Magdalena Potulska: Kim pan jest z zawodu, jaką uczelnię pan skończył? Michał Kochańczyk: Jestem magistrem ekonomii Wydziału Ekonomiki Produkcji Uniwersytetu Gdańskiego oraz Podyplomowego Studium Specjalistów Krajów Rozwijających się (tzw. Afrykanistyki) na Wydziale Geografii i Studiów Regionalnych Uniwersytetu Warszawskiego, ale pracy dyplomowej tam nie przedłożyłem, bo ponad to przedkładałem podróżowanie.
Pamięta pan jeszcze, jak zaczęła się życiowa przygoda z turystyką i odkrywaniem świata?
- Przede wszystkim wyniosłem to z domu. Moje pierwsze spotkanie ze światem zawdzięczam dziadkowi. Wspominał swoje wojenne przeżycia, brał udział w pierwszej wojnie światowej, walczył w Dolomitach, a w domu panował mit dziadka podróżnika. Już jak byłem mały, wiedziałem, że chcę wejść na Mount Everest i opłynąć świat dookoła.
W swoją pierwszą podróż wyruszyłem, mając zaledwie cztery lata. W trackie wakacji, kiedy przedszkole było zamknięte, opiekowała się mną niania Weronika. Nie znosiłem jej, pewnego razu było aż tak źle, że zdecydowałem w jednej chwili pójść poskarżyć się mamie. Jednak nie była to droga z pokoju do kuchni ani nawet na sąsiednią ulicę, ale z Oliwy do Sopotu, do zakładu, w którym pracowała moja mama.
Mało tego, niania nie widziała żadnego problemu w mojej wyprawie, co więcej, była zdziwiona, kiedy moja mama wróciła z pracy i pytała o mnie. W odpowiedzi usłyszała, że ja przecież szedłem do niej pieszo. W kilka chwil została zainicjowana cała akcja poszukiwawcza. Moja mama wsiadła w tramwaj jadący do Sopotu i poprosiła, aby część pasażerów po lewej, a część po prawej wypatrywała małego chłopca z zsuniętymi pończochami. W samym Sopocie moja mama mnie znalazła. Pewnie trochę się bałem, ale nie na tyle, aby nie wybrać się w tę podróż. Każdy ma różną naturę i różny próg strachu, u mnie to on chyba jest dość daleko odsunięty.
Wyznaję zasadę, i chyba już od małego ją wyznawałem, że przed światem się nie pęka. W późniejszych latach na pewno też taką inspiracją były książki.
Co aż tak bardzo zainspirowało pana w Afryce, że postanowił pan zostać specjalistą w tej dziedzinie?
- To wpływ książek i powstających na tej bazie marzeń. Wychowywałem się na „W pustyni i w puszczy” Sienkiewicza, „Przygodach Tomka Sawyera” Szklarskiego, przedwojennych wydaniach książek Karola Maya „Skarb w srebrnym jeziorze”, „Old Surehand”, „Przez pustynię” i wielu innych pozycjach o tematyce przygodowej i podróżniczej.
Czytałem te książki z zapartym tchem, często kosztem nieodrobionych szkolnych zadań domowych czy też w tajemnicy przed rodzicami po godzinie 21 - tylko przy świetle słabej latarki pod kołdrą. Wszystko to działało na moją wyobraźnię, nieraz widziałem siebie wędrującego w odległych, egzotycznych krainach. Kilkanaście lat później to marzenie zrealizowałem i wędrowałem śladami Stasia i Nel. Bardzo mnie interesowała ta Azja i Afryka ze względu na odmienność kulturową, społeczną, świadomościową, niezwykłą historię, i chciałem się jak najwięcej dowiedzieć o tych kontynentach.
Pana nieodłączną życiową pasją są góry. Zdobył pan setki szczytów i przeszedł kilometry szlaków i pewnie mógłby pan mówić o nich godzinami. Która wyprawa najbardziej pozostała w pamięci?
