Czasem tak chociaż koloruję, żeby nie tęsknić tak i nie myśleć
Z Joanną Grodzicką, właścicielką Domu Seniora "Tucholanka" w Tleniu, o bogatej historii tego miejsca, specyfice pracy, dylematach rodzin, trudnych momentach, uśmiechu na twarzach pensjonariuszy i o tym, jak szybko skończyć z papierosami, rozmawia Magdalena Potulska
Magdalena Potulska: Co w miejscu gdzie obecnie stoi Domu Seniora "Tucholanka" było dawniej?
Joanna Grodzicka: Dom powstał w miejscu dawnego, przedwojennego pensjonatu Tucholanka. Został on otwarty w 1934 r. Wówczas był prowadzony przez moją babcię Janinę Kubicę. Do wybuchu wojny ten pensjonat bardzo dobrze funkcjonował. W Tleniu była stacja PKP, było też jezioro, a więc zjeżdżali tu goście z całej Polski. W czasie wojny pensjonat został zarekwirowany przez Niemców. Wówczas organizowane tu były wczasy dla oficerów niemieckich. Znamy nawet panią, która tu pracowała jako kelnerka. W czasie wojny zmarła babcia Janina. Dziadek, Marian Kubica, był właścicielem tartaku w Osiu (obecnie istnieje tam spory zakład produkcji drewna) i Lubiawie. Był też oficerem kawalerii w kampanii wrześniowej. Po wojnie dziadek ożenił się z drugą kobietą, Wandą.
Co było dalej?
- Babcia Wanda żyła ponad 100 lat i była żołnierzem AK. Po wojnie tartak został znacjonalizowany i upadł. Dziadek wraz z babcią Wandą postanowili prowadzić pensjonat. Tu spotykała się tzw. śmietanka towarzyska. Gościł tu, a nawet miał swój pokój, pisarz Melchior Wańkowicz - chyba najbardziej zasłynął takim hasłem: "Cukier krzepi". Kolejnymi ówczesnymi znanymi byli: filozof Leszek Kołakowski, aktor Jerzy Zelnik czy Mieczysław Pawlikowski znany z roli Zagłoby w filmie "Pan Wołodyjowski". Mniej więcej do 1975 r. pensjonat bardzo dobrze prosperował. Wówczas już babcia była w podeszłym wieku i przeszła na zasłużoną emeryturę. Potem różne osoby z różnym skutkiem prowadziły pensjonat. Nie ma też co ukrywać, że jego standard powoli zaczął być niewystarczający. Łazienki były na zewnątrz, a obiekt ogólnie psuł się technicznie i wymagał remontu.
I został zamknięty.
- To był rok 2010. Wówczas byłam jednym ze spadkobierców. Wraz z mężem postanowiliśmy, że spłacimy pozostałych spadkobierców i przejmiemy posiadłość.
Od samego początku mieliście w planach stworzenie domu seniora?
- W sumie tak. Okazało się jednak, że nie wszystko jest takie proste, jak się nam pierwotnie wydawało. Konstrukcja nośna i właściwie wszystko w środku było do wymiany. Trzeba było rozebrać dawny budynek, stworzyć projekt i zacząć budowę kompletnie nowego obiektu, z wszelkimi wymogami już z myślą o seniorach.
Skąd pomysł na taki dom seniora?
- Moja wspomniana babcia Wanda zmarła w 2011 r. Wówczas miałam okazję poznać problemy opieki nad osobami starszymi, często schorowanymi. Ta sytuacja uzmysłowiła mi pewne fakty. Między innymi i taki, że jest ogromne zapotrzebowanie na tego typu usługi. Wszelkiego rodzaju hoteli czy pensjonatów jest mnóstwo, a brakuje właśnie takich domów seniora z kompleksową opieką.
Od kiedy działa dom seniora?
- Budowę zaczęliśmy w 2013 r., a dom, na mocy pozwolenia wojewody, działa mniej więcej od połowy 2015 r. Otrzymaliśmy też dotację z Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa na stworzenie miejsc pracy na terenach wiejskich. Obecnie zatrudniamy 12 pracowników, a w domu przebywa 29 osób. Wszystkie miejsca są zajęte i notorycznie mamy o nie zapytania, a wręcz rezerwacje miejsc. Osiem osób jest po dziewięćdziesiątce, najmłodsza liczy sobie zaledwie 61 lat i też już cierpi na demencję starczą.
Jacy pensjonariusze tu trafiają?
- Przede wszystkim zajmujemy się osobami cierpiącymi na chorobę Alzheimera i demencję starczą. Choroby te cechują się zapominaniem i cofaniem umysłowym do wieku przedszkolnego. W większości przypadków sytuacja jest podobna. Taki senior, często po śmierci współmałżonka, mieszka sam, z dnia na dzień pogrążając się w tej swojej samotności i marazmie. Nagle dochodzi do sytuacji, kiedy wychodzi w środku nocy, i to w dodatku zimą, tylko w piżamie, na ulicę. Czasem sąsiad zauważy, czasem ktoś policję wezwie. Nierzadko te osoby nie pamiętają własnego adresu zamieszkania, jak się nazywają, nie mówiąc już o całej reszcie.
Była sytuacja, kiedy babcia długo mieszkała sama, aż pewnej nocy przewróciła się, potłukła, w konsekwencji czego trafiła do szpitala. Wówczas rodzina zdała sobie sprawę, że tak dalej być nie może. Często takie osoby są objęte opieką ze strony MOPS czy GOPS i rodzina wpada w ciągu dnia. W pewnych sytuacjach to jednak nie wystarcza. Bliskim bardzo trudno zaakceptować taką sytuację. Niejednokrotnie nie mają możliwości w żaden inny sposób jej zmienić. Domy Pomocy Społecznej są przepełnione, a nasz jest takim właśnie prywatnym odpowiednikiem i działa na podobnych przepisach prawa i odpłatnie udziela całodobowej opieki osobom starszym i schorowanym. Tak właśnie trafiają do nas pensjonariusze.
