Kiedy spotkaliśmy się dwa lata temu nie myślałem, że następnym razem będę rozmawiał z pierwszym zimowym olimpijczykiem z naszego powiatu.
- Rzeczywiście udało się. Choć jeżdżąc w ekipie z Mateuszem Lutym, można było się tego spodziewać.
Ostateczna decyzja o tym, że jednak jedziecie na igrzyska, spadła na was jak bomba czy mówiło się o tym, że jest taka szansa?
- Spodziewaliśmy się tego. Do końca trwała walka o kwalifikację i punkty. Walczyliśmy na przykład z Rumunami, którzy w Korei zajęli ostatnie miejsce. Wiedzieliśmy, że prezentujemy od nich dużo wyższy poziom. Oni jednak mogli sobie pozwolić na starty w Pucharze Europy, my, z uwagi na zobowiązania sponsorskie, musieliśmy jeździć na Puchar Świata, gdzie rywalizacja była o wiele trudniejsza.
Zaczęło się od ślubowania.
- Wcześniej odbieraliśmy jeszcze sprzęt. Samo ślubowanie to podniosła uroczystość. Rozmawiałem z zawodnikami z innych krajów i okazuje się, że nie wszędzie się ono odbywa. Na Łotwie na przykład jest tylko konferencja prasowa.
Później przelot.
- Już w samolocie czuć było atmosferę igrzysk. Lecieli z nami Litwini, Skandynawowie. Za wizy służyły nam nasze akredytacje. Na lotnisku był punkt olimpijski, gdzie kierowano nas dalej. Wsiedliśmy do autobusu i po trzech godzinach byliśmy w wiosce olimpijskiej. Szokiem była dla nas temperatura. W Polsce jeszcze wtedy było na plusie, tam minus 20 stopni i do tego wichura. Byliśmy lekko ubrani, więc pokonanie 300 m do naszego bloku było nie lada wyzwaniem (śmiech).
Jak mieszkaliście w wiosce?
- Szczerze mówiąc, spodziewałem się czegoś innego. Były to kilkunastopiętrowe budynki z apartamentami. Moją uwagę przykuł fakt, że kuchnia zabezpieczona była folią. Pewnie po to, żeby za dużo nie poniszczyć, bo po igrzyskach były one przeznaczone na sprzedaż. Część rzeczy, pralnia, różne sklepiki zorganizowane były w namiotach. Dla bezpieczeństwa po terenie krążyło sporo policjantów. Stołówkę z kolei zlokalizowano w dużej hali sportowej.
Jaka kuchnia była serwowana?
- Z całego świata. Podobno w menu było 240 potraw.
Typowo polskie też?
- Na samej stołówce nie. Ale umówiliśmy się z youtuberem Krzysztofem Gonciarzem, który relacjonował igrzyska dla Eurosportu, i poszliśmy do takiego wielokulturowego namiotu, gdzie serwowano różne kuchnie. Był tam właściciel polskiej restauracji z Seulu i zjedliśmy u niego gołąbki.
Co smakowało panu z innych kuchni?
- Krewetki.
Pomiędzy przylotem a waszym startem w zawodach było sporo dni. Jak spędzaliście tam czas?
- Początkowe trzy dni dochodziłem do siebie z uwagi na różnicę w czasie. Szedłem spać o 23 wieczorem, a budziłem się już o 3 nad ranem. Zasypiałem znowu o 6, a o 8 już trzeba było iść na trening. Człowiek był bardzo rozbity. Później zaczęły się treningi formy fizycznej. W niełatwych warunkach, bo do dyspozycji mieliśmy tylko podziemny garaż. Nie było tam na przykład stadionu czy hali lekkoatletycznej, która nam jest potrzebna. Przyzwoita była tylko siłownia. Dalej ślizgi dwójkami. Takie dodatkowe, bo z uwagi na termin oddania obiektu piloci nie mieli możliwości odbycia ich w odpowiedniej liczbie. Wreszcie trzy dni przed zawodami intensywne treningi i start. Takie zupełnie wolne to mieliśmy w zasadzie dwa dni. Pojechaliśmy wtedy do drugiej wioski olimpijskiej. Poszliśmy nad Morze Japońskie, odwiedziliśmy targ rybny. Generalnie jednak mało wychodziliśmy poza nasz teren. Po pierwsze, byliśmy na igrzyskach, nie na wycieczce, więc musieliśmy być do dyspozycji sztabu szkoleniowego, po drugie, panował tam wirus powodujący problemy żołądkowe, więc niezalecane było opuszczanie wioski, po trzecie wreszcie, żywiąc się w niesprawdzonych miejscach, można było zjeść coś, co zawierałoby niedozwolone środki, a na kontrolę antydopingową kładziono w Korei duży nacisk.
Czy przed wyjazdem dostaliście jakieś wskazówki dotyczące kultury azjatyckiej, przestrzegania pewnych zasad obowiązujących w Korei?
- Oficjalnie nie. Ale zawodnicy, którzy byli w zeszłym roku na próbie przedolimpijskiej opowiadali, że widzieli plakat o symbolach czy gestach, które są tam nieodpowiednie. I mieliśmy zabawną sytuację. Koreańczycy słabo mówią po angielsku. Jechaliśmy taksówką, a kolega chciał zapytać ile płacimy. Pokazał popularny u nas gest pocierania kciukiem o palec wskazujący. Okazało się, że u nich złożone tak palce oznaczają serce, a pocieranie nimi sugerują kontakty damsko-męskie. Taksówkarz żachnął się i szybko odwrócił (śmiech).
Korea zaskoczyła pana czymś?
- Mrozem (śmiech). I autobusami, które wyglądały jak kawiarenki. Wszedłszy, można było sobie wziąć kawę. W oknach wisiały zasłonki, sufit był podświetlany, wnętrze kolorowe. Trochę kojarzyło mi się to z Bangkokiem. Z ciekawostek mogę jeszcze powiedzieć, że zwyczajem z igrzysk jest zabieranie na pamiątkę kołdry z wioski olimpijskiej oraz zbieranie pinów. To takie okolicznościowe przypinki do garnituru, które wymienia się z zawodnikami z innych krajów. Każdy z nas miał ich po 30. Jak przyjechali zawodnicy z Ghany to wszyscy rzucili się na nich, bo było ich tylko czterech, więc wiadomo, że pinów mieli mało (śmiech).
Start naszej reprezentacyjnej dwójki rozczarował. Czuliście przez to większą presję, że wasz wynik powinien być lepszy?
- Były nerwy i szukanie przyczyn. Przed startem czwórki może nasz pilot bardziej to odczuwał. Ja podszedłem do tego jak do każdego innego przejazdu.
Po pierwszym ślizgu zajmowaliście siódme miejsce. Pewnie nikt się tego nie spodziewał?
- Rzeczywiście. Ale to też duża zasługa naszej całej ekipy. Mechanik z trenerem spisali się znakomicie. Okazało się, że mamy idealną temperaturę płóz, co pomogło w pierwszym ślizgu. Do tego jechaliśmy z początkowym numerem startowym. Później było nieco gorzej, ale ostatecznie 13. miejsce to, porównując do przedolimpijskich występów, nasz naprawdę duży sukces. Ale pamiętać trzeba, że bobsleje to wypadkowa wielu czynników. Od numeru startowego począwszy przez sprzęt i odpowiednie jego przygotowanie aż po szczęście, bo wystarczy, że podczas zawodów zacznie padać śnieg i rezultaty od razu są gorsze.
Poznaliście innych polskich olimpijczyków?
- Oczywiście. Na co dzień wszystkich się spotykało. Skoczkowie narciarscy mieszkali dwa piętra nad nami, często posiłki jedliśmy razem. Łatwo było ich rozpoznać po gwarze góralskiej (śmiech). Bardzo pozytywne wrażenie wywarli na mnie Adam Małysz czy Apoloniusz Tajner. Poznałem wielu zawodników właśnie z południa Polski. Dużo rozmawiałem ze skoczkami, biatlonistami, saneczkarzami, biegaczami, szczególnie na temat realiów polskiego sportu. Kibicowaliśmy też sobie nawzajem.
Na tle innych dyscyplin w bobslejach jeszcze pewnie jest sporo do zrobienia?
- Rzeczywiście, wszystko rozbija się o pieniądze. Na pewno przydałby się lepszy sprzęt. Poza tym, nie da się utrzymać z trenowania bobslejów. Treningi trzeba pogodzić z życiem prywatnym i często pracą zawodową. Nie są one wtedy tak wydajne.
Ostatnio jednak coraz więcej mówi się o tej dyscyplinie sportu. Pierwszy raz od wielu lat udało się zorganizować mistrzostwa Polski.
- To zaczęło się cztery lata temu, po igrzyskach w Soczi. Wtedy powstał nasz związek, który odłączył się od Polskiego Związku Sportów Saneczkowych. Aktualnie na testy zgłosiło się kilkadziesiąt osób, już wyselekcjonowanych z jeszcze większej grupy. Na mistrzostwa Polski przyjechało pięciu pilotów, więc coś rzeczywiście się rusza. Zaskoczony jestem też oglądalnością naszych zawodów. Do transmisji na żywo z Korei zasiadł 1 milion 600 tysięcy widzów, co dało bobslejom 10. miejsce pod względem popularności. Sporo nas też wypytywali, np. Dariusz Szpakowski czy Włodzimierz Szaranowicz.
Na ten rok są jeszcze jakieś plany startowe?
- Nie, ja już sezon zakończyłem. W połowie marca wejdę w swobodny trening, będę powoli zwiększał obciążenia i przygotowywał się do następnego.
Zostaje mi więc jeszcze raz pogratulować sukcesu z Pjongczangu i życzyć powodzenia w przyszłym sezonie. Dziękuję za rozmowę.
Jacek Krzyżanowski