Wiadomości

Jak w Zambii rodzi się Jezus

rydzek
04.01.2012 08:27
A A A Drukuj
Misjonarz Stefan Graś wraz wiernymi po odprawionym nabożeństwie

Misjonarz Stefan Graś wraz wiernymi po odprawionym nabożeństwie (Fot. Nadeslane)

- Caka cia kubadwa ambuye Yesu, to znaczy Święta Bożego Narodzenia w języku nyanja plemienia z Lusaki- mówi ksiądz Stefan Graś z Lipinek, który spędził jedenaście lat w Zambii

Ksiądz Stefan Graś na misjach w Zambii był przez 11 lat. - Święcenia kapłańskie otrzymałem w styczniu 1959 roku w Pelplinie - mówi ksiądz Graś. Następnie kapłan został skierowany do parafii w Tucholi, Czersku, Świeciu i Chwaszczynie. - Odkąd pamiętam, marzyłem o tym, aby zostać misjonarzem, wyjechać za granicę, pomagać ludziom, głosić słowo Boże, jak i nieść pokój - wspomina misjonarz. Jego marzenie spełniło się w 1971 roku, kiedy otrzymał Krzyż Misyjny w kościele Najświętszego Serca Pana Jezusa w Gdyni razem z kolegą księdzem Ryszardem Pełechem, który później również wyjechał na misję na Wybrzeże Kości Słoniowej. - Parafia, która została przydzielona mi do opieki, znajdowała się w samej Lusace, stolicy Zambii - komentuje ksiądz Graś. Zambia jest miejscem całkowicie oddalonym od morza. Obecnie w jej stolicy żyje 1,5 miliona mieszkańców. - Ani przez moment nie zastanawiałem się, czy poradzę sobie z dala od rodziny i ojczyzny, po prostu zaufałem mojemu powołaniu - dodaje.
Dzieliłem się moją wiarą z każdym
Oprócz księdza Stefana, w Zambii przebywało także paru innych misjonarzy. Swoje zadania ksiądz Graś wykonywał razem z zakonnikiem ojcem Białym z Kanady, który był jego głównym pomocnikiem. - W pobliżu znajdowało się również zgromadzenie sióstr pod wezwaniem Świętej Rodziny pochodzących z Irlandii. Siostry często pomagały mi w pracach związanych z parafią, jak i z prowadzeniem samej katedry, również mogłem liczyć na ich pomoc w trakcie przygotowań do komunii świętej oraz innych sakramentów - wspomina z ożywieniem kapłan. Ksiądz Graś pełnił posługę jako kapelan szpitalny i więzienny, na każdym kroku niósł słowo Boże. - W mojej parafii katolicy byli naprawdę małą częścią społeczeństwa, głównie można było spotkać protestantów i wyznawców animistycznych - mówi. - Animityści wierzą, że duszę posiadają również zjawiska przyrody - wyjaśnia. Z czasem, dzięki misjonarzowi, liczba katolików zaczęła się zwiększać. - Msze odprawiałem w taki sam sposób jak w Polsce. Nabożeństwo odbywało się jednorazowo każdego dnia, a w niedziele msza święta była odprawiana aż trzy razy - wspomina Graś. Liturgie mszalne były odprawiane przez misjonarza w języku angielskim i w tamtejszym języku tubylczym nyanja. - Nauka samego języka nyanja zajęła mi aż osiem miesięcy. Na początku nie było łatwo, ale z czasem zapamiętywałem coraz większą ilość zwrotów - opowiada.
Życie w Lusace
- Klimat, który panował w tamtym kraju, to klimat podrównikowy suchy - mówi misjonarz. Przez dwanaście miesięcy były tylko dwie pory roku, deszczowa, wtedy padały tylko ulewne deszcze, i pora sucha, gdzie temperatura średnio osiągała 35 stopni Celsjusza - dodaje.
Charakterystyczną cechą ludności w Zambii są różnego rodzaju warkoczyki na głowie i inne rzadko spotykane fryzury. - Często fryzura była jakby drugą głową, miała bardzo duże wymiary, przeważnie warkoczyki były stawiane w pionie - mówi misjonarz. Na co dzień wszyscy chodzili jedynie w przepaskach poniżej pasa. - Klimat panujący w Zambii nie pozwala na noszenie większej ilości ubrań - komentuje ksiądz Graś.
Jedzenie znacznie różniło się od polskich smaków. Jednym z głównych składników jedzenia była mąka kukurydziana - nsyma. - Najpierw zalewaliśmy mąkę wodą, a po napęcznieniu robiliśmy z tego kluseczki, które następnie razem spożywaliśmy - komentuje z uśmiechem na twarzy.
Na co dzień je się tam również liście brukwi, kapustę, grzyby, orzeszki ziemne. - W święta głównie spożywaliśmy drób - którym były kury - opowiada misjonarz.
Przeprawy przez busz, spotkania z gadami: życie w Zambii nie należało do bezpiecznych.
Pamiętam żmiję, którą pewnego razu poczułem pod sandałem, i dzięki szybkiej reakcji udało mi się uniknąć ukąszenia - wspomina. Jednak najbardziej pamiętną przygodą, którą ksiądz wspomina do dzisiaj ze strachem, była wichura. - Nikt się nie spodziewał, że za chwilę przyjdzie wichura, ponieważ było bardzo gorąco. Przyszła nagle i towarzyszyło jej gradobicie, które przez swoją moc prawie w całości zwiało dach z jednego z budynków - wspomina ksiądz.
Boże Narodzenie w Lusace
Święta Bożego Narodzenia były w szczególny sposób obchodzone przez ludność. - Wszyscy tego dnia ubierali się w odświętne kolorowe stroje i przybywali do świątyni, aby pokłonić się nowo narodzonemu dzieciątku leżącemu w szopce, która była corocznie inaczej dekorowana. We mszy, która była przeze mnie odprawiana, zawsze brał udział chór i grający na głośnych bębnach muzycy - wspomina z entuzjazmem. Wszyscy wierzący głośno śpiewali piosenki w swoim języku, tańcząc do rytmu muzyki granej na bębnach. - Całe nabożeństwo rozpoczynało się uroczystą procesją, a następnie była unoszona ku górze figurka dzieciątka Jezus. Wszyscy wierni po przystąpieniu do spowiedzi kolejno przystępowali do komunii -opowiada misjonarz. Pomimo że święta narodzin Jezusa w Lusace różnią się od polskich rytuałem mszy, ludność w podobny sposób raduje się z dobrej nowiny.
Tęsknota za ojczyzną
Jedenaście lat z dala od rodziny to bardzo długi okres dla każdego człowieka, nawet dla misjonarza, który odnalazł w sobie powołanie głoszenia dobrej nowiny. Ksiądz Graś w ciągu całego pobytu przyjeżdżał do Polski co trzy, cztery lata jedynie na okres trzech miesięcy. - Moja tęsknota za krajem była bardzo wielka. Codziennie o zachodzie słońca wychodziłem na niedalekie wzgórze za miasto i wpatrując się w zachód słońca, głęboko myślałem o ojczystym kraju i tęskniłem za tym wszystkim, co pozostawiłem w Polsce - wspomina misjonarz. -Teraz będąc w swoim kraju tęsknie za plemieniem z Zambii, które było moją rodziną przez długi czas - wyznaje.
Kamil Brzozowski

Zobacz więcej na temat:

Skomentuj:
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX