Jestem dość nieprzewidywalna, wpadam na szalony pomysł i go realizuję

rydzek
18.05.2017 09:51
A A A
Stworzymy grupę biegających kobiet, ruszających się, po prostu szalonych, mówi Agnieszka Cielepak

Stworzymy grupę biegających kobiet, ruszających się, po prostu szalonych, mówi Agnieszka Cielepak (Fot. KP)

Zawsze uśmiechnięta, zabiegana, szczęśliwa i spełniona w tym, co robi. Z niesamowitymi pomysłami na miłe i praktyczne spędzanie wolnego czasu przez dzieci i dorosłych. Do tego sportowiec, wolontariusz. O życiu, sportowej pasji i wolontariacie na rzecz chorych dzieci rozmawiamy z Agnieszką Cielepak z Serocka
Krzysztof Pardo: Opowiedz czytelnikom o sobie.
Agnieszka Cielepak: Urodziłam się w Szczecinie, gdzie mieszkałam przez chwilę. Potem wraz z rodzicami przeprowadziłam się w ich strony rodzinne - do Starego Jasińca. Tam mieszkałam do czasu ślubu. Do szkoły podstawowej uczęszczałam w Wudzynie, natomiast gimnazjum ukończyłam w Serocku, a liceum w Koronowie. Następnie była szkoła policealna o kierunku technik administracji. Studia w Bydgoszczy na UKW. Jednocześnie studiowałam pedagogikę wczesnoszkolną i przedszkolną. Potem podjęłam studia na kierunku pedagogika opiekuńcza. Ale to jeszcze nie koniec mojej edukacji. Jeszcze czeka mnie zarządzanie placówką oświatową w Bydgoszczy i AWF w Gdańsku. Oczywiście w trybie zaocznym.
Kiedy zaczęła się twoja przygoda ze sportem?
- Rozpoczęłam ją w wieku 7 lat. To w szkole podstawowej w Wudzynie śp. już Jacek Grześkowiak zauważył, że jestem zwinna, i widział we mnie dobry materiał na młodego sportowca. Będąc w II klasie, już jeździłam na wszystkie możliwe zawody, jakie były organizowane przez szkoły. Od lekkiej atletyki po piłkę ręczną. Rywalizowałam w biegach przełajowych i krótkich dystansach, także na szczeblu wojewódzkim.
W VI klasie przejął mnie Stanisław Schulz i zaczęłam reprezentować Serock na różnych imprezach. Tak zaczęła się powoli rozwijać, nazwijmy to, moja kariera sportowa.
Do Serocka przeniosłam się do gimnazjum. I tak pomału od tych najniższych szczebli wchodząc w czwartki lekkoatletyczne, kończąc na ogólnopolskich mitingach w Gdańsku. Startowałam także w zawodach w koszykówce, piłce nożnej dziewcząt, w ręcznej. Ale pierwszeństwo miała lekkoatletyka.
Jak to wszystko znosiłaś?
- Przyszedł taki moment, że należało wybrać jedną dyscyplinę. Mój dzień w gimnazjum wyglądał tak: wstawałam o 6 rano, jechałam do szkoły i po zajęciach zaraz treningi. O 15.30 u Andrzeja Ignaczaka trenowałam koszykówkę, a potem zaraz treningi la. Do domu wracałam o godzinie 20. Na dłuższą metę nie można było tak funkcjonować. Teraz biegam dla siebie i biorę udział w Olimpiadach Sportowców Wiejskich. Tam bardzo się mobilizuję. Te ostatnie w Chełmnie w ubiegłym roku były już czwarte w moim życiu. Na pierwszą pojechałam jako najmłodszy zawodnik gminy Pruszcz i zdobyłam pierwszy medal. To był rok 2004, w Więcborku.