Co seniorzy robią w ciągu dnia?
- Jeżeli jest możliwość, to wychodzą na dwór. Wokół budynku, dookoła, jest bardzo duży, ogrodzony teren, więc tu mogą spacerować samodzielnie. Grupą wychodzą na spacery po Tleniu. Latem z chętnymi chodzimy do kościoła na mszę. W domu mamy kapliczkę, pensjonariusze mogą tam wchodzić w każdej chwili. Od czasu do czasu ksiądz przychodzi z komunią.
W taką pogodę, jak mamy obecnie, opiekunki prowadzą zajęcia: plastyczne, ruchowe, grają z naszymi seniorami w różnego rodzaju gry. Tworzą prace z kolorowego papieru, układają klocki, rzucają piłką, grają w kręgle. Pensjonariusze bardzo też lubią śpiewać i tańczyć.
Jak tylko jest okazja, to chętnie gościmy u siebie różnych gości. Niedawno, w okolicach świąt Bożego Narodzenia, była u nas grupa dzieci z Tlenia ze świetlicy wiejskiej z jasełkami, kolędami i życzeniami. Dwa dni temu odwiedziły nas dzieci z jasełkami, tym razem z Lniana. W przyszłym tygodniu z kolei zapowiedziała się grupa ze szkoły w Śliwiczkach. Latem mieliśmy takie spotkanie integracyjne z członkami Stowarzyszenia Pomocy Osobom z Chorobą Alzheimera, którzy przebywali na turnusie w ośrodku Perła. Wszystkie spotkania i wydarzenia są wielkim świętem dla naszych pensjonariuszy i zawsze wywołują wiele radości i wzruszeń.
Jak już ktoś raz do was trafi, to zostaje do końca swoich dni?
- W większości przypadków tak właśnie jest. Możliwe są również tzw. pobyty czasowe. Były osoby na miesiąc czy dwa. Rodzina przywozi taką osobę, kiedy sama gdzieś wyjeżdża. Czasem to typowy turnus wypoczynkowy na zasadzie sanatorium. Aby taki senior mógł pooddychać czystym powietrzem czy też zwyczajnie pospacerować, bo np. kiedy mieszka na piętrze, a ma problemy z poruszaniem się, nie jest to możliwe.
Zdarzają się zapewne sytuacje trudne.
- Jeśli pyta pani o śmierć, to mieliśmy trzy takie przypadki. Jedna osoba spokojnie, powoli nam tu gasła i to rzeczywiście jest chwila trudna i przykra dla nas wszystkich.
Czasem bywają też takie sytuacje, że nie pozostaje nic innego, jak wezwać pogotowie. Bywają skoki ciśnienia, podejrzenie udaru było, różne schorzenia się pojawiają. Czasem nasi pensjonariusze bywają agresywni i też trzeba umieć sobie poradzić. Może wielu osobom wyda się to nieprzyjemne, ale sporej części trzeba zmieniać pieluchy i ich podmywać. Wszystko to wpisane jest w naszą codzienną pracę.
Jak radzą sobie sami seniorzy?
- Różnie z tym bywa. Wszystko zależy od sytuacji. Te osoby czasem nie rozumieją, czemu tu są. Czasem pytają, kiedy pójdą do domu. Pytają też o członków rodzin. Bywają takie sytuacje, że są przekonani o tym, że są u siebie w domu, tylko czasem pytają o wystrój, o meble, dlaczego to wszystko jest inne. W takich przypadkach można powiedzieć, że, niestety, choroba ma swoje plusy. Pozwala im zapomnieć i tak nie do końca zdają sobie sprawę z sytuacji. Powiem szczerze, że znacznie gorzej przeżywają to dzieci zostawiające u nas pod opieką swoją matkę czy ojca.
Jest im przykro. wzruszenie. stres.?
- Wszystko naraz i do tego poczucie winy. Miewamy więcej pracy z uspokojeniem członków rodzin niż pensjonariuszy. Ogólnie w społeczeństwie panuje takie przekonanie, że skoro matka mnie urodziła, wykarmiła, zmieniała pieluchy, to ja teraz nie mogę tej schorowanej staruszki gdzieś tam umieścić. Tylko że nikt tak naprawdę nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji i zapewnienia należytej opieki i bezpieczeństwa, często nie tylko członkowi rodziny, ale i innym osobom. Kiedy senior mieszka sam w bloku i zostawi odkręcony gaz, co wtedy? Ileś osób może przez niego stracić życie, zdrowie i cały dobytek. Dopiero wówczas, kiedy coś się stanie, zacznie się szukanie winnych i dociekanie, czemu nikt - czyli rodzina bądź opieka społeczna - nic z tym nie zrobił. Często w wyniku takich dylematów trafiają do nas podopieczni. Dopiero teraz powoli zaczyna następować w społeczeństwie takie poszerzenie świadomości w kwestii zapewnienia tego bezpieczeństwa.
Dopiero po kilku tygodniach, kiedy te rodziny dzwonią, przyjeżdżają, odwiedzają i widzą, że ta matka czy ojciec naprawdę mają się tu dobrze, są bezpieczni, nakarmieni, czysto ubrani, uśmiechnięci, ten stres u nich mija. Często są nawet pozytywnie zaskakiwani. Kiedy starszy człowiek cały czas siedział sam w domu, wówczas mało mówił i zapominał słów. Tu cały czas jest doświadczany bodźcami. Rozmawiamy z nimi, pensjonariusze ze sobą rozmawiają. Wypełniamy im czas zajęciami, czytamy książki. Oni pod wpływem tego wszystkiego otwierają się i mimo wszystko są bardziej pogodni. Ostatnio czytaliśmy "Dziady" Adama Mickiewicza. Co mnie bardzo zaskoczyło, ten utwór bardzo wpadł im w ucho i jest napisany z humorem. Niektórzy nawet potrafią cytować fragmenty z pamięci.
Wspomniała pani o odwiedzinach.
- Tak, są takie rodziny, które przyjeżdżają nawet dwa razy w tygodniu, ale są i takie, co nie przyjeżdżają w ogóle. Nie wyznaczamy godzin odwiedzin, nie trzeba się też zapowiadać. Ważne, żeby to było w rozsądnych godzinach. Można też podopiecznego zabrać do domu w odwiedziny i takie sytuacje też mają miejsce.
A święta?
- Przygotowaliśmy wigilię na godz. 16. Mogą w niej uczestniczyć bliscy naszych podopiecznych. Część rodzin przyjechała w całości, tak bym to określiła. U niektórych był członek rodziny, ale, niestety, nie u wszystkich. Niektórzy po naszej wigilii byli zabierani do domów. Wszyscy zostali obdarowani upominkami, były to rzeczy praktyczne, takie jak czapki, szaliki czy rękawiczki.
Zanim dom seniora zaczął funkcjonować, tak sobie pani to wszystko wyobrażała?
- Przez wiele lat byłam nauczycielką języka angielskiego, prowadziłam też zajęcia na Uniwersytecie III Wieku. Nawet udało mi się zrealizować projekt polsko-włoski w oparciu o najnowsze osiągnięcia techniki, takie jak Skype czy komputer.
Wiedząc już, że będę prowadziła taki dom seniora, skończyłam policealną szkołę o specjalności opiekun w domu pomocy społecznej. Dzięki temu nabyłam przygotowania teoretycznego, a także doświadczenia praktycznego, jak to w takich ośrodkach wygląda.
Jednak sama wypracowałam metodę komunikacji z moimi seniorami. To nic, że oni są dużo starsi ode mnie, mówić do nich trzeba jak do dzieci. Na zasadzie: "Pani Krysiu, wiążemy sznurowadła. Wkładamy czapki, bo jest zimno". Takie jasne, krótkie komunikaty. Ogólnie muszę powiedzieć, że oboje z mężem jesteśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni. Początkowo martwiliśmy się, czy będą chętni, czy będzie odpowiednie zainteresowanie, bo u nas pobyt jest płatny. A tu nagle się okazało, że zainteresowanie jest bardzo duże. Co jeszcze nas zaskoczyło - z racji tych kosztów spodziewaliśmy się raczej osób z odleglejszych miast. A tu się okazało, że naszymi pensjonariuszami są właściwie sąsiedzi. Mieszkańcy okolicznych miejscowości, takich jak: Świecie, Sulnowo, Laskowice, Chełmno, Tuchola czy Cekcyn. Słyszymy wiele pozytywny słów od rodzin, ale też od osób postronnych, a nawet naszych dostawców. Naszym działaniom są też przychylne Urząd Gminy w Osiu i Starostwo Powiatowe w Świeciu. Myślimy o tym i widzimy potrzebę pobudowania drugiego pawilonu.
Co pani daje prowadzenie tego domu?
- Na pewno satysfakcję, że jest się potrzebnym drugiemu człowiekowi. Oboje z mężem mogliśmy sobie mieszkać spokojnie w Gdańsku, a jednak czuliśmy potrzebę stworzenia takiego miejsca. Wykonujemy tu konkretną, potrzebną i wbrew pozorom dającą efekty pracę. Pracując jako nauczycielka, pisząc te wszystkie sprawozdania, czułam, że marnuję czas, że to nikomu niepotrzebne papiery. Tu tak nie jest. Mieszkamy na jednym podwórku, w budynku naprzeciwko, niejednokrotnie w środku nocy budził mnie dźwięk telefonu i biegłam w pidżamie sprawdzić, co się dzieje. Tu każde słowo, uśmiech czy gest, choćby taki właśnie jak to zmienianie pieluch, są potrzebne. Nie jest to łatwa praca. Czasem setny raz trzeba wysłuchać tej samej historii lub wytłumaczyć tę samą, wydawać by się mogło, prozaiczną czynność. Jednak uśmiechy na twarzach naszych podopiecznych, serdeczne uściski i słowo "dziękuję" dają nam poczucie, jak ważne jest to, co robimy, nie tylko ja czy mąż, ale cała załoga naszego domu seniora.
Jak pani odreagowuje?
- Zimą, tak jak teraz, bardzo lubię jeździć na nartach biegowych, tu w Tleniu. Przy okazji polecam serdecznie. Na wszystkich trasach turystycznych do nordic walkingu można tego typu turystykę uprawiać. W wolnej chwili bardzo lubię robić na drutach. Właśnie jestem na etapie robienia czapek na zamówienie moim pracownicom. Latem spacery. Mamy swój kajak, więc pływamy, kąpiemy się i korzystamy z tych wszystkich pięknych uroków natury, którymi Tleń został obdarzony. Widzimy też, że Tleń z roku na rok pięknieje. Powstaje nowa infrastruktura, osoby prywatne dbają o swoje posesje, mamy nadzieję, że znów będą ściągać tu tłumy turystów z całej Polski, tak jak to było w czasach, kiedy moja babcia prowadziła pensjonat.
Tak na zakończenie, może jakieś zabawne anegdoty z życia pensjonariuszy.
