmy pozew grupowy. Został odrzucony przez sąd.
W Mirosławcu nikt z rodzin ofiar fizycznie nie został poszkodowany jak my w Katowicach, a odszkodowania były, za katastrofę pod Smoleńskiem też. W jednym państwie żyjemy. Jesteśmy takimi samymi ludźmi. Tyle się mówi i pisze, żeby rozwijać swoje zainteresowania. Byliśmy na tej wystawie, bo gołębie to nasze hobby, coś pięknego. Po tej katastrofie mam świadomość, że dostałam drugie życie, staram się pracować społecznie, nie myślę tylko o przeszłości, ale ten obraz wraca, szczególnie w styczniu.
Dziękuję za rozmowę.
Krystyna Kruczkowska

 

Krystyna Kruczkowska: Jakie są pani wspomnienia związane z tymi wydarzeniami?:

- Pasją gołębi zaraziłam się od męża, on prawie trzydzieści lat zajmuje się gołębiami. Natomiast na międzynarodową wystawę gołębi do Katowic pojechałam pierwszy raz w styczniu 2005 r. jako pomocnik przy stoisku ze znajomymi, którzy w Toruniu prowadzą specjalistyczny sklep z artykułami dla gołębi. Byłam zachwycona tym, co tam zobaczyłam. Tłumy ludzi, urozmaicony program, wspaniała atmosfera, zupełnie inna niż na tych małych wystawach oddziałowych. Całe rodziny, dziadkowie, babcie, rodzice i dzieci spacerują, podziwiają pokazy. Oni z taką miłością i radością do tych gołębi podchodzą. Tam, na Śląsku, jest kolebka sportu gołębiego. Jak przyjechałam do domu, opowiadałam, że tak mi się tam spodobało i już wtedy mój brat, który wrócił z Anglii, powiedział, że bardzo chciałby też pojechać, że to jego największe marzenie.

Czyli właściwie już rok wcześniej planowaliście wyjazd.

- Myśmy ze znajomymi wyjechali już w czwartek, żeby przygotować stoisko, a brat z kolegami dojechał pociągiem w sobotę. Nikt nie myślał, że dach hali może się zawalić, baliśmy się podróży, bo śnieg był, mróz blisko 20-stopniowy. I jeszcze stoisko mieliśmy daleko od drzwi wejściowych, z samochodu daleko trzeba było przez całą halę towar nosić. W sobotę, gdzieś po trzynastej, przyszedł brat i mówi, że jest zmęczony, pojechałby już do domu, ale pociąg miał dopiero o 22.30. Zrobiłam kawę, posiedzieliśmy, potem poszedł na konferencję weterynarzy. Jak wrócił, rozmawialiśmy ze znajomymi o balu hodowców, który miał się odbyć w Gdańsku. Akurat pięknie grał zespół, zbliżyliśmy się do sceny i w pewnym momencie brat spojrzał do góry i zawołał: „Dach się wali”. I w tej samej chwili ruszył w kierunku drzwi. Biegł pod prąd w stronę walącego się dachu, bo tam było wyjście. Kolega, który był z nami, pobiegł w przeciwną stronę. Drzwi było dużo, ale otwarte tylko jedne, przy których sprzedawano bilety. Do tych ruszył brat. W pierwszej chwili nawet chciałam biec za nim, ale przeszło mi przez myśl, że muszę pilnować stoiska. Miałam troszeczkę żal, że brat on był młodszy o pięć lat mnie tak zostawił. Jak te metalowe belki spadały na stoiska, wszystko się rozsypywało, zrobił się jeden wielki krzyk, panika, na sali jeszcze były setki ludzi. W pewnym momencie chciałam się schować pod stołem stoiska, ale pomyślałam, że tam mnie nikt nie znajdzie. To były sekundy, może nawet ułamki sekund, a setki myśli.Gdy się zdecydowałam na ucieczkę, to belki były już nad moją głową. Może ze stu ludzi waliło w szklane szyby, ale one były grube. Drzwi zamknięte, hałas, panika! Jak już czułam, że te belki są nade mną, złapałam się za głowę i między rozrzuconymi stoiskami usiłowałam się wydostać, co kawałek szłam na czworakach. Jak te belki tak spadały, pozawieszały się na sobie, zrobił się taki tunel, ja byłam w środku, nagle zrobił się taki jakby powiew i trochę mnie wypchnęło

Światła nie było?

