Magdalena Potulska: Jak doszło do tego, że porusza się pan na wózku?
- 21 lat temu uległem w pracy wypadkowi. Pracowałem wówczas na wysokości, w wyniku upadku kręgosłup i nogi zostały całkowicie sparaliżowane. Moje życie stanęło pod poważnym znakiem zapytania. Okazało się, że zostanie mi ono darowane, lecz w nieco innej formie.
Trudno było panu zaakceptować nową rzeczywistość?
- Wówczas miałem 24 lata i było mi bardo ciężko przyzwyczaić się i zaakceptować taką sytuację. Musiałem życie zacząć od nowa. Poczynając od tych najprostszych spraw, choćby sposobu ubierania się. Początkowo właściwie w ogóle nie radziłem sobie bez pomocy innych osób. Po kilku miesiącach wyjechałem na dwutygodniowy obóz aktywnej rehabilitacji. Tam głównym założeniem instruktorów będących również osobami niepełnosprawnymi było pokazanie, że tak też można żyć. Mało tego dosłownie uczyłem się, jak w praktyczny sposób radzić sobie z niepełnosprawnością i tą fizyczną, i psychiczną. Instruktorzy pokazywali nam, a wręcz udowadniali, że my naprawdę też możemy żyć na takim samym poziomie jak pełnosprawni, a nawet i lepiej. Jak sugerują krążące o nas, niepełnosprawnych, dowcipy, my na przykład zawsze mamy krzesełko przy sobie i nie musimy martwić się o wolne miejsce w kinie, teatrze czy komunikacji miejskiej. Wówczas zapaliła się we mnie iskierka nadziei. Jednak nie świeciła ona jeszcze wystarczająco jasno. Pół roku później ponownie pojechałem na taki obóz. Wtedy doskonaliłem wszystkie nabyte wcześniej umiejętności i szło mi coraz lepiej.
Jak sobie pan radził w mieszkaniu, poruszając się na wózku?
- No właśnie to był chyba mój największy problem. Wraz z rodzicami mieszkałem na trzecim piętrze w bloku bez windy. Bardzo komplikowało to już i tak moją trudną sytuację. Przez trzy lata właściwie nie opuszczałem tego mieszkania. Niejako byłem uwięziony w jednym pokoju i skazany na pomoc rodziców. Toczyłem przez ten czas dosłownie walkę o mieszkanie. W końcu się udało i wraz z rodzicami przeprowadziłem się i mieszkałem tam mniej więcej 10 lat. Potem kolejny raz zacząłem nowe życie i wyprowadziłem się.
Domyślam się, że tym razem chodziło o kobietę
- Tak, dokładnie tak. Kobieta, która teraz jest moją żoną i matką naszej córeczki, była i nadal jest moją rehabilitantką. W taki właśnie sposób poznaliśmy się. Gdzieś po drodze coś między nami zaczęło iskrzyć. Zaczęliśmy spotykać się również prywatnie. Po trzech latach znajomości pobraliśmy się. Moja żona Ewelina znała całą sprawę od tak zwanej podszewki. Była więc bardzo świadoma tego, na co się decyduje. Doskonale znała sytuację osób niepełnosprawnych i widziała, że mogą żyć i funkcjonować właściwie tak samo jak osoby zdrowe. Trzy lata później na świat przyszła nasza córka Julka.
A koledzy, znajomi, przyjaciele?
- Miałem ich całkiem sporo przed wypadkiem. Później jakoś wszyscy się ode mnie odsunęli. W tym najgorszym dla mnie okresie życia, kiedy najbardziej wymagałem pomocy, opieki, potrzebowałem wsparcia psychicznego i fizycznego, zostałem całkiem sam. Po jakimś czasie dopiero, kiedy byłem już po rehabilitacji, w miarę samodzielny, powoli zaczęli się odzywać. Dzwonili, czasem zaglądali, tłumaczyli, że nie wiedzieli, jak się zachować, aby mnie nie urazić, nie zranić.
Jak pan sobie radzi w codziennych zajęciach dla większości z nas niestanowiących kłopotu? Co panu sprawia największy problem?
- Normalnie. Mogę wszystko, no prawie wszystko, bo firanek nie zawieszę, ale z większością spraw radzę sobie bez większego problemu. Jeżdżę samochodem na przykład. Prawo jazdy robiłem w 1999 roku, była to jedna z pierwszych poważnych rzeczy w mojej tak zwanej drodze do normalnego życia. Kupiłem samochód, oczywiście dostosowany do moich potrzeb i zacząłem sam jeździć i zwiedzać Polskę. Bardzo często wybierałem miejscowości położone gdzieś nad morzem, Ustronie Morskie, Łeba, Ustka na przykład. Jeszcze kilkanaście lat temu nie było takich udogodnień i podjazdów, jak to jest teraz. Mimo to chyba sam sobie chciałem udowodnić, że ja też mogę. Muszę przyznać, że w razie potrzeby zawsze mogłem liczyć na pomoc ludzi.Wraz z grupą osób niepełnosprawnych byłem też w Paryżu. Mogę się pochwalić, że podziwiałem panoramę tego pięknego miasta z wysokości wieży Eiffla. Bardzo lubię podróżować i zwiedzać świat. Mam w planach, a chyba raczej w marzeniach, pojechać do Anglii, Szwecji, Irlandii, Skandynawia mnie interesuje. Do Egiptu chciałbym też kiedyś pojechać. Chyba właśnie takim moim marzeniem jest zwiedzać świat, poznawać ludzi, a przy okazji pokonywać kolejne bariery.Jeszcze nigdy nie byłem w górach. Zacząłbym przecierać szlaki w tych naszych polskich. Gdyby wszystkie moje plany i marzenia powiodły się, to być może jeszcze w tym roku z żoną i córką to marzenie uda się zrealizować. Może wtedy będę miał okazję popróbować jazdy na mono-ski, czyli specjalnych nartach z krzesełkiem przeznaczonych między innymi dla osób z urazami kończyn i kręgosłupa. W ten sposób chyba chcę innym pokazać, że my też możemy i potrafimy. Przede wszystkim jednak chyba chcę samemu sobie udowodnić, że ja to mogę, że dam radę. Wystarczy tylko odważyć się i podejść do sprawy jak do kolejnego zadania. Wiele rzeczy można, trzeba po prostu chcieć i nigdy nie mówić „nie dam rady”.
Jak pan spędza wolny czas?
- Na pewno z żoną i córką. Julka często wykorzystuje to, że poruszam się na wózku. Dość często twierdzi, że bolą ją nóżki i wskakuje mi na kolana i tak razem jedziemy dalej. Ogólnie jednak wolę bardziej dynamicznie spędzać wolny czas. Przed wypadkiem trochę żeglowałem, trochę w koszykówkę grałem, byłem dynamiczną osobą. Brakowało mi tego, więc po wypadku, kiedy ten pierwszy szok minął, powoli zacząłem wracać do sportu. Zacząłem pływać, a nawet brać udział w zawodach. Dwukrotnie brałem również udział w Memoriale Bronisława Malinowskiego w Grudziądzu, zająłem nawet pierwsze i drugie miejsce. To było kiedyś, kiedy jeszcze byłem kawalerem, teraz mam rodzinę, pracę, więc tego czasu zdecydowanie jest mniej. Mimo to, jak tylko jest okazja, grywam w kosza. Staram się spędzać sporo czasu na świeżym powietrzu, jedną z naszych ulubionych tras jest spacer do Deczna. Działam też jako instruktor aktywnej rehabilitacji. Wyjeżdżam z dziećmi na obozy i prowadzę tam między innymi również zajęcia na pływalni.
Wspomniał pan o pracy
- Od pięciu lat pracuję w OKSiR w Świeciu w Punkcie Informacji Turystycznej i Kulturalnej, właściwie od początku jego funkcjonowania. Stanowisko pracy jest dostosowane do moich potrzeb. Praca opiera się na bardzo dużym kontakcie z ludźmi, a ja bardzo lubię właśnie ten kontakt, więc daje mi ona wiele radości i satysfakcji. Przewija się tu sporo osób młodych, są bardzo pozytywnie nastawione i bardzo chętne do pomocy, nawet wtedy, kiedy ta pomoc wcale nie jest konieczna.Wcześniej, przez kilka ładnych lat pracowałem w biurze parafialnym na plebani przy kościele Andrzeja Boboli. A moją pierwszą pracą po wypadku była tak zwana telepraca w domu przed komputerem. Polegała ona na wyszukiwaniu informacji o przetargach. Zdecydowanie bardziej wolę jednak tę moją obecną pracę. Mimo wszystko jest o wiele bardziej dynamiczna, no i przy okazji załatwiania różnych spraw z petentami zawsze można zamienić dwa słowa na całkiem inne tematy.
Co powiedziałby pan osobom, które znalazły się bądź znajdą w podobnej sytuacji?
- Już nieraz miałem okazję takie właśnie rozmowy prowadzić. Działam w Towarzystwie Wsparcia Osób Niepełnosprawnych w Świeciu, pełnię tam funkcję wiceprezesa. Nie są to łatwe i przyjemne rozmowy. Najczęściej wyglądają podobnie. Opowiadam im o sobie. Mówię, że na początku też się załamałem. Nie twierdzę, że będzie ławo i prosto, ale na moim przykładzie pokazuję, że poruszając się na wózku, mogę wszystko no, prawie wszystko. Mam rodzinę, żonę, córeczkę, pracę, jeżdżę samochodem, zwiedzam, tak naprawdę czego chcieć więcej. Zawsze staram się pokazać jak najwięcej pozytywnych cech w życiu danej osoby.Kilkanaście lat temu wiele problemów stwarzały bariery architektoniczne, uniemożliwiały one normalne funkcjonowanie w społeczeństwie. Teraz właściwie wszędzie są podjazdy, nawet na plaży. Na każdym parkingu wyznaczane są miejsca dla osób niepełnosprawnych. Działają stowarzyszenia, grupy wsparcia, wystarczy stanąć do walki i małymi krokami próbować. Nie wszystko uda się za pierwszym razem, ale im więcej tych prób będzie, tym szybciej zostanie osiągnięty efekt. Trzeba dać sobie szansę, uwierzyć w siebie i we własne siły. Ja też kiedyś uwierzyłem.
MP