- Tak naprawdę każda wyprawa, czy to górska, czy też drogą wodną, coś pozostawia po sobie. Jeśli chodzi o ten górski dorobek, to niewątpliwie dużą satysfakcję miałem z wyprawy w Himalaje Garhwalu w 1981 roku jako kierownik wyprawy Akademickiego Klubu Alpinistycznego w Gdańsku. Byliśmy pierwszą polską ekipą, która weszła na Satopanth o wysokości 7075 m, Srikajlas liczący 6930 m oraz dwa mniejsze szczyty, w tym Bhaghirathi II liczący 6512 m.
Kilka lat później, w roku 1984 roku, brałem udział w przeprowadzaniu nowej drogi od strony północnej na jedną z najtrudniejszych gór na świecie, na szczyt Fitz Roy w Patagonii, liczący 3415 m. Było to ogromne wyzwanie, bo to bardzo trudna góra, bardzo ciekawy i interesujący cel dla alpinisty, w dodatku położony w krainie najbardziej wietrznej na świecie. Kierownik wyprawy dwa lata zbierał informacje o niej. Słowacy wskazali, że na północnej ścianie znajduje się wielkie zacięcie o wysokości prawie tysiąca metrów. Zmierzyliśmy się z tym wyzwaniem. Udało się, po dwunastu dniach trudnej wspinaczki w wigilię świąt Bożego Narodzenia weszliśmy na szczyt. Na pewno był to duży sukces sportowy, doceniony przez środowisko alpinistyczne na całym świecie. W dodatku cała pięcioosobowa wyprawa zdobyła wierzchołek. Minęło 30 lat i nikt tej drogi nie powtórzył.
Góry, wysokość, śnieg to nieokiełznany żywioł, który strawił już wielu śmiałków. Ma pan takie nieprzyjemne doświadczenia?
- Oczywiście, że mam, bo poniekąd takie sytuacje są nieodłącznym elementem wypraw, choć robi się wszystko, aby ich uniknąć. Trudno mówić bez emocji, jeśli się traci w górach przyjaciół. W 1985 roku, wraz z już nieżyjącym Jurkiem Kukuczką, wspinaliśmy się na szczyt Nanga Parbat, mający 8125 m, i jednego z naszych kolegów, Piotra Kalmusa, porwała lawina. Zszedłem niżej, pomóc mu, niestety, znalazłem już tylko ciało. Dwa lata później na Mount McKinley na Alasce kolejnego mojego kolegę, Piotra Jankowiaka, dopadła śmierć. W 1991 roku w trakcie wyprawy na Trisul (ponad 7000 m, w Himalajach Garhwalu) na terenie Indii zmarła jej kierowniczka Ania Bruzdowicz. Takie sytuacje zawsze są bardzo trudne, zawsze wtedy nasuwają się refleksje nad kruchością własnego życia, że następnym razem to właśnie mnie może się przydarzyć. Z drugiej jednak strony trzeba robić swoje. Nie można dać ponieść się emocjom, ale pilnować, aby te emocje nie powodowały kolejnych następstw i tragedii. Zawsze na takich wyprawach najważniejszy jest zdrowy rozsądek, mimo wszystko. Z tymi wszystkimi osobami łączyła mnie bardzo bliska zażyłość, strata przyjaciela to jedno, potem trzeba było jeszcze zawiadomić najbliższych, nie wiem, co było gorsze.
Pana też nie oszczędziły wypadki...
- Były takie trudne sytuacje, na przykład w 1971 roku wspinałem się bez asekuracji i poleciałem 40 m głową w dół, wtedy pomyślałem, że już po mnie, szczęśliwe wbiłem się w zaspę i obyło się bez większych obrażeń. W 1988 znalazłem się w środku lawiny kamiennej, gdzie leciały kamienie wielkości telewizorów. W Etiopii siedziałem w ciężarówce, która nagle zaczęła obsuwać się w przepaść. Na szczęście samochód zatrzymał się na jedynej sterczącej skale w tej okolicy, poniżej była dwustumetrowa przepaść. Różne miałem groźne sytuacje, ale żyję.
Po takich wypadkach miał pan zwyczajnie dość wypraw i przygód?
- Nad takimi sytuacjami nie da się przejść obojętnie, ale to z biegiem czasu przeszło, bo też taka jest kolej rzeczy. Pasja jest mocniejsza, pasja pozostaje na zawsze. Wydaje się nam, że nam się taka sytuacja nie przydarzy, to jest taka nasza natura. Z drugiej strony tak właśnie pozytywnie należy myśleć i zakładać, że wszystko pójdzie zgodnie z planem, gdyby było inaczej, Ameryka do dziś nie byłaby odkryta.
Z gór przenieśmy się na wodę, to kolejny żywioł i kolejna pana pasja. Co pana podkusiło, żeby przemierzyć Bałtyk na drewnianej tratwie?
- To był mój pierwszy żywioł, od małego chłopca przemierzałem liczne rzeki, pływając z rodzicami w kajaku. Cokolwiek nie robię, to chodzi zawsze o ciekawość świata. Nie chcę być tylko takim zwykłym zjadaczem chleba, leżeć na kanapie i zmieniać kanały telewizyjne. Tak ktoś stworzył ten świat, że niektórzy potrzebują trochę więcej od życia.
A ta wyprawa tratwą w 2006 roku to taki przypadek. Dostałem propozycję udziału w niej już właściwe w trakcie jej trwania. Było bardzo dużo chętnych i ekipa na długo przed rejsem była skompletowana. Andrzej Urbańczyk na tratwie „NORD-Bis” z załogą wypłynął z Ustki i dopłynął do miejscowości Visby, gdzie był półmetek. Urbańczyk to wybitny żeglarz, znany z tego, że jest wymagającym dowódcą, załoga zwyczajnie zastrajkowała i pilnie potrzebował kogoś, kto wypełni lukę. Nie zastanawiałem się wiele, właściwie miałem trzy dni, aby dotrzeć do miejscowości Visby na wyspie Gotlandii na terenie Szwecji i podjąć wyzwanie. I nie żałuję, miałem okazję płynąć na tratwie - to kolejne nowe doświadczenie, chwilami dość niebezpiecznie. Tratwa jako jednostka pływająca była solidnie skonstruowana i była bardzo bezpieczna, ale jednocześnie i bardzo powoli się poruszaliśmy i to powodowało ogromne ryzyko. Na Morzu Bałtyckim odbywa się ogromny ruch statków, mimo że byliśmy solidnie oświetleni i mieliśmy pomarańczowe żagle, to kilkakrotnie cudem zdołaliśmy tak wymanewrować tratwą, aby umknąć rozpędzonej jednostce transportowej.
Przemierzał pan również pustynie. Jak trzeba się przygotować, aby móc cały dzień smażyć się prawie jak na patelni?
- Do takiej wyprawy trzeba się solidnie i z głową przygotować. Przekalkulować, ile wody będzie nam potrzebne, na pewno z kilkadziesiąt litrów, jaki wziąć zapas żywności i paliwa. Kiedyś trzeba było mieć naprawdę dobrze opanowaną umiejętność posługiwania się kompasem i lubić specyficzny klimat panujący na pustyni. A trzeba wiedzieć, że pustynia pustyni nierówna. W większości są to pustynie żwirowe, skaliste, a nawet słonobłotne. To wyschnięte dna słonych jezior, po których powstaje jedna wielka solanka. Zdecydowanie jednak największym wyzwaniem jest Sahara, choćby ze względu na swój ogrom.
W jakich najbardziej ekstremalnych miejscach miał pan zaszczyt postawić nogę?
- Nie jestem osobą, która zalicza kolejne miejsca i kładzie nacisk na rekordy i osiągnięcia. Takowe jednak na pewno miałem, kiedy to w latach 2009, 2011 i 2012 kierowałem wyprawami, które uwieńczone były zdobyciem dziewiczej Tramen Tepui na Wyżynie Gujańskiej. To ogromna satysfakcja postawić nogę w miejscu, gdzie przedtem żadnego człowieka nie było, czy też brać udział w wytyczaniu nowej drogi. Dodatkowe zadowolenie jest również wtedy, kiedy podczas wyprawy panuje dobra atmosfera. Klimat i poczucie wspólnoty są bardzo ważne. Naprawdę wolę jechać z ciekawymi ludźmi na Kociewie niż z kimś trudnym na Mont Everest.
Na pewno są jeszcze miejsca, do których chciałby pan dotrzeć...
- Zawsze marzyłem o górach w Tibesti, na północy Czadu w Afryce. Obecnie jest tam bardzo niebezpiecznie, może dlatego tak kuszą. Chciałbym pojechać też w dzikie doliny Pamiro-Ałaju, jest jeszcze wiele innych ciekawych gór i krain, które chciałbym odwiedzić.
Góry, a może morze, pustynia może? Tak naprawdę nieistotne gdzie, głównie chodzi o to, aby była przygoda, aby w głowie pozostały pozytywne wspomnienia, to są takie doznania, które nie przemijają, które w sercu, w duszy, na filmach i zdjęciach zostają i ma się co wspominać i o czym opowiadać.
Spłynąłem chyba już wszystkimi rzekami w Polsce, poczynając od Wisły, aż po najmniejsze, oczywiście też spłynąłem wszystkimi dopływami Wdy. To było w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych zeszłego wieku na kajakach składanych, na których spływałem tzw. rzekami zwałkowymi zupełnie inną techniką. Z pewnością teraz, posiadając obecny sprzęty, spływ tymi rzekami jest łatwiejszy, choć przygoda na pewno jest taka sama. Poznałem też Bory Tucholskie i Kociewie, przemierzałem na rowerze Kaszuby, ale też latałem tam balonem. Na świecie jest jeszcze wiele rzek i rzeczek, pięknych i nieodkrytych, jest wiele miejsc, które warto by zobaczyć, one zawsze urzekają swoją dziczą i takich wyszukuję na kolejne wyprawy.
Ciarki biegną panu po plecach na jakie wspomnienie?
- Kiszony śledź bałtycki wywołuje taką reakcję zdecydowanie. Po zjedzeniu go przez tydzień mi się nim odbijało. A kiedy byłem w Zambii, to zdarzało się, że jadłem myszy i suszone gąsienice owadów, a w Wenezueli termity kosztowałem. Jak smakują gotowane jądra kozła, też już wiem. Kiedy to wszystko jest przyprawione i za dużo się o tym nie myśli, to jest to do zjedzenia.
Nie dane mi było uczestniczyć w wielu obrzędach rytualnych, ale dzięki pomocy wielu polskich misjonarzy brałem udział w wielu uroczystościach religijnych, tak w Afryce, jak i w Ameryce Południowej. Mam nadzieję, że podczas kolejnych moich wypraw uda mi się zobaczyć jeszcze wiele różnych obrzędów. Są jeszcze na świecie plemiona, które zachowały dawne swoje obyczaje.
Co pana tak gna po świecie?
- To moja chęć poznania, chęć nowego, ciekawość, pasja, potrzeba przeżycia czego intensywnego. Korzystam z tego życia, które mam i które daje nam takie możliwości. Staram się przeżyć je jak najpełniej, doświadczać, oglądać, podziwiać, potem dzielić się tymi doznaniami i doświadczeniami z innymi ludźmi. Człowiek ma ogrom możliwości, ale nie wykorzystuje ich, sam sobie stawia ograniczenia, całkiem niepotrzebnie. Mi nie wystarcza jedzenie, spanie, picie, mi potrzeba czegoś więcej, czegoś ponad to wszystko, do tego cały czas dążę.
Te ograniczenia to również kwestie finansowe. Jak pan sobie z tym radzi?
- W latach 70.-80. byliśmy monopolistami w pracach wysokościowych, między innymi w Grudziądzu do dziś stoją kominy malowane przeze mnie i wiele innych wysokich obiektów przemysłowych też jest malowanych moją ręką. To było bardzo dobrze płatne zajęcie, dzięki któremu można było zobaczyć kawałek świata. Poza tym sponsorzy są i różne firmy, które pomagają. Można zdobyć bilety lotnicze, ubezpieczenie czy przewóz bagaży za pół ceny. Często dostajemy rybne i mięsne konserwy, żywność na granicy przeterminowania, która jest jak najbardziej zdatna do użytku. Na miejscu jedzenie też jest stosunkowo tanie. Ja nie śpię w Hiltonach i Sheratonach, często wybieram namiot i skrawek nieba nad głową.
Poza tym sprzedaję to, czego doświadczyłem - zrealizowałem wiele filmów i dysponuję przebogatą kolekcją zdjęć. Często sprzedaję je do ilustrowania książek, czasem trafiają na billboardy, artykuły piszę, a nawet jestem przewodnikiem w odległych zakątkach świata. Tak naprawdę pieniądze leżą na ulicy, tylko trzeba je umieć podnieść i rozsądnie nimi gospodarować. A wyprawy nie są kosmicznie drogie. Niektóre przedmioty jak kupi się raz, to starczają na kilka wypraw. Chyba że to rejs polarny - to było drogie przedsięwzięcie, ale też się udało.
Jak by pan określił własne życie? To droga usłana różami czy droga przez mękę?
- Ani jedno, ani drugie. Te wszystkie wyprawy wymagały dużego wysiłku, umiejętności pokonywania wielu różnych przeszkód, często ryzykownych. Być może dla ludzi patrzących z zewnątrz każda wyprawa wygląda jak taka droga przez mękę, dla nas pewnie chwilami też tak jest, jednak biorąc udział w tym, inaczej się to postrzega. Mamy wyznaczony cel, do którego dążymy na przekór wiatrom, zimnu, sztormom i wielu jeszcze innym czynnikom. Gdyby wszystko szło gładko, jak po maśle, to nie byłoby takiej radości i satysfakcji, a szczególnie gdyby moje drogi usłane były różami. Choć rzeczywiście i takiej sytuacji doświadczyłem w życiu: podczas pieszej pielgrzymki do Ostrej Bramy Polacy na Litwie sypali kwiaty przed nami. Ja bym jednak moje życie określił jako ciągłe mierzenie się z ciekawością świata.
Może to zbyt osobiste pytanie, ale nie jest tajemnicą, że jest pan tak zwanym singlem. Ta nieustająca podróż i przygoda życia to cena, jaką pan płaci za niemożliwość usłyszenia takich słów jak mężu, tato czy dziadku?
- Nie, to nie osobiste pytanie, dla mnie nie ma tematów trudnych. Uważam, że każdy z nas ma taką swoją cenę, że każdemu inaczej pisany jest scenariusz na życie. Tak się złożyło, że mimo kilku związków ze wspaniałymi dziewczynami dalej kroczę sam przez życie. Nie czuję się samotny, mam szczęście przyjaźnić się z wieloma ciekawymi osobami. W dodatku posiadam bardzo wielu dobrych znajomych, może tych znajomych bywa tak dużo, że z wielką przyjemnością wracam do pustego domu. Może dzięki temu, że przez większość życia nie bywałem w mocnym związku, mogłem podejmować decyzje, nikogo specjalnie nie krzywdząc i dzięki temu też wiele tych wypraw udało się zrealizować i to jest taki dodatkowy atut. To też wygodne, moi koledzy na wyprawy muszą się prosić o zgodę. Mi nikt nie burczy nad uchem, takie życie.
Dziękuję za rozmowę.
Magdalena Potulska