Jak na Kanadyjczyka ma pan bardzo polskie nazwisko.
Adam Skoczylas: Rodzice są Polakami, wyemigrowali w 1982 r., miałem wtedy zaledwie dwa latka. W Kanadzie się wychowałem, chodziłem tam do szkoły, studiowałem kryminalistę na wydziale prawa. Do Polski przyjechałem w maju 2004, gdy weszliśmy do UE. Poznałem moją przyszłą żonę w Toruniu i zostałem. Rodzice obstawiali, że wytrzymam tu tylko trzy tygodnie i wrócę do Kanady. Wróciłem, ale tylko na moment, aby zwolnić się z pracy i sprzedać samochód.
Początki były trudne?
A.S.: Na pewno nie były łatwo. Pamiętam, że wszedłem do sklepu i pytam ekspedientkę, "jak jej minął weekend i jak się czuje", bo to w Kanadzie standardowa forma grzecznościowa. A ona na mnie dziwnie spojrzała i odpowiedziała "dwa grosze reszty się należą" (śmieje się).
Od początku pobytu w Polsce pracował pan jako nauczyciel - native speaker.
A.S.: Nie. Na początku złożyłem papiery do Toruńskich Zakładów Opatrunkowych, poszedłem na rozmowę kwalifikacyjną i zostałem menadżerem do spraw inwestycji zagranicznych. Wytrzymałem tam trzy miesiące i się zwolniłem. Fatalnie się czułem w dużej korporacji, gdzie ciągle sprawdza się tylko sprawozdania i patrzy na deadline'y. Wtedy o szkole jeszcze nie myślałem, bo odstraszały mnie zarobki. Moja żona jest nauczycielką i wiem, z czym się to wiąże. Potem przez dwa lata zajmowałem się handlem tworzywami sztucznymi.
Jeden ze znajomych potrzebował nauczyciela w studium filologicznym, z kultury krajów anglojęzycznych. Zdecydowałem się na tę propozycję. Mimo że angielski znam dobrze, stwierdziłem, że muszę mieć jeszcze jakie podstawy pedagogiczne. Zrobiłem kurs językowy w Krakowie i zdałem egzamin, zdobywając certyfikat Celta, który upoważnia mnie do nauki angielskiego na całym świecie. Wysyłałem oferty do różnych firm, które chcą szkolić swoich pracowników z nauki języka obcego. Pracowałem m.in. dla Bonduelle, Nordzucker Polska, Ergis Wąbrzeźno. I takie były moje początki bycia native speakerem. Potem była też szkoła podstawowa i przedszkole.
Z tym przedszkolem słyszałam, że była dłuższa przygoda.
A.S.: Pracowałem tam osiem miesięcy, to była placówka anglojęzyczna, zresztą jedyna w Toruniu. Opiekowałem się maluchami przez osiem godzin dziennie.
Agnieszka Kądziorska, właścicielka Szkoły Językowej Elephant w Świeciu: Miałeś tam specyficzną rolę. Oprócz tego, że prowadziłeś grupę, byłeś osobą, która rozmawiała z nimi wyłącznie po angielsku.
A.S.: Trochę się dublowałem z polską opiekunką, bo ona mówiła to samo co ja, tylko że w języku dla nich ojczystym.
Spotkałam się ze stwierdzeniem, że jeśli dzieci uczy się mówić zbyt wcześnie dwóch języków, to nie radzą sobie ani z jednym, ani z drugim.
A.K.: Sama pytałam o to Adama. Okazuje się, po pewnym czasie dzieci nauczyły się zwracać do niego wyłącznie w języku angielskim, a do swojej pani w polskim.
A.S.: Kanada to jest kraj emigrantów, będąc tam, miałem możliwość obserwowania, jak radzą sobie z porozumiewaniem maluchy, które są w obcym kraju zaledwie tydzień, dwa. Co prawda, miały w szkole godzinę dodatkową języka angielskiego. Jednak najwięcej wiedzy przyswajały w sposób intuicyjny, ucząc się całych nowych wyrażeń. Jak taki kilkulatek chciał dostać piłkę na podwórku, obserwował, jak inny chłopiec podchodzi, mówi "let me see" i ją dostaje. Jak chciał znowu coś otrzymać, to powtórzył to całe zdanie. Po sześciu miesiącach mogłem się z takimi dziećmi normalnie bawić i komunikować. Wtedy się nad tym nie zastanawiałem, bo to było po prostu naturalne. Trzeba również pamiętać, że w Kanadzie do końca szkoły podstawowej nie ma praktycznie nauki.
Tam dzieci głównie się bawią. Do końca ósmej klasy mają w swojej sali obszar zabaw - dywan, gdzie mogą odpocząć, gdy czują się zmęczone. Mogą też w każdej chwili wyjść z klasy i zrobić sobie przerwę. W ogóle do domu nie ma niczego zadawanego. Prawdziwa nauka dopiero zaczyna się w szkole średniej.
To dla takich nastolatków może być wtedy spory szok.
A.S.: Nie, bo wiedza jest przekazywana w bardzo atrakcyjny sposób.
A.K.: I tam nie ma tak ściśle encyklopedycznej wiedzy.
A.S.: Nie ma. Dzieci są uczone, jak rozliczyć podatki, co trzeba zrobić, aby uzyskać kredyt na dom. Chcąc wybrać odpowiedni kierunek studiów, mogą przez pół roku nie przychodzić do szkoły, tylko odwiedzać wybrane przez siebie przedsiębiorstwo, aby zobaczyć, na czym polega specyfika danego zawodu. I to jest zaliczane jako okres chodzenia do szkoły średniej.
Brzmi świetnie, a ten system ma jakieś minusy?
A.S.: Nie ma. Człowiek kończy szkołę średnią i jest mniej zestresowany i bardziej gotowy na to, co go czeka w życiu. Jest pewien, czy chce iść na wybrane przez siebie studia, czy robić coś zupełnie innego. Każdy uczeń od dziewiątej klasy ma indywidualnego opiekuna, który patrzy, w czym dane dziecko jest dobre, które przedmioty mu dodać, a które odjąć. Tutaj w Polsce nie ma takiego podejścia do ucznia.
U nas jest ogólna tendencja, że wysyła się młodzież głównie do liceów ogólnokształcących. Jak to wygląda w Kanadzie?
A.S.: Nie ma podziału na szkoły techniczne, zawodowe i ogólnokształcące. Ale jak dziewczynka, która ma 16-17 lat, interesuje się szyciem ubrań, to jest robione wszystko w tym kierunku, aby mogła się o tym jak najwięcej dowiedzieć, spróbować. Na matematykę jest wtedy kładziony mniejszy nacisk. W Polsce wszyscy chcą iść na studia, bo wydaje im się, że będą mogli dobrze zarabiać w dorosłym życiu. Natomiast w Kanadzie można iść do zakładu produkcyjnego, stanąć przy taśmie i z wypłaty kupić piękny dom i utrzymać czteroososbową rodzinę. Tam nie każdy musi iść na studia.
Jakie są różnice w nauce języków?
A.S.: W Polsce zwraca się zbyt dużą uwagę na rzeczy, które nigdy się w życiu nie przydadzą. Któremu czwartoklasiście przyda się odmiana rzeczownika przez przypadki?
A.K.: Adam może to dobrze porównać, bo wychował się w Kanadzie, ale ma dwóch synów w polskiej szkole. Jeden uczy się w piątej klasie, a drugi w szóstej.
A.S.: W Kanadzie w szkole podstawowej, jeśli chodzi o gramatykę, nauczyłem się różnicy między rzeczownikiem, przymiotnikiem i czasownikiem oraz alfabetu. I sobie radzę, a nawet się na prawo dostałem. W szkole średniej nie było gramatyki, był za to przedmiot, który się nazywał dziennikarstwo. Tam można było pisać artykuły. Na kolejnych zajęciach uczyliśmy się pisać eseje. Jeden rok nauki był poświęcony Szekspirowi, czytanie go w oryginale wcale nie było łatwe. Nawet rdzenni Kanadyjczycy ze słownikiem przy tym siedzieli.
Widać, młodym Kanadyjczykom chce się uczyć, bo w Polsce z czytaniem przez dzieci lektur jest źle. Nastolatki wolą zapoznać się ze streszczeniem książki w internecie niż ją przeczytać.
A.S.: Nie można generalizować, Szekspira też nie wszyscy u nas czytali.
A.K.: Ja to się w ogóle dziwię, że jest on w programie nauczania.
A.S.: Tam czegoś trzeba uczyć, bo historia tego kraju ma zaledwie 150 lat, hymn i flaga w obecnej formie jest od 1964 r. Ludzie bardziej się interesują wynikami meczu bejsbolowego niż polityką. W Kanadzie od zawsze są dwie partie i niezależnie od tego, która rządzi, jest tak samo.
Mieszkańcy się nie buntują?
A.S.: Podatki są jedne z najwyższych na świecie. To sześciomilionowe państwo, a popełniane są tylko 42 morderstwa rocznie, podczas gdy w Nowym Jorku jest ich 1200. Ludzie jeżdżą równymi autostradami, mają darmową opiekę zdrowotną, to nie przeszkadzają im duże opłaty, bo stać ich, aby je płacić. W Kanadzie średnio obywatel oddaje połowę zarobków państwu i nikt się nie buntuje, bo widzi, co ma w zamian. Podam przykład: moi znajomi mają dziecko z porażeniem mózgowym, pięć razy w tygodniu przyjeżdża do niego opiekunka, prywatny bus zawozi go na zajęcia. Jest też gigantyczna pomoc finansowa od państwa w postaci 2 tys. dolarów miesięcznie. Nie trzeba się też martwić o środki higieny czy leki. Jak widziałem w telewizji dramat rodziców dzieci niepełnosprawnych protestujących w polskim Sejmie, to kanadyjskie wysokie podatki nie są takie złe.
Jak się pan znalazł w świeckiej szkole językowej?
A.S.: Dzięki poczcie pantoflowej. Właśnie zakończyłem współpracę z przedszkolem prywatnym. I chciałem kontynuować nauczanie w innej placówce.
A.K.: Mam szkołę językową od sześciu lat i od zawsze marzył mi się ktoś, dla kogo angielski jest językiem naturalnym, czyli native speaker. Miałem świadomość, że jesteśmy co prawda między Bydgoszczą a Toruniem, ale tacy specjaliści są tak zawaleni robotą, że nie mają czasu na pracę w prywatnych szkołach językowych i to jeszcze ukierunkowanych na dzieci. Dowiedziałam się o Adamie i jakoś udało mi się go do nas zwerbować. I tak razem pracujemy od września zeszłego roku. Dzieci na początku były zafascynowane nowym nauczycielem, który mówi tylko po angielsku. Ale potem zaczęły się ćwiczenia, a pan chciał od nich odpowiedzi, konwersacji. Cierpliwe rozmowy z rodzicami chyba sprawiły, że się udało. Mamy u nas takich uczniów, którzy po tych ośmiu miesiącach bez problemów rozmawiają z Adamem.
A.S.: Sam jestem w szoku, bo dzieci, które na początku września ledwie kilka słów były w stanie powiedzieć, teraz normalnie ze mną rozmawiają po angielsku. Choć trzeba przyznać, że miały solidne podstawy. Jednak jeśli na co dzień nie używa się języka obcego, to trzeba się przełamać, aby normalnie konwersować. Ogólnie uczniowie w Polsce cały czas poznają nowy materiał, a mają małe możliwości wykorzystywania tej wiedzy.
A.K.: Często takie dziecko nie ma wcale piątki z angielskiego w szkole, bo zapomni napisać jedną literkę na teście albo jest dyslektykiem i nauczycielka nie pamięta, że on potrzebuje więcej czasu na dane zadanie. Bo jest presja czasu, bo jest zmęczone na szóstej lekcji. Tutaj przychodzi, rozluźnia się przy okazji różnych gier i zaczyna mówić. Jak rodzic rozumie taką sytuacje, to dobrze, gorzej, jeśli myśli, że jak zapisze dziecko do nas na zajęcia, to od razu w szkole będą szóstki i piątki z angielskiego. Efekty na pewno się pojawią, ale może trochę później. Dzieci intuicyjnie wyczuwają, jaka forma językowa jest prawidłowa. Chłoną różnice. Widzą niuanse np. między brytyjskim a kanadyjskim angielskim.
A.S.: Podam taki przykład, jak zacząłem uczyć w Polsce, nie wiedziałem co to jest "trousers", bo na spodnie w Kanadzie mówimy "pants".
A.K.: Takich zabawnych sytuacji było więcej, bo ogólnie podręczniki do nauki angielskiego w Polsce są brytyjskie.
A.S.: Największa różnica jest w "have" i "have got". Denerwuje mnie, że nauczyciele w szkołach potrafią postawić dziecku niższą ocenę, bo zapomniało dopisać got. Tymczasem 500 milionów Amerykanów i Kanadyjczyków w ogóle nie używa formy "got".
W Polsce bardzo ważne dla rodziców są oceny ich dzieci w szkole.
A.S.: W Kanadzie w szkole podstawowej oceny są rzadko spotykane. Unika się wręcz oceniania. Jest system literowy, A jest najwyższe, D - się oblewa. Czy są oceny cząstkowe? Nawet nie pamiętam, abym w dzieciństwie interesował się swoimi ocenami. Tam jest ważne, aby umieć się zachować, potrafić myśleć, być w porządku do kolegów i nauczycieli. Ogólnie w Kanadzie ludzie są bardziej uśmiechnięci, mają większy luz. Jest mniej stresu. Sądzę, że podstawą tego jest dobra sytuacja ekonomiczna. Tam nigdy się nie zdarza, aby dziecko nie dostało promocji do następnej klasy w podstawówce.
Jak pan podchodzi do nauczania synów w polskiej podstawówce?
A.S.: Mam szczęście, że z żoną nie musimy poświęcać dużo czasu na ich naukę, a i tak mają świadectwa z czerwonym paskiem na koniec roku. Jeden trenuje też piłkę nożna, drugi ma zajęcia na basenie i z kick-boxingu, więc są mocno zajęci. Lekcje odrabiają sami.
Coś pana w Polsce zachwyciło?
A.S.: Jedzenie, od 14 lat tu jestem i nie mogę się nacieszyć polskim pieczywem. W Kanadzie jest okropne, niesmaczne są tam też wędliny.
Polska to w ogóle piękny kraj, zachwyca mnie toruńska starówka. W Toronto jest jeden bardzo stary dom, który ma 130 lat, i co roku jeździłem na wycieczki, aby go oglądać. Tymczasem w Toruniu niektóre kamienice mają po 450 lat.
A tradycje polskie?
A.S.: Rodzice je też kultywowali. W Polsce dużo jest katolików, tu wszyscy obchodzą święta. W Kanadzie tego tak nie widać, bo jest mnóstwo osób innych wyznań.
Brakuje mi w październiku Święta Dziękczynienia, gdzie je się indyka i ogląda cały dzień mecze bejsbolowe.
To można to święto przenieść na polski grunt.
A.S.: Zbliżone jest do niego 11 listopada, więc je obchodzę, a indyka zastąpiłem gęsią.
W Kanadzie rodzice boją się iść na mecz piłkarski z dzieckiem?
A.S.: Na meczach jest wyjątkowo bezpiecznie, kibice rywalizujących klubów siedzą obok siebie i razem piją piwo. Nie ma skłonności do przemocy, nie ma zabezpieczeń, ochrony. W Toronto na mecz bejsbola przychodzi 40-50 tys. osób i tam nawet jedna butelka się nie zbije.
Kanada to kraj emigrantów, jak wygląda tam tolerancja.
A.S.: Nie ma tam czegoś takiego jak nietolerancja. W Polsce mnie to wyjątkowo razi. Kanada przyjęła 30 tys. emigrantów z Syrii i tam z ich strony nie było żadnego wybryku chuligańskiego. Ze mną do szkoły chodziły muzułmańskie dzieci i daleko im było do terrorystów.
Ogólnie w Kanadzie są sami emigranci, tam rdzenni mieszkańcy to tylko Indianie i Eskimosi.
Dziękuję za rozmowę
Not. Katarzyna Rydzewska