- Jedna pani, kiedy do nas przyjechała, podobno potrafiła wypalić trzy paczki papierosów dziennie. Tak mówiła rodzina. U nas w domu się nie pali, a więc musiała wyjść na zewnątrz. Pilnujemy, żeby jednorazowo wychodziła tylko jedna osoba, żeby to nie były przy okazji spotkania towarzyskie. Ta osoba widzi przez szybę, jak wszyscy się świetnie bawią, a ona sama jedna, na własne życzenie, stoi i marznie na dworze. W bardzo krótkim czasie ta pani odzwyczaiła się od palenia. Kiedy syn przyjechał w odwiedziny, to nie mógł uwierzyć, że jego matka nie pali.
Pani Anna na przykład chodzi w jednym i tym samym swetrze sprzed kilkudziesięciu lat, choć w szafie ma stos innych. Staramy się przekonać ją do tego, żeby wkładała też inne ubrania, ale to nie na wiele się zdaje. Mało tego, ledwo się porusza, a już na krok się nie ruszy bez równie wiekowej, wypełnionej po brzegi skarbami torby. Nosi w niej absurdalne przedmioty, takie jak papier toaletowy, jakieś bluzki i inne naprawdę wcale jej niepotrzebne rzeczy. Tak u nas wygląda codzienne życie.
Dziękuję za rozmowę, porozmawiam trochę z pensjonariuszami.
Pani Agnieszko widzę, że pani lubi tańczyć.
- O, ja to taniec lubiłam bardzo i nadal lubię. Na tańce i na zabawy chodziłam z mężem, jak tylko była okazja. Teraz też bardzo lubię tańczyć i śpiewać. Śpiewam dużo. Co na przykład: "Nie było ciebie tyle lat" albo "Przyjedź, mamo, na przysięgę".
Ma pani syna?
- Nie, córkę, ale to ładna piosenka jest.
Pani Geniu, a jak się pani tu mieszka?
- Na razie dobrze. Ta pani kierownik to jest złoty człowiek, no, kochany człowiek, mogę tak powiedzieć. ale powoli to już byłby do domu czas.
A czym się pani kiedyś zajmowała?
- Pracowałam w zakładzie w FAM. Takie części do łóżek robiliśmy.
Pani Zosiu, a jak pani tutaj jest?
- Bardzo dobrze, odpoczywam tu sobie.
Co pani kiedyś robiła?
- Na gospodarstwie byłam. Kaczki hodowałam, i kury, i gęsi były, a i krowy, i świnie też. Ale wtedy to ja młodsza byłam i siły miałam. Teraz to tych sił to już wcale nie ma.
Pani Romko, a pani jak się tu mieszka?
- Ja to tylko tak na urlop przyjechałam na parę dni. Pewnie tak jutro już pojadę albo pojutrze, tak mówią. Ja tu przyjeżdżam z roku na rok, a potem do domu.
A pamięta pani, czym się pani dawniej w pracy zajmowała?
- Prowadziłam wszystkie takie rzeczy, co były potrzebne do roboty. To taki magazyn był. A teraz to lubię bardzo takie ozdoby różne, bo takie ładne są, świecą się i tak w oko wpadają. O, ja pamiętam na drutach kiedyś robiłam czapki i berety, i szaliki, a i nawet koleżankom spódnice robiłam. Lubiłam to bardzo. Teraz to już nie pamiętam chyba. O, i jeszcze my tu na spacery chodzimy, jak jest lepsza pogoda. Dziś nie, bo ślisko jest. A wie pani, tam dalej takie kaczki są na rzece i my je karmimy, i przyglądamy się tym kaczkom albo ptaszkom u nas w karmniku, one takie wesołe są. A latem to my tu taką fontannę mamy, widziała pani? Woda z niej leci, teraz to nie, bo zamarzłaby. Latem pięknie jest. Tak sobie siedzimy przy tej fontannie, ptaszki śpiewają, i las jest, o, takie wczasy.
Pani Trudziu, a pani skąd jest?
- Z Żalna za Tucholą. My tam konie mieliśmy i wozy, i to wszystko Niemcy zabrali. Długi czas byliśmy w obozie w Potulicach. Słyszała pani o tym obozie?
Pani taka młodziutka, to pewnie nie. Ja pani powiem. Tam było okropnie. Wszędzie robactwo, wszędzie. Po głowie nawet chodziło, wszy i myszy takie, okropne, były wszędzie. Tylko raz dziennie taki chlebek czarny nam dawali. Taki malutki kawałeczek. Głód był stale. Sił nie było, a robić trzeba było. A my musieliśmy stać i w deszczu, i w słońcu, i pilnować, aby myszy po polu nie latały. Strasznie było. Nie życzę nikomu. Cała rodzina moja była. Ja, piątka rodzeństwa, ja byłam druga z kolei. W ukryciu to się robiło wszystko. Przeżyliśmy.
- A to ja pani też coś powiem - zadeklarowała pani Urszula. - Ja jestem z mieszanego małżeństwa. Matka Austriaczką była i po niemiecku mówiła, a ojciec był Polakiem, to mówił po polsku. Był żołnierzem, to był dobry człowiek. Matka kazała się uczyć po niemiecku, a ja nie chciałam. Mówiła, że jak będę znała język, to łatwiej będzie. A potem, po wojnie, byłam nauczycielką w szkole podstawowej tam niedaleko dworca w Bydgoszczy. Bardzo lubiłam uczyć, i dzieci też bardzo lubiłam, i myślę, że mnie też bardzo lubili, bo kwiatki dostawałam. A my tu wczoraj takie występy mieliśmy. Dzieci pięknie śpiewały, aż płakaliśmy.
Panie Bogusławie, pan koloruje.
- A co ja mam robić? Nie lubię tak bezczynnie siedzieć. Czasem lubię iść trochę poodśnieżać, dziś za ślisko jest. Nie mogę narzekać. Dobrze jest. Bardzo mi się tu spodoba. Najedzony jestem, a jedzenie jakie dobre. Jadła pani? Oprany jestem, umyty, wygodne łóżko. Fajno jest, ale istnieje takie coś jak tęsknota, proszę pani. Tęsknota do domu, do bliskich, to jest najgorsze. To czasem tak chociaż koloruję, żeby nie tęsknić tak i nie myśleć.
Magdalena Potulska