Z ubiegłorocznych igrzysk przywiozłam 3 medale: bieg, koszykówka, piłka nożna dziewcząt. Tamte wcześniejsze moje medale były przede wszystkim z konkurencji lekkoatletycznych. System olimpiad jest tak ułożony, że nie jesteśmy w stanie być na wszystkich konkurencjach. Po prostu nie zdążymy z jednej dyscypliny na drugą. W tamtym roku ze stadionu trzeba było się udać na jakąś halę sportową, potem przebieranie w aucie i na kolejną dyscyplinę.
Sport sportem, ale powiedz, co robisz na co dzień?
- Jestem przedszkolanką w Osielsku, wychowawcą grupy. Oprócz tego pracuję z dziećmi niepełnosprawnymi, które mają autyzm. Mam własną firmę związaną z animacjami dla dzieci i prowadzeniem dla nich zajęć. Moja firma nosi nazwę Qukulina. Kiedy byłam w ciąży, to zrodził się pomysł, że mogę zrobić coś, co lubię robić, czyli pracować z dziećmi. To moje marzenie, bo taka praca daje wielką satysfakcję. To są ludzie, których ja mogę kształtować i dać im jak najwięcej od siebie. To poczucie odpowiedzialności za nich spowodowało, że zdecydowałam się to robić i robię to na co dzień. Oprócz pracy w przedszkolu spotykam się z dziećmi na różnych warsztatach, zajęciach plastycznych dla dzieci, jestem Ciotką Aguliną. Są zajęcia artystyczne, kulinarne czy nawet chemiczne. Również jako animator działam w wielu salach zabaw na terenie województwa. Zaczyna się sezon, więc niedługo zobaczymy się z wieloma osobami w plenerze. Zdarza mi się jeździć także do innych województw. Jeśli tylko dysponuję czasem, to w zasadzie nikomu nie odmawiam.
Skąd pomysł na "Kreatywne babki"?
- Ja, kreatywna babka, siedząc sobie w domu i myśląc, że mam grupę kreatywnych dzieci, stwierdziłam, iż chciałabym zrobić z ich mam też kreatywne babki. Po to, aby ich dzieci mogły trochę z tego również czerpać. Miejmy świadomość, że jeśli dziecko widzi swojego ambitnego rodzica, który ma swoje pasje, to też się otwiera na innych i czegoś ciekawszego dla siebie poszukuje. Ma radość, jeśli widzi uśmiechniętą buzię swojego rodzica. Tak sobie pomyślałam, aby wyrwać babki z domu,
żeby nie siedziały tylko między swoimi ludźmi, ale by mogły się nawzajem lepiej poznać. No i żeby otworzyły się na tę naszą wspólnotę, żebyśmy mogły naszej społeczności bardziej pomagać. Bo tak naprawdę, jeśli coś organizujemy, to przeważnie zawsze są te same osoby. Chcielibyśmy, żeby tych osób pomagających było więcej, a nie oceniających to, co robi reszta.
Miałyście już ciekawe spotkania w Serocku.
- Miałyśmy wizażystkę, która malowała dziewczyny, pokazywała, w jaki sposób prawidłowo się umalować, czyli zadbać o siebie, wykonturować twarz, by jeszcze bardziej uwydatnić swój wdzięk.
Na kolejnym spotkaniu był instruktor zumby. Najpierw się poznawałyśmy, rozmawiałyśmy, co robimy, a potem oddałyśmy się zbieraniu energii na wiosnę. Oczywiście w tańcu przez godzinę czasu zmęczone, spocone, ale szczęśliwe wychodziłyśmy z zajęć. Zumbę chcemy kontynuować, jeśli tylko znajdzie się grupa fajnych dziewcząt, a wierzę, że tak będzie. W maju odwiedzi nas stylistka, która opowie nam, jak dopasować do swojej sylwetki ubrania, aby pięknie wyglądać.
A w przyszłości?
- Na pewno będzie to trener interpersonalny, ponownie również wizażystki na prośbę kobiet, dietetyk, trener, który powie, jak ćwiczyć i dbać o siebie. Będziemy się starały wziąć udział w biegu "Szpilką w raka". Taki bieg ma promować akcję badań okresowych w kierunku wykrycia nowotworów. Mówiłam dziewczynom, że mają ruszyć swoje pupy, ćwiczyć i pobiegniemy jako kreatywne babki w sierpniu w koszulkach ze swoim logo. Musimy pokazać, że dla nas te kilka kilometrów to pestka. Stworzymy grupę biegających kobiet, ruszających się, po prostu szalonych.