- Na zewnątrz paliły się lampy i przez szyby dochodziło światło. Torebka, pieniądze, dokumenty, wszystko zostało na stoisku. Spadały ciągle te wielkie belki, byłam poobijana, ale bólu nie czułam. Zanim dostałam się do ściany hali, upłynęło kilkanaście minut, tam gromada ludzi szturmowała zamknięte drzwi. Nad nami wisiała taka wielka belka, od tych drgań, jak oni walili, wyginała się jak łódeczka. Nie było ratunku! Nie wiem jak, ale naraz kilku mężczyzn z rozbiegu wybiło drzwi. Byliśmy uratowani. Schodami zeszliśmy w dół. Po jakimś czasie wyszedł kolega brata. Mówię: - Zadzwoń do Mariusza, bo on pobiegł w przeciwnym kierunku. Ale brat nie odbierał. W międzyczasie doszedł drugi kolega, on miał mocno przecięty łuk brwiowy. Doszli właściciele stoiska z córką, ona była poszkodowana. Miała bardzo długie włosy i jak się przewróciła, belka przygniotła jej włosy i mama musiała jej te włosy wyrywać, żeby ją wydostać. Z zewnątrz obiegliśmy halę do głównego wejścia, gdzie skierował się brat. Tam już były służby ratownicze, policja, karetki pogotowia, tam najbardziej zawalił się dach, do samej ziemi. Jeszcze dość długo się tam skupialiśmy, może do godziny 22, dokładnie nie pamiętam. Strasznie zimno było, z początku tego nie czułam, dopiero potem.

A brat?

- Nic jeszcze nie wiedziałam. Pojechaliśmy do hotelu, kontaktowaliśmy się w nocy z rodziną, dzwoniliśmy do szpitali i na policję. W hotelu bardzo życzliwie nas potraktowano, mogliśmy korzystać ze wszystkiego, bo nawet nie mieliśmy za co sobie napoju kupić. Zaoferował nam pomoc taki pan, który był kiedyś taksówkarzem, dał swój numer. Kolega z Torunia zostawił mi trochę pieniędzy na opłacenie przejazdów. O 6 rano z tym kierowcą pojechaliśmy do prokuratury w Katowicach.

To była niedziela

- Tak, byliśmy tam pierwsi, urzędniczki miały przygotowane listy ofiar śmiertelnych. Przeglądałam i nie widziałam nazwiska brata, dopiero urzędniczka mi je pokazała. Stamtąd udaliśmy się do prosektorium w Siemianowicach, żeby zidentyfikować jego zwłoki. Pytałam się, czy tam będzie lekarz, zapewniono mnie, że tak. Nigdy nie byłam w takiej sytuacji, bałam się. Z opisu dowiedziałam się, że służby ratownicze znalazły brata o 1 w nocy. Godzina zgonu była 17.15, ale czy on od razu zginął, czy za uderzeniem kolejnej belki, bo miażdżyły mu nogi, klatkę piersiową, głowę - nie wiem do dziś. To było straszne, nigdy nie zapomnę jego widoku jakby wołał o ratunek.

A Czesław Łagódka, hodowca z Laskowic?

- Dowiedzieliśmy się, gdzie jest, siedem godzin później. Pojechaliśmy do Bytomia po południu, zwłoki kolegi znajdowały się w Akademii Medycyny Sądowej. Tam zwłok było dużo, leżały w workach w piwnicy, czekały na sekcję. W poniedziałek przyjechały bratowa i żona kolegi. Z aktami zgonu udaliśmy się do ZUS-u w Katowicach, ale tam powiedziano, że nie wypłacą nam pieniędzy pogrzebowych, bo nie jesteśmy z ich rejonu, musimy zgłosić się do Świecia. Poszliśmy do zakładu pogrzebowego, myśleliśmy, że tam coś poradzą, ale nie, bo musielibyśmy kupić trumny, ubrania, a my nie mieliśmy za co. Nie dość, że wydarzyło się takie nieszczęście, my nie możemy nic załatwić, bo nie mamy pieniędzy, powrót do domu z jednej strony Polski na drugą - to znowu następny dzień. A w telewizji mówią, że rodziny objęte opieką. W tym zmartwieniu zadzwoniliśmy do naszego wójta w Jeżewie po radę, co mamy zrobić. On sprawił, że właściciel zakładu pogrzebowego w Laskowicach pojechał do Katowic i przywiózł naszych zmarłych. Akty zgonu zostawiliśmy w prosektoriach.

Po powrocie do domu...

- Wróciliśmy we wtorek. Nasi zmarli dzień później. Dopiero w domu dosięgła mnie cała trauma i chandra, były chwile, jakbym miała padaczkę. Nie mieliśmy żadnej opieki psychologów, o której tak mówiło się w telewizji, nie. Po powrocie poszłam do pani doktor w Bukowcu, prosiłam o psychologa, powiedziała, że może mi dać skierowanie i muszę czekać. A ja nie mogłam czekać. Na szczęście dzięki jednej pani z personelu przez GOPS miałam załatwionego psychologa. Bolała mnie głowa. Byłam poobijana, krwiaki miałam wielkie, szczególnie na nogach - lekarz przepisał mi żele do smarowania. Nie wiedziałam, czy boli mnie kręgosłup, czy biodro. Chodziłam z bolącym biodrem dwa lata. Ból nasilał się najbardziej w nocy. Lekarz mówił, że to korzonki. Wreszcie poprosiłam go o skierowanie do specjalisty, chciał mi dać do neurologa, ale się uparłam się, że do ortopedy. Po badaniach stwierdzono uraz, martwicę kości, miałam wykonane zabiegi, rehabilitacje, szkoda, że tak późno, bo dziś mam wymianę panewki, jestem inwalidką.Dziś mało już się mówi o katastrofie w Katowicach.

Odszkodowanie dostaliście?

- Pięć lat walczymy z sądami i dotąd nic nie otrzymaliśmy. Mnie bardzo boli, że media tak mało wiedzą, jaka jest prawda. Piszą, że wdowy dostały wysokie odszkodowania, Caritas im domy pobudował, a prawda jest taka, że my nic nie dostaliśmy. Zaraz po katastrofie dużo chorowałam, w ogóle nie lubiłam z domu wychodzić, bo ludzie na mnie mówili milionerka, że duże pieniądze dostałam. Tragedia była, ofiary były, poszkodowani byli. I są nadal, ale ich ubywa, kolega z Laskowic zmarł dwa lata temu. Nie rozumiem tego wszystkiego, jak można tyle lat czekać na odszkodowanie. Najpierw spółka MTK była sądzona o odszkodowania, a teraz wychodzi na to, że ziemia pod halą jest własnością skarbu państwa i państwo powinno nam wypłacić odszkodowanie. Najpierw występowaliśmy do sądu z pozwami indywidualnymi, bez efektu. Złożyliśmy pozew grupowy. Został odrzucony przez sąd.W Mirosławcu nikt z rodzin ofiar fizycznie nie został poszkodowany jak my w Katowicach, a odszkodowania były, za katastrofę pod Smoleńskiem też. W jednym państwie żyjemy. Jesteśmy takimi samymi ludźmi. Tyle się mówi i pisze, żeby rozwijać swoje zainteresowania. Byliśmy na tej wystawie, bo gołębie to nasze hobby, coś pięknego. Po tej katastrofie mam świadomość, że dostałam drugie życie, staram się pracować społecznie, nie myślę tylko o przeszłości, ale ten obraz wraca, szczególnie w styczniu.

Dziękuję za rozmowę.Krystyna Kruczkowska

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Dodaj swój komentarz:
Autor:
Login / Pseudonim: Hasło:
Komentuj pod pseudonimem jako Gość lub zaloguj się
| Załóż konto
Komentarz: