Procesami o czary zainteresowała się Bożena Ronowska, mieszkanka Terespola Pomorskiego i doktorantka historii, historii sztuki i archeologii Uniwersytetu Gdańskiego. Dzięki sponsorom i publicznej zbiórce udało się jej wydać książkę „Czarownice Himmlera – z kartoteki procesów o czary”.

Dlaczego taki tytuł?

– Heinrich Himmler powołał specjalną komórkę SS, tzw. H-Sonderkommando. Na jego zlecanie w latach 1935–1944 powstał zbiór akt odnoszący się do tysięcy osób oskarżonych o czary – tłumaczy Bożena Ronowska. – „Kartoteka procesów o czary” jest bardzo obszerna, stanowi prawie 4 tys. jednostek archiwalnych. W mojej książce znajduje się materiał z 11. Jednostka to teczka, która w praktyce może zajmować nawet kilka metrów kwadratowych. Akta zawierają więc ogrom informacji – dodaje.

Niemcy dokumentację gromadzili bardzo skrupulatnie. W kartotekach były tabele. Wpisywano w nie imię i nazwisko ofiary, czyli potencjalnej czarownicy, wszystkie jej dane: kim była, jakie miała wyznanie, czy ksiądz był obecny przy skazaniu, czy miała rodzinę, jeżeli miała, kto do niej należał. Każda czarownica, do której dotarli ludzie Himmlera, miała swoją kartotekę. Oni po dokumenty udawali się osobiście. Niektóre akta, które gromadzili, były oryginalne, inne to fotokopie akt procesowych lub spisane protokoły z dokumentów.

Czego szukali Niemcy?

Po co Niemcy to robili, szukali swoich korzeni, interesowały ich tortury albo ezoteryka? – Moim zdaniem, jeżeli mieli imię, nazwisko, rok skazania i miejscowość, to w każdej chwili mogli odszukać ich potomków. Zakładając, że te osoby faktycznie były czarownicami i miały jakieś moce, to przecież ich dzieci też mogły je posiadać. Niewykluczone, że Niemcy chcieli zbadać, co w nich drzemie i jeżeli drzemie, to w nich to obudzić – mówi Ronowska.

Te tajemnicze akta znajdują się w zbiorach Archiwum Państwowego w Poznaniu. Zostały odnalezione przypadkowo w pałacu nad Jeziorem Sławskim w Sławiem, gdzie ukryto je pod koniec wojny.

Niewinne ofiary

– Temat procesów o czary w ostatnich latach przeżywa renesans – mówi doktorantka. – Czy to dobrze, czy źle, tego nie wiem. Każdy musi osądzić to we własnym sumieniu. Trzeba jednak zaznaczyć, że z procesów o czary na przestrzeni ostatnich lat zaczęto korzystać w sposób kontrowersyjny, traktować temat jako turystyczną atrakcję. Myślę, że to ostatnie jest najgorszym, co można było zrobić. Powstają różne pomniki upamiętniające rzekome czarownice, które zginęły na różnych terenach, w różnych miastach. Niestety, moim zdaniem, one po raz kolejny stają się ofiarami. Są uprzedmiotowione, są traktowane jako lepik na turystów – dodaje.

Według obliczeń Bożeny Ronowskiej w Polsce procesy o czary zaczęto prowadzić 90 lat później niż w Europie Zachodniej. – Z zebranych przeze mnie danych wynika, że na Zachodzie znaczny wzrost oskarżeń o czary zaczął się w 1570 r. Trwało to do 1630 r. – tłumaczy badaczka. – W 1660 r. tendencja ta dotarła do Polski. Proceder zaczął wygasać u nas dopiero w 1720 r. W 1776 r. wprowadzono prawny zakaz skazywania ludzi za czary – dodaje.

Kogo oskarżano? – Każdy mógł stać się ofiarą oskarżenia, choć były to głównie kobiety – wyjaśnia Bożena Ronowska. – Wynikało to głównie z niższego statusu kobiet w ówczesnym społeczeństwie. Według światowych badań naukowców kobiety stanowiły 75 procent skazanych, mężczyźni – 25 procent. Z moich badań wynika, że w 10 procentach byli to mężczyźni, reszta to kobiety. Ułamek procentu to dzieci i zwierzęta – dodaje.

Szlachciców uniewinniano

Oskarżycielami były osoby z najbliższego otoczenia: sąsiedzi, krewni. – Najczęściej o czary oskarżano ludzi pochodzenia chłopskiego i z niższych warstw mieszczańskich – mówi Ronowska.

– Znalazłam też dokumenty dotyczące procesów, w których oskarżenia dotyczyły szlachciców, które kończyły się jednak ułaskawieniem. W tamtych czasach szlachta miała własne sądy, inne sądy mieli chłopi, inne duchowni. Jeżeli w aktach są jakieś odwołania do paragrafów, to przeważnie dotyczyły one prawa magdeburskiego i jego pochodnych, u nas szczególnie było to prawo chełmińskie – dodaje.

Zarzutami, jakie stawiano domniemanej czarownicy na Zachodzie, były udziały w sabatach, czyli parodiach mszy, kontakty intymne z szatanem oraz zabijanie dzieci w trakcie sabatów. – W Polsce mamy do czynienia z bardziej przyziemnymi oskarżeniami – wyjaśnia Ronowska. – Chociaż w zeznaniach też pojawiają się oskarżenia o oddawanie czci diabłu i kontakty intymne z szatanem. Najczęściej jednak oskarżano o powodowanie szkód na życiu i zdrowiu ludzi oraz zwierząt – dodaje.

Zaklęty krąg

Żeby kogoś skazać potrzebne były zeznania dwóch świadków lub powołanie (wskazanie) podczas tortur. – Osoba torturowana mówiła na przykład „Kowalczykowa była ze mną na Łysej Górze” – tłumaczy autorka. – I jeżeli pojawiło się jeszcze jedno oskarżenie tej kobiety, automatycznie Kowalczykowa też była stawiana przed sądem. Niejednokrotnie od razu ją przyprowadzano i też była torturowana. Jeżeli Kowalczykowa powiedziała „Michał Kowaluk był też ze mną” i jeżeli u drugiej osoby takie oskarżenie się również pojawiło, Kowaluka stawiano przed sądem. To był zaklęty krąg. Torturowano ludzi, wyciągano siłą zeznania. Wręcz wymuszano, żeby powiedzieli jakieś nazwiska. Oni wypowiadali nazwiska, bo nie mogli znieść cierpienia – dodaje.

Wokół narzędzi tortur powstało wiele mitów. – Proszę nie słuchać, jak ktoś będzie opowiadał, że czarownice były torturowane na najeżonych kolcami krzesłach albo na żelaznych dziewicach – mówi Ronowska. – Takie narzędzia można zobaczyć w filmach, w Internecie. W swojej książce opisuję w jaki sposób w XIX w. wykrzywiona została historia czarownic. Te osoby po raz kolejny padły ofiarą manipulacji. One zostały użyte do tego, żeby pokazać, że XIX w. jest cudowny, światły. W tym celu wyprodukowano masę narzędzi tortur, które nie są prawdziwymi. Na podstawie akt, które wykorzystuję w mojej pracy doktorskiej, mogę powiedzieć, że na Pomorzu Nadwiślańskim, bo nim się zajmuję, tortury nie były tak wymyślne. Zwykle czarownice były albo rozciągane na drabinie, albo na ławie, albo stosowano tzw. wahadło. Wahadło było wykorzystywane najczęściej. Dlaczego? Wystarczył sznur i gałąź drzewa. Jak sąd jechał na sesję wyjazdową, na przykład do Morzeszczyna, to tam nie było żadnej izby tortur. Brano powróz, przerzucano przez gałąź, związywano ręce z tyłu i podciągano człowieka do góry. Mało tego, bardzo często do kostek były przywiązywane ciężary, zwykle był to kamień z łańcuchem lub sznurem. Dozwolone były trzy serie tortur – dodaje.

Czarownice nie tonęły

Tortury stosowano do wymuszenia zeznań. Przez jakiś czas wykonywano na przykład próbę wody. Podejrzanego rozbierano do naga, wiązano i wrzucano do jeziora lub rzeki. Uważano, że czarownice nie topią się. Osoby, które utonęły, były niewinne. Osobę, którą uznano winną, palono na stosie. Wszystkiemu przyglądali się pozostali mieszkańcy. To było widowisko. Ludzie to akceptowali.

– Moja teza jest taka, że warunkiem do zaistnienia procesów o czary był fakt, że cała grupa społeczna: oskarżony, sąd, oskarżyciel, świadkowie i inni musieli wierzyć w istnienie czarów – mówi Ronowska. – Ludzie musieli też w tamtych czasach praktykować czary, chociaż było to zabronione, bo było uznane za diabelskie – dodaje.

Najwięcej wyroków w Nowem

Badaczka w analizowanych aktach odnalazła dane 450 skazanych za czary osób. W dokumentach znajdują się ich imiona, nazwiska, daty procesu oraz miejscowości. – W naszym regionie najwięcej procesów odbyło się przed sądem miasta Nowego, bo aż 49. Sąd nowski wyjeżdżał do innych wsi, np. w Grucznie skazano 3 osoby. Bardzo dużo procesów o czary odbywało się w Łobżenicy, Fordonie i w Bydgoszczy. Mówimy oczywiście o aktach, które się zachowały. Tak naprawdę nie wiemy, ile ich było. Z pewnością było ich więcej – mówi Ronowska.

Publiczna zbiórka

Podczas jednej z kwerend w Archiwum Państwowym w Poznaniu doktorantka znalazła, jak się potem okazało, niezwykle wartościową teczkę. Były w niej ryciny przedstawiające tortury czarownic. Najwartościowsze są te, pochodzące z XV w. Chociaż znalazły się w niej również ryciny z XVI, XVII, XVIII oraz XIX w. – Jak je zobaczyłam, od razu pomyślałam, że zrobię wszystko, by pokazać je światu. Wiele z nich było już znanych, ale są też takie, które zostały utracone po II wojnie światowej i dopiero teraz przywracamy je kulturze – mówi badaczka.

Pojawił się pomysł, by wydać książkę. Znaleźli się sponsorzy, ale kwota, jaką oferowali, nie wystarczała na publikację. Ogłoszona została publiczna zbiórka na internetowym portalu „Polak Potrafi”. Warunkiem było nakręcenie promocyjnego filmu. – Tematem zainteresowali się profesjonalni filmowcy – mówi Ronowska. – To było bardzo pracochłonne zajęcie, a oni podeszli bardzo profesjonalnie do tematu. Kręcenie filmu zajęło kilka tygodni. Byli aktorzy, dwóch reżyserów, trzech dźwiękowców, cztery kamery. Ujęcia były robione z różnych perspektyw, w plenerze, w archiwum. Nie chcieli pieniędzy. Nagrodą za ich poświęcenie była książka – dodaje.

Jednocześnie trwały prace przy cyfryzacji ponad tysiąca odnalezionych rycin. 193 znalazły się w książce. By wypromować pomysł, został utworzony fanpage na Facebooku. Na szeroką skalę zakrojona była też kampania w prasie, w radiu i w telewizji. Patronat nad projektem objął m.in. „Czas Świecia”. – Chcieliśmy zebrać 8 tys. zł – tyle nam brakowało. Wsparcie przekazało 117 osób. Zebraliśmy więcej niż oczekiwaliśmy, bo aż 10 191 zł. Przy okazji znaleźli się kolejni sponsorzy. Dzięki temu mogliśmy zwiększyć nakład i włożyć do książki mapę – mówi autorka.

Książka „Czarownice Himmlera – z kartoteki procesów o czary” została okrzyknięta bestsellerem na Międzynarodowych Targach Książki w Krakowie.

DOROTA HABEL