 

Magdalena Potulska: Co w miejscu gdzie obecnie stoi Domu Seniora "Tucholanka" było dawniej?

Joanna Grodzicka: Dom powstał w miejscu dawnego, przedwojennego pensjonatu Tucholanka. Został on otwarty w 1934 r. Wówczas był prowadzony przez moją babcię Janinę Kubicę. Do wybuchu wojny ten pensjonat bardzo dobrze funkcjonował. W Tleniu była stacja PKP, było też jezioro, a więc zjeżdżali tu goście z całej Polski. W czasie wojny pensjonat został zarekwirowany przez Niemców. Wówczas organizowane tu były wczasy dla oficerów niemieckich. Znamy nawet panią, która tu pracowała jako kelnerka. W czasie wojny zmarła babcia Janina. Dziadek, Marian Kubica, był właścicielem tartaku w Osiu (obecnie istnieje tam spory zakład produkcji drewna) i Lubiawie. Był też oficerem kawalerii w kampanii wrześniowej. Po wojnie dziadek ożenił się z drugą kobietą, Wandą.

Co było dalej?

- Babcia Wanda żyła ponad 100 lat i była żołnierzem AK. Po wojnie tartak został znacjonalizowany i upadł. Dziadek wraz z babcią Wandą postanowili prowadzić pensjonat. Tu spotykała się tzw. śmietanka towarzyska. Gościł tu, a nawet miał swój pokój, pisarz Melchior Wańkowicz - chyba najbardziej zasłynął takim hasłem: "Cukier krzepi". Kolejnymi ówczesnymi znanymi byli: filozof Leszek Kołakowski, aktor Jerzy Zelnik czy Mieczysław Pawlikowski znany z roli Zagłoby w filmie "Pan Wołodyjowski". Mniej więcej do 1975 r. pensjonat bardzo dobrze prosperował. Wówczas już babcia była w podeszłym wieku i przeszła na zasłużoną emeryturę. Potem różne osoby z różnym skutkiem prowadziły pensjonat. Nie ma też co ukrywać, że jego standard powoli zaczął być niewystarczający. Łazienki były na zewnątrz, a obiekt ogólnie psuł się technicznie i wymagał remontu.

I został zamknięty.

- To był rok 2010. Wówczas byłam jednym ze spadkobierców. Wraz z mężem postanowiliśmy, że spłacimy pozostałych spadkobierców i przejmiemy posiadłość.

Od samego początku mieliście w planach stworzenie domu seniora?

- W sumie tak. Okazało się jednak, że nie wszystko jest takie proste, jak się nam pierwotnie wydawało. Konstrukcja nośna i właściwie wszystko w środku było do wymiany. Trzeba było rozebrać dawny budynek, stworzyć projekt i zacząć budowę kompletnie nowego obiektu, z wszelkimi wymogami już z myślą o seniorach.

Skąd pomysł na taki dom seniora?

- Moja wspomniana babcia Wanda zmarła w 2011 r. Wówczas miałam okazję poznać problemy opieki nad osobami starszymi, często schorowanymi. Ta sytuacja uzmysłowiła mi pewne fakty. Między innymi i taki, że jest ogromne zapotrzebowanie na tego typu usługi. Wszelkiego rodzaju hoteli czy pensjonatów jest mnóstwo, a brakuje właśnie takich domów seniora z kompleksową opieką.

Od kiedy działa dom seniora?

- Budowę zaczęliśmy w 2013 r., a dom, na mocy pozwolenia wojewody, działa mniej więcej od połowy 2015 r. Otrzymaliśmy też dotację z Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa na stworzenie miejsc pracy na terenach wiejskich. Obecnie zatrudniamy 12 pracowników, a w domu przebywa 29 osób. Wszystkie miejsca są zajęte i notorycznie mamy o nie zapytania, a wręcz rezerwacje miejsc. Osiem osób jest po dziewięćdziesiątce, najmłodsza liczy sobie zaledwie 61 lat i też już cierpi na demencję starczą.

Jacy pensjonariusze tu trafiają?

- Przede wszystkim zajmujemy się osobami cierpiącymi na chorobę Alzheimera i demencję starczą. Choroby te cechują się zapominaniem i cofaniem umysłowym do wieku przedszkolnego. W większości przypadków sytuacja jest podobna. Taki senior, często po śmierci współmałżonka, mieszka sam, z dnia na dzień pogrążając się w tej swojej samotności i marazmie. Nagle dochodzi do sytuacji, kiedy wychodzi w środku nocy, i to w dodatku zimą, tylko w piżamie, na ulicę. Czasem sąsiad zauważy, czasem ktoś policję wezwie. Nierzadko te osoby nie pamiętają własnego adresu zamieszkania, jak się nazywają, nie mówiąc już o całej reszcie.

Była sytuacja, kiedy babcia długo mieszkała sama, aż pewnej nocy przewróciła się, potłukła, w konsekwencji czego trafiła do szpitala. Wówczas rodzina zdała sobie sprawę, że tak dalej być nie może. Często takie osoby są objęte opieką ze strony MOPS czy GOPS i rodzina wpada w ciągu dnia. W pewnych sytuacjach to jednak nie wystarcza. Bliskim bardzo trudno zaakceptować taką sytuację. Niejednokrotnie nie mają możliwości w żaden inny sposób jej zmienić. Domy Pomocy Społecznej są przepełnione, a nasz jest takim właśnie prywatnym odpowiednikiem i działa na podobnych przepisach prawa i odpłatnie udziela całodobowej opieki osobom starszym i schorowanym. Tak właśnie trafiają do nas pensjonariusze.

Co seniorzy robią w ciągu dnia?

- Jeżeli jest możliwość, to wychodzą na dwór. Wokół budynku, dookoła, jest bardzo duży, ogrodzony teren, więc tu mogą spacerować samodzielnie. Grupą wychodzą na spacery po Tleniu. Latem z chętnymi chodzimy do kościoła na mszę. W domu mamy kapliczkę, pensjonariusze mogą tam wchodzić w każdej chwili. Od czasu do czasu ksiądz przychodzi z komunią.

W taką pogodę, jak mamy obecnie, opiekunki prowadzą zajęcia: plastyczne, ruchowe, grają z naszymi seniorami w różnego rodzaju gry. Tworzą prace z kolorowego papieru, układają klocki, rzucają piłką, grają w kręgle. Pensjonariusze bardzo też lubią śpiewać i tańczyć.

Jak tylko jest okazja, to chętnie gościmy u siebie różnych gości. Niedawno, w okolicach świąt Bożego Narodzenia, była u nas grupa dzieci z Tlenia ze świetlicy wiejskiej z jasełkami, kolędami i życzeniami. Dwa dni temu odwiedziły nas dzieci z jasełkami, tym razem z Lniana. W przyszłym tygodniu z kolei zapowiedziała się grupa ze szkoły w Śliwiczkach. Latem mieliśmy takie spotkanie integracyjne z członkami Stowarzyszenia Pomocy Osobom z Chorobą Alzheimera, którzy przebywali na turnusie w ośrodku Perła. Wszystkie spotkania i wydarzenia są wielkim świętem dla naszych pensjonariuszy i zawsze wywołują wiele radości i wzruszeń.

Jak już ktoś raz do was trafi, to zostaje do końca swoich dni?

- W większości przypadków tak właśnie jest. Możliwe są również tzw. pobyty czasowe. Były osoby na miesiąc czy dwa. Rodzina przywozi taką osobę, kiedy sama gdzieś wyjeżdża. Czasem to typowy turnus wypoczynkowy na zasadzie sanatorium. Aby taki senior mógł pooddychać czystym powietrzem czy też zwyczajnie pospacerować, bo np. kiedy mieszka na piętrze, a ma problemy z poruszaniem się, nie jest to możliwe.

Zdarzają się zapewne sytuacje trudne.

- Jeśli pyta pani o śmierć, to mieliśmy trzy takie przypadki. Jedna osoba spokojnie, powoli nam tu gasła i to rzeczywiście jest chwila trudna i przykra dla nas wszystkich.

Czasem bywają też takie sytuacje, że nie pozostaje nic innego, jak wezwać pogotowie. Bywają skoki ciśnienia, podejrzenie udaru było, różne schorzenia się pojawiają. Czasem nasi pensjonariusze bywają agresywni i też trzeba umieć sobie poradzić. Może wielu osobom wyda się to nieprzyjemne, ale sporej części trzeba zmieniać pieluchy i ich podmywać. Wszystko to wpisane jest w naszą codzienną pracę.

Jak radzą sobie sami seniorzy?

- Różnie z tym bywa. Wszystko zależy od sytuacji. Te osoby czasem nie rozumieją, czemu tu są. Czasem pytają, kiedy pójdą do domu. Pytają też o członków rodzin. Bywają takie sytuacje, że są przekonani o tym, że są u siebie w domu, tylko czasem pytają o wystrój, o meble, dlaczego to wszystko jest inne. W takich przypadkach można powiedzieć, że, niestety, choroba ma swoje plusy. Pozwala im zapomnieć i tak nie do końca zdają sobie sprawę z sytuacji. Powiem szczerze, że znacznie gorzej przeżywają to dzieci zostawiające u nas pod opieką swoją matkę czy ojca.

Jest im przykro. wzruszenie. stres.?

- Wszystko naraz i do tego poczucie winy. Miewamy więcej pracy z uspokojeniem członków rodzin niż pensjonariuszy. Ogólnie w społeczeństwie panuje takie przekonanie, że skoro matka mnie urodziła, wykarmiła, zmieniała pieluchy, to ja teraz nie mogę tej schorowanej staruszki gdzieś tam umieścić. Tylko że nikt tak naprawdę nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji i zapewnienia należytej opieki i bezpieczeństwa, często nie tylko członkowi rodziny, ale i innym osobom. Kiedy senior mieszka sam w bloku i zostawi odkręcony gaz, co wtedy? Ileś osób może przez niego stracić życie, zdrowie i cały dobytek. Dopiero wówczas, kiedy coś się stanie, zacznie się szukanie winnych i dociekanie, czemu nikt - czyli rodzina bądź opieka społeczna - nic z tym nie zrobił. Często w wyniku takich dylematów trafiają do nas podopieczni. Dopiero teraz powoli zaczyna następować w społeczeństwie takie poszerzenie świadomości w kwestii zapewnienia tego bezpieczeństwa.

Dopiero po kilku tygodniach, kiedy te rodziny dzwonią, przyjeżdżają, odwiedzają i widzą, że ta matka czy ojciec naprawdę mają się tu dobrze, są bezpieczni, nakarmieni, czysto ubrani, uśmiechnięci, ten stres u nich mija. Często są nawet pozytywnie zaskakiwani. Kiedy starszy człowiek cały czas siedział sam w domu, wówczas mało mówił i zapominał słów. Tu cały czas jest doświadczany bodźcami. Rozmawiamy z nimi, pensjonariusze ze sobą rozmawiają. Wypełniamy im czas zajęciami, czytamy książki. Oni pod wpływem tego wszystkiego otwierają się i mimo wszystko są bardziej pogodni. Ostatnio czytaliśmy "Dziady" Adama Mickiewicza. Co mnie bardzo zaskoczyło, ten utwór bardzo wpadł im w ucho i jest napisany z humorem. Niektórzy nawet potrafią cytować fragmenty z pamięci.

Wspomniała pani o odwiedzinach.

- Tak, są takie rodziny, które przyjeżdżają nawet dwa razy w tygodniu, ale są i takie, co nie przyjeżdżają w ogóle. Nie wyznaczamy godzin odwiedzin, nie trzeba się też zapowiadać. Ważne, żeby to było w rozsądnych godzinach. Można też podopiecznego zabrać do domu w odwiedziny i takie sytuacje też mają miejsce.

A święta?

- Przygotowaliśmy wigilię na godz. 16. Mogą w niej uczestniczyć bliscy naszych podopiecznych. Część rodzin przyjechała w całości, tak bym to określiła. U niektórych był członek rodziny, ale, niestety, nie u wszystkich. Niektórzy po naszej wigilii byli zabierani do domów. Wszyscy zostali obdarowani upominkami, były to rzeczy praktyczne, takie jak czapki, szaliki czy rękawiczki.

Zanim dom seniora zaczął funkcjonować, tak sobie pani to wszystko wyobrażała?

- Przez wiele lat byłam nauczycielką języka angielskiego, prowadziłam też zajęcia na Uniwersytecie III Wieku. Nawet udało mi się zrealizować projekt polsko-włoski w oparciu o najnowsze osiągnięcia techniki, takie jak Skype czy komputer.

Wiedząc już, że będę prowadziła taki dom seniora, skończyłam policealną szkołę o specjalności opiekun w domu pomocy społecznej. Dzięki temu nabyłam przygotowania teoretycznego, a także doświadczenia praktycznego, jak to w takich ośrodkach wygląda.

Jednak sama wypracowałam metodę komunikacji z moimi seniorami. To nic, że oni są dużo starsi ode mnie, mówić do nich trzeba jak do dzieci. Na zasadzie: "Pani Krysiu, wiążemy sznurowadła. Wkładamy czapki, bo jest zimno". Takie jasne, krótkie komunikaty. Ogólnie muszę powiedzieć, że oboje z mężem jesteśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni. Początkowo martwiliśmy się, czy będą chętni, czy będzie odpowiednie zainteresowanie, bo u nas pobyt jest płatny. A tu nagle się okazało, że zainteresowanie jest bardzo duże. Co jeszcze nas zaskoczyło - z racji tych kosztów spodziewaliśmy się raczej osób z odleglejszych miast. A tu się okazało, że naszymi pensjonariuszami są właściwie sąsiedzi. Mieszkańcy okolicznych miejscowości, takich jak: Świecie, Sulnowo, Laskowice, Chełmno, Tuchola czy Cekcyn. Słyszymy wiele pozytywny słów od rodzin, ale też od osób postronnych, a nawet naszych dostawców. Naszym działaniom są też przychylne Urząd Gminy w Osiu i Starostwo Powiatowe w Świeciu. Myślimy o tym i widzimy potrzebę pobudowania drugiego pawilonu.

Co pani daje prowadzenie tego domu?

- Na pewno satysfakcję, że jest się potrzebnym drugiemu człowiekowi. Oboje z mężem mogliśmy sobie mieszkać spokojnie w Gdańsku, a jednak czuliśmy potrzebę stworzenia takiego miejsca. Wykonujemy tu konkretną, potrzebną i wbrew pozorom dającą efekty pracę. Pracując jako nauczycielka, pisząc te wszystkie sprawozdania, czułam, że marnuję czas, że to nikomu niepotrzebne papiery. Tu tak nie jest. Mieszkamy na jednym podwórku, w budynku naprzeciwko, niejednokrotnie w środku nocy budził mnie dźwięk telefonu i biegłam w pidżamie sprawdzić, co się dzieje. Tu każde słowo, uśmiech czy gest, choćby taki właśnie jak to zmienianie pieluch, są potrzebne. Nie jest to łatwa praca. Czasem setny raz trzeba wysłuchać tej samej historii lub wytłumaczyć tę samą, wydawać by się mogło, prozaiczną czynność. Jednak uśmiechy na twarzach naszych podopiecznych, serdeczne uściski i słowo "dziękuję" dają nam poczucie, jak ważne jest to, co robimy, nie tylko ja czy mąż, ale cała załoga naszego domu seniora.

Jak pani odreagowuje?

- Zimą, tak jak teraz, bardzo lubię jeździć na nartach biegowych, tu w Tleniu. Przy okazji polecam serdecznie. Na wszystkich trasach turystycznych do nordic walkingu można tego typu turystykę uprawiać. W wolnej chwili bardzo lubię robić na drutach. Właśnie jestem na etapie robienia czapek na zamówienie moim pracownicom. Latem spacery. Mamy swój kajak, więc pływamy, kąpiemy się i korzystamy z tych wszystkich pięknych uroków natury, którymi Tleń został obdarzony. Widzimy też, że Tleń z roku na rok pięknieje. Powstaje nowa infrastruktura, osoby prywatne dbają o swoje posesje, mamy nadzieję, że znów będą ściągać tu tłumy turystów z całej Polski, tak jak to było w czasach, kiedy moja babcia prowadziła pensjonat.

Tak na zakończenie, może jakieś zabawne anegdoty z życia pensjonariuszy.

- Jedna pani, kiedy do nas przyjechała, podobno potrafiła wypalić trzy paczki papierosów dziennie. Tak mówiła rodzina. U nas w domu się nie pali, a więc musiała wyjść na zewnątrz. Pilnujemy, żeby jednorazowo wychodziła tylko jedna osoba, żeby to nie były przy okazji spotkania towarzyskie. Ta osoba widzi przez szybę, jak wszyscy się świetnie bawią, a ona sama jedna, na własne życzenie, stoi i marznie na dworze. W bardzo krótkim czasie ta pani odzwyczaiła się od palenia. Kiedy syn przyjechał w odwiedziny, to nie mógł uwierzyć, że jego matka nie pali.

Pani Anna na przykład chodzi w jednym i tym samym swetrze sprzed kilkudziesięciu lat, choć w szafie ma stos innych. Staramy się przekonać ją do tego, żeby wkładała też inne ubrania, ale to nie na wiele się zdaje. Mało tego, ledwo się porusza, a już na krok się nie ruszy bez równie wiekowej, wypełnionej po brzegi skarbami torby. Nosi w niej absurdalne przedmioty, takie jak papier toaletowy, jakieś bluzki i inne naprawdę wcale jej niepotrzebne rzeczy. Tak u nas wygląda codzienne życie.

Dziękuję za rozmowę, porozmawiam trochę z pensjonariuszami.

Pani Agnieszko widzę, że pani lubi tańczyć.

- O, ja to taniec lubiłam bardzo i nadal lubię. Na tańce i na zabawy chodziłam z mężem, jak tylko była okazja. Teraz też bardzo lubię tańczyć i śpiewać. Śpiewam dużo. Co na przykład: "Nie było ciebie tyle lat" albo "Przyjedź, mamo, na przysięgę".

Ma pani syna?

- Nie, córkę, ale to ładna piosenka jest.

Pani Geniu, a jak się pani tu mieszka?

- Na razie dobrze. Ta pani kierownik to jest złoty człowiek, no, kochany człowiek, mogę tak powiedzieć. ale powoli to już byłby do domu czas.

A czym się pani kiedyś zajmowała?

- Pracowałam w zakładzie w FAM. Takie części do łóżek robiliśmy.

Pani Zosiu, a jak pani tutaj jest?

- Bardzo dobrze, odpoczywam tu sobie.

Co pani kiedyś robiła?

- Na gospodarstwie byłam. Kaczki hodowałam, i kury, i gęsi były, a i krowy, i świnie też. Ale wtedy to ja młodsza byłam i siły miałam. Teraz to tych sił to już wcale nie ma.

Pani Romko, a pani jak się tu mieszka?

- Ja to tylko tak na urlop przyjechałam na parę dni. Pewnie tak jutro już pojadę albo pojutrze, tak mówią. Ja tu przyjeżdżam z roku na rok, a potem do domu.

A pamięta pani, czym się pani dawniej w pracy zajmowała?

- Prowadziłam wszystkie takie rzeczy, co były potrzebne do roboty. To taki magazyn był. A teraz to lubię bardzo takie ozdoby różne, bo takie ładne są, świecą się i tak w oko wpadają. O, ja pamiętam na drutach kiedyś robiłam czapki i berety, i szaliki, a i nawet koleżankom spódnice robiłam. Lubiłam to bardzo. Teraz to już nie pamiętam chyba. O, i jeszcze my tu na spacery chodzimy, jak jest lepsza pogoda. Dziś nie, bo ślisko jest. A wie pani, tam dalej takie kaczki są na rzece i my je karmimy, i przyglądamy się tym kaczkom albo ptaszkom u nas w karmniku, one takie wesołe są. A latem to my tu taką fontannę mamy, widziała pani? Woda z niej leci, teraz to nie, bo zamarzłaby. Latem pięknie jest. Tak sobie siedzimy przy tej fontannie, ptaszki śpiewają, i las jest, o, takie wczasy.

Pani Trudziu, a pani skąd jest?

- Z Żalna za Tucholą. My tam konie mieliśmy i wozy, i to wszystko Niemcy zabrali. Długi czas byliśmy w obozie w Potulicach. Słyszała pani o tym obozie?

Pani taka młodziutka, to pewnie nie. Ja pani powiem. Tam było okropnie. Wszędzie robactwo, wszędzie. Po głowie nawet chodziło, wszy i myszy takie, okropne, były wszędzie. Tylko raz dziennie taki chlebek czarny nam dawali. Taki malutki kawałeczek. Głód był stale. Sił nie było, a robić trzeba było. A my musieliśmy stać i w deszczu, i w słońcu, i pilnować, aby myszy po polu nie latały. Strasznie było. Nie życzę nikomu. Cała rodzina moja była. Ja, piątka rodzeństwa, ja byłam druga z kolei. W ukryciu to się robiło wszystko. Przeżyliśmy.

- A to ja pani też coś powiem - zadeklarowała pani Urszula. - Ja jestem z mieszanego małżeństwa. Matka Austriaczką była i po niemiecku mówiła, a ojciec był Polakiem, to mówił po polsku. Był żołnierzem, to był dobry człowiek. Matka kazała się uczyć po niemiecku, a ja nie chciałam. Mówiła, że jak będę znała język, to łatwiej będzie. A potem, po wojnie, byłam nauczycielką w szkole podstawowej tam niedaleko dworca w Bydgoszczy. Bardzo lubiłam uczyć, i dzieci też bardzo lubiłam, i myślę, że mnie też bardzo lubili, bo kwiatki dostawałam. A my tu wczoraj takie występy mieliśmy. Dzieci pięknie śpiewały, aż płakaliśmy.

Panie Bogusławie, pan koloruje.

- A co ja mam robić? Nie lubię tak bezczynnie siedzieć. Czasem lubię iść trochę poodśnieżać, dziś za ślisko jest. Nie mogę narzekać. Dobrze jest. Bardzo mi się tu spodoba. Najedzony jestem, a jedzenie jakie dobre. Jadła pani? Oprany jestem, umyty, wygodne łóżko. Fajno jest, ale istnieje takie coś jak tęsknota, proszę pani. Tęsknota do domu, do bliskich, to jest najgorsze. To czasem tak chociaż koloruję, żeby nie tęsknić tak i nie myśleć.

Magdalena Potulska