Opowiedz o wolontariacie.
- Wolontariat zaczął się, jak byłam na studiach. Poznałam przez przypadek panie ze stowarzyszenia "Dr Clown". I tak zaczęłam chodzić do szpitali jako clown, z czerwonym nosem, m.in. do szpitala dziecięcego na ul. Chodkiewicza w Bydgoszczy. Chodzimy tam sprawiać dzieciom radość, wywołujemy u nich niekłamany uśmiech na twarzach. Skręcamy baloniki, bawimy się z nimi. Czytamy im także bajki, bo nie każde dziecko ma opiekuna przy sobie. Nie zawsze rodzic może być przez cały czas ze swoim dzieckiem. Potem zaczęłam również pomagać w sieci, m.in. zbieram pieniądze na "Siepomaga" dla dzieci z różnymi schorzeniami. Chciałam też pomagać dzieciom w inny sposób, bo boli mnie to, że wielu rodziców nie stać na drogie leczenie swoich pociech. Żeby miały możliwość godnie żyć i się leczyć. Takie działania rodzą również przyjaźnie na lata. Pomagając komuś, ja np. nawiązuję kontakt z osobami, dla których zbieram fundusze. No i dzięki temu zbliżamy się w jakiś sposób do siebie, zwierzamy się sobie. Niektóre dzieci są już aniołkami, ale pomimo to możemy się normalnie spotykać, taka rozmowa przynosi ulgę rodzicom tych dzieci, które odeszły. Satysfakcja ogromna. Lubię pomagać i robię to bezinteresownie, nie oczekując nic w zamian.
Ale mimo wszystko dostaję coś, tj. doświadczenie i to, że mam wielu nowych przyjaciół, no i to, że wiem o wiele, wiele więcej. Lubię pomagać, ale niestety niektórzy to wykorzystują. Bo moja naiwność to główna zła cecha. Trochę mnie to boli, bo robię to z całego serca, poświęcam niejednokrotnie czas, który bym mogła poświęcić swojej rodzinie. Także pieniądze. Niektórzy tego nie doceniają. Nie patrzą na to w ten sposób, że my coś wewnętrznie dajemy od siebie. A to jest dużo, bo przyjmując na swoją pierś to, że jakiś rodzic traci dziecko, dajemy mu wsparcie, walczymy wraz z rodzicem o każdą chwilę dla dziecka. Niejednokrotnie jesteśmy na telefonie w nocy i rodzic informuje nas, że jego dziecko ma ostatnie chwile życia.
To trudne.
Pamiętam swoje pierwsze wejście do szpitala dziecięcego. Była tam trzymiesięczna dziewczynka, która płakała, a nam nie pozwolono wziąć jej na ręce. Nie mogłyśmy tego zrobić, bo pielęgniarka powiedziała, iż nie wolno dziecka do tego przyzwyczajać. Zachowałam wówczas zimną krew, ale wracając autem do domu, po prostu całą drogę ryczałam, bo nie można tego inaczej nazwać. Sama mam przecież 3 dzieci.
Takie dziecko jest pozostawione samo sobie. Ta dziewczynka była dzieckiem porzuconym przez matkę. Wolontariat nie działa na takiej zasadzie, że idziemy, coś robimy i idziemy do domu. Takie sceny jak ta, którą opowiedziałam, przenosi się jednak na swoje życie osobiste. We wnętrzu aż się kłębi, kiedy człowiek pomyśli, że jesteś z kimś, a za chwilę otrzymujesz wiadomość, że tej osoby już nie ma.
Szykujesz jakieś publikacje sportowe.
- Pomału, pomału. To będzie niespodzianka i nie mogę na tę chwilę zdradzać za dużo szczegółów.
Będę pracowała nad dwiema publikacjami sportowymi. Jedna związana z lekką atletyką, druga natomiast z piłką nożną, tutaj, w naszej gminie Pruszcz. Myślę, że w najbliższym czasie wszystko się będzie pozytywnie rozwijać w tym kierunku. Takie prace potrzebują odpowiedniego czasu, to długi proces. Mogę tylko zdradzić to, że współpracuję ze Stanisławem Schulzem, kopalnią wiedzy o sporcie w naszej gminie oraz o Igrzyskach Sportowców Wiejskich. To moje kolejne, dodatkowe prace, które będą procentować za rok, dwa. Teraz - 17 czerwca - będziemy mieli u nas, w Serocku, międzypokoleniowe spotkanie "Pomorzanina Serock". W tym dniu będzie pokazana prezentacja, krótki zarys, jak powstał i działa od lat klub. A w następnym roku będzie piękny jubileusz 50-lecia klubu! Oj, będzie się wówczas działo, ale nie zdradzę planów. Wszystko w swoim czasie. Potem prezentacja będzie ogólnodostępna w sieci i każdy będzie miał możliwość jej obejrzenia.
Masz w ogóle czas dla rodziny, dla siebie?
- Mój dzień zaczyna się bardzo wcześnie, a ja jeszcze często lubię coś do niego dodać. Rano lub wieczorem biegam. Około godziny 5 zaczynam swoje poranne życie. Bieg, dzieci do szkoły odprawiam ja lub mąż - zależy, na którą godzinę muszę być w pracy. Kiedy wracam, wspólnie jemy obiad, bawimy się. Jak studiowałam, to wiele spraw musiałam nadrabiać w nocy, bo czas dla rodziny zawsze się musi znaleźć. Dzieci to kopalnia wiedzy. Obserwując je, uczymy się od nich bardzo wiele, między innymi cierpliwości, i nabieramy doświadczenia. A w zawodzie przedszkolanki szczególnie z tego czerpię. Moje dzieci dodają mi wiele energii. Córka praktycznie wszędzie ze mną jeździ, taka mała bizneswomen. Moi synowie też tak mają, że jak prowadzę jakieś zajęcia i mogę ich zabrać ze sobą, to oni także korzystają z tego, że nabierają nowych doświadczeń. Jakub ma 10 lat, Filip 7, a Lenka będzie miała 3 latka.
Masz w ogóle czas na dodatkowe hobby, oprócz biegania?
- Lubię piłkę nożną, jeżdżę na mecze, kibicuję Pomorzaninowi Serock, ale także innemu zespołowi, który mam nadzieję, wejdzie do IV ligi. Uwielbiam góry. Ogólnie na zewnątrz wygląda, że jestem szaloną dziewczyną, aktywną. Ale w gruncie rzeczy uwielbiam również taką najzwyklejszą samotność. Słuchawki na uszy i wyciszam się, uspokajam. Tego właśnie jest mi brak najbardziej. Pasje? Życie jest po prostu pasją. Jestem dość nieprzewidywalna, bo potrafię wpaść na jakiś szalony pomysł i zaraz go realizuję. Niedługo czeka mnie skok ze spadochronem. Życie jest od tego, by z niego korzystać. Nie możemy tracić czasu, nie zastanawiać się za dużo. Ja, pomimo swojego młodego wieku, przeszłam kilka załamań. Mogło być różnie. Po ostatnim razie stwierdziłam, że nie ma na co czekać. Trzeba brać życie pełnymi garściami, bawić się, dbać o to, co mamy najcenniejsze, rodzinę, przyjaciół, znajomych. Nie chodzi o jakieś wykorzystywanie, po prostu o bycie sobą. Jak jesteśmy dobrymi ludźmi, to dobro powraca.
Do mnie powraca i trzeba z tego korzystać, czego sobie i czytelnikom "Czasu Świecia" życzę!
Dziękuję za rozmowę.
KP

Zobacz więcej na temat:

Skomentuj:
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX