W spotkaniu uczestniczyli między innymi byli uczniowie i absolwenci II LO. Jego pomysłodawczynią była jedna z takich osób, nauczycielka ze szkoły w Jeżewie Jolanta Piekarska. Jak można było dowiedzieć się z przygotowanej przez nią prezentacji, w latach 1939-1941 zostało zesłanych około 320 tys. osób. Część z nich z różnych powodów nie wróciła do Polski. Dopiero ustawa z 1917 roku stworzyła warunki dla liczniejszego powrotu Polaków z Kazachstanu. Obecnie liczba osób pochodzenia polskiego w Kazachstanie sięga 40–100 tys. W latach 2001–2017 w wyniku repatriacji osiedliło się w Polsce 6579 osób. Jak podkreślała Jolanta Piekarska: – Chcemy tymi opowieściami przygotować nasze serca i umysły na powrót rodaków z Kazachstanu do ojczyzny. Uważam, że my, Polacy, mamy moralny obowiązek przyjąć repatriantów. „Lekcja dla rodaka” jest jednocześnie głośnym apelem o stworzenie warunków dla przyjęcia jakiejś rodziny w gminie Jeżewo. W ostatnim czasie, dzięki rządowemu programowi, jest to bardziej realne niż kiedykolwiek wcześniej – podkreśliła.
Spotkanie uświetniły występy młodzieży, czytającej fragmenty książki, a także poezji, której autorką jest Borucińska. Niezwykłej oprawy wydarzeniu nadały również występy wokalne. Na zakończenie pani profesor została obdarowana bukietami kwiatów od absolwentów oraz od organizatorów.
Jeżewska szkoła jest jedyną w Polsce, gdzie „Lekcja dla rodaka” została przygotowania dla całej społeczności gminnej, a nie tylko dla uczniów.
Natomiast gmina Jeżewo jest jedną z nielicznych gmin, które zainteresowały się procedurą przyjmowania repatriantów. Organizatorem spotkania był Gminny Ośrodek Kultury w Jeżewie. Zakończyło się ono tradycyjnym poczęstunkiem przy kawie.
TO NIE BYŁO ŻYCIE, TO BYŁA WEGETACJA
Pani dr Krystyna Borucińska ponad sześcioletnią zsyłkę do Kazachstanu opisała w książce „Tamta rzeczywistość. Zsyłka 1940-1946”.
Wiadomo, co było przyczyną zsyłki?
– Mój ociec w 1939 roku został powołany do wojska. Niestety, poległ już 21 września. Miał wtedy zaledwie 43 lata. Wcześniej, w latach 1918-1920, był uczestnikiem walk w obronie Kresów Wschodnich. Za to właśnie cała nasza rodzina uznana została za wrogów władzy radzieckiej i z tego powodu zostaliśmy zesłani.

Pamięta pani tę sytuację?
– Ja byłam wtedy niespełna dwuletnią dziewczynką. Potem, jak podrosłam, nieraz wspominałyśmy wszystkie te wydarzenia z mamą i siostrą.
To było w nocy 13 kwietnia 1940 roku. Przed dom dziadków, gdzie mieszkaliśmy, zajechała furmanka. Siedzieli na niej tacy z karabinami. Rewizja. „Sobirajsia! Bieri dietiej. Takoj prikaz…” – tak mówili.Nie było możliwości, żeby gdzieś uciec ani pomocy u sąsiadów szukać. Kazali się szybko zbierać. Zerwana ze snu nie do końca wiedziałam, co się dzieje.
Powodziło nam się bardzo dobrze. Ten cały nasz majątek mama zmieściła w kilku tobołkach. Jakieś prześcieradło, pierzyna, poduszka. My byliśmy małymi dziećmi, mama głównie o nas myślała. No i tak tą furmanką nas i jeszcze jedną rodzinę przewieźli na stację kolejową.
Co było na tej stacji?
– Duży, długi, bardzo długi pociąg stał. Składał się z wagonów bydlęcych. Upychano tam nas po czterdzieści, a czasem to i nawet po siedemdziesiąt do jednego wagonu. Przed wejściem sprawdzono nas dokładnie. Mieli listy i wiedzieli, kogo i dokąd deportować, wywieźć. Ta podróż trwała kilka tygodni. W tym czasie właściwie pokończyła się cała żywność. Wywieziono nas aż na stepy nad Irtyszem. Tam były potrzebne ręce do pracy. A ta praca miała doprowadzić do śmierci. Takie było założenie władz stalinowskich. I zaczęło się.
Co się zaczęło ?
– Kazali nam wysiadać w takiej małej osadzi Pawłodar nad Irtyszem, taka strażnica tam była. Kazali nam przesiadać się na barki. Płynęliśmy dalej i dalej. Krajobraz się zmieniał. Drzewa tylko były i jakieś krzewy, aż wreszcie daleko na stepie kazali nam wysiadać. Tam czekały furmanki zaprzężone w byki. A te byki to były tak słabe, że ci, co to mieli jechać na tej furmance, schodzili i pomagali ciągnąć. A taki Kazach skośnooki to jeszcze popędzał i poganiał. Po jakimś czasie dojechaliśmy do osady, gdzie mieszkali Kazachowie.
Jak was przyjęli?
– Kazachowie byli bardzo wrogo do nas nastawieni. Pamiętam taką sytuację i potem jeszcze po latach ją wspominaliśmy często. Tam były same kobiety i dzieci. Mężczyźni walczyli albo, tak jak mój tata, już nie żyli. Wraz ze mną był trochę starszy braciszek i trochę starsza siostra. Takie biedne te kobiety, jak moja mama, głodne, byle jak ubrane, z gromadką dzieci. Widok straszny i na taki właśnie widok niektóre tamtejsze kobiety płakały. To był tak straszny obraz nędzy i rozpaczy.
Na początku mieliśmy miejsce razem z owcami. Tam były takie wodopoje dla owiec. Trochę siana, trochę słomy, do tego odchody, krew po dopiero co nowo narodzonych jagniętach. Ale to jeszcze nie było najgorsze.
To nie było najgorsze…
– Robactwo nas oblegało: wszy, pluskwy, myszy i szczury i wszystko naraz. To robactwo i choroby to było najgorsze. Miałyśmy z siostrą takie włoski dłuższe. Nawzajem tak sobie ściągałyśmy te gnidy, iskaniem to nazywałyśmy. Ale tego były całe sznureczki. To i tak nie pomagało. Wszawica panowała straszna. Głowa swędziała, to drapałaś, jak drapałaś, to czasem tak aż do krwi. Jak pojawiała się krew, to wszy tę krew spijały. To było takie błędne koło. Pamiętam, jak strasznie płakałam z bólu i bezsilności. Wreszcie mama nam obcięła te włosy. Pamiętam moją głowę całą w strupach.
Jakie najczęściej dopadały was choroby?
– Ogromne ilości tego robactwa i komarów wywoływały u wielu z nas malarię. To było coś okropnego, nie do opisania. Nie było przykrycia chociażby, a to gorączka wysoka. Nie było lekarstw absolutnie. Mnóstwo ludzi, a zwłaszcza dzieci, tego nie przeżywało. Zaraz na początku jak tam dotarliśmy, to wielu zmarło na czerwonkę. To była tak ogromna zmiana trybu życia, a przede wszystkim jedzenia, że organizmy sobie z tym nie radziły. Wtedy też zmarł mój brat. My z siostrą jakoś sobie dawałyśmy radę. Jednak siostra bardziej chorowała, ale ona to też tak z tęsknoty, z żalu. Miała porównanie między tamtym życiem a tym. Do tego u kobiet zaczęły się porody. My tak kilka miesięcy już w tej tułaczce byliśmy. Niektóre zabierali w ciąży. Niektóre dopiero gdzieś na trasie orientowały się, że spodziewają się dziecka. Weź tu przyjmij na świat dzieciątko w takich warunkach. Wszystko przeraźliwe brudne. Właśnie te mamy zaczęły pierwsze działać. Zaczęły walczyć same o siebie i o te dzieci. W ślad za nimi szły inne. Zaczęły budować ziemianki. To takie doły na około 80 cm do metra głębokości, na szerokość ile się ukopało, tyle było tej przestrzeni do życia. Na dnie to było tarniną wyłożone. Tam dookoła były takie fermy olbrzymie. Co tam się udało ugorować, to się tam znosiło. Łatwo nie było, bo kontrola wszędzie. Kobiety i starsze dzieci pracować musiały.
Co robiliście na tych fermach?
– Trzeba było paść owce na stepie. Dostawało się przydział, na przykład dwadzieścia owiec, i trzeba było ich dopilnować. Ale ten step był ogromny, w dodatku latem, w piekącym słońcu, od rana. Skwar nie do wytrzymania i ani kawałka cienia. Te owce beczały i uciekały w różne części stepu w poszukiwaniu cienia. A ich liczba musiała się u wszystkich zgadzać. Na szczęście było o tyle dobrze, że my tam sobie pomagaliśmy i jeden drugiemu ukradkiem tych owiec doglądać pomagał. Ale tam też wszyscy wszystkich kontrolowali. Rygor był ogromny i bardzo trzeba było uważać. Z tych owiec to też dla nas był taki pożytek, że z nich była wełna. W dodatku to były merynosy i miały bardzo grubą i długą sierść. Cały strój nasz, łącznie z obuwiem, mieliśmy właśnie dzięki tym owcom. Dwa patyczki gdzieś tam zawsze się znalazło, no i zawsze te mamy nam zrobiły odzienie.
Ale też mama musiała owce strzyc, to ciężka robota. Narzędzia tępe bardzo były. Owce się wyrywały, trzeba im było związać nogi, położyć na takich deskach. Dla jednej wątłej kobiety to było trudne. Trzeba było dużo siły, ręce niewprawione, robiły się pęcherze, rany straszne, krew wymieszana z ropą, takimi rękoma trzeba było strzyc. Trzeba było normy wyrobić. Tam wszystko specjalni brygadierzy sprawdzali. Nas to tak rzucano tam do roboty w zależności od pory roku i potrzeby. Nad Irtyszem, nad rzeką, też nam kazano pracować.
A tam co robiliście?
– Tam taki ogrodnik nauczył nas uprawiać warzywa. On to w ogóle mnie jakoś tak polubił. Za rączkę wszędzie z nim chodziłam. Ja się tam nauczyłam uprawiać pomidory. Tam, nad tą rzeką, przy takim słońcu rosły ogromne, piękne warzywa. Wydawałoby się, że to rajski ogród i tak to wyglądało, ale nam oczywiście nic nie wolno było wziąć. Wydawało się, że w takim miejscu, gdzie właściwie jedzenia jest pod dostatkiem, nikt nie będzie głodował. Oczywiście było inaczej. Tam panowało takie jedno przesłanie: „Nie ukradniesz, nie przeżyjesz”, innej drogi nie było. Ja bardzo szybko się wyszkoliłam w kradzieży. Kradliśmy absolutnie wszystko, specjalizowały się w tym dzieci. Byłam bardzo ruchliwa, szybko biegałam i nim się ktoś obejrzał, to ja już zerwałam jakieś warzywo i gdzieś tam pod paszkę wsadziłam i w nogi. Pod taką strzechę się to upychało. Dopiero wieczorem ukradkiem gdzieś można było to zabrać.
W którymś tam roku mama od UNRR-y, to była taka pomoc dla zesłańców, od Amerykanów, dostała taki żołnierski strój. Był taki fajny, bo on miał wszędzie kieszenie i ona wszędzie w te kieszenie po cichu warzywa chowała. Tam też rosła lebioda i razem z innymi roślinami się gotowało z tego taką zupę. W rzece były wspaniałe ryby i nawet ja pamiętam, że sprytnie i oczywiście po kryjomu je łowiłam.
Co się dalej działo z tymi warzywami czy z tą wełną?
– Wszystko to było wysyłane na front. To wszystko dla żołnierzy radzieckich było. Za jakąkolwiek kradzież czy sabotaż wielkie kary groziły. Więzienia, zsyłki na jeszcze gorsze roboty albo do łagru. To nie tak, że cię zabiją i masz spokój. Trzeba było się tam nauczyć tak żyć, aby przetrwać.

Dzieci były jakoś specjalnie traktowane?
Te kilkuletnie to już pracowały. Te malutkie często same zostawały albo biegały dookoła po terenie. Pamiętam nawet, że kiedyś przyjechali Rosjanie i oni chcieli do ochronki wziąć te dzieci, mówili tym mamom, że one tam będą miały dobrze i jedzenie, i ciepło. Niektóre dawały się na to nabrać. Moja mama tupnęła nogą i powiedziała: „nie, moje dzieci będą tu ze mną i nikomu ich nie oddam”. Ci, którzy godzili się na te ochronki, już potem nie wydzieli ich nigdy. One były rusyfikowane, nie miały prawa powrotu do Polski, bo inne dokumenty już miały. Właściwie dwóch rzeczy nie wiadomo: ilu ludzi tam zmarło, ale to były tysiące, i ile dzieci urodziło się Polakami. Rodzice oddawali je tak łatwowiernie, oddawali pod tę niby opiekę. W tej samej chwili te dzieci traciły polskość. Mówiono im, że ich rodzice nie żyją. Były wywożone do pracy albo na front i słuch po nich ginął.
Sporo pani pamięta z tamtych czasów...
– Mieszkałyśmy potem w takich barakach, niezbitych dobrze. Mróz, śnieg, deszcze, wiatr – to wszystko mieliśmy w środku. Zimno było strasznie. Tam był taki piecyk prowizoryczny. Paliło się tym, co się znalazło, suchą trawą, słomą. To trzeba było już od lata zorgować [gwarowe: gromadzić zapasy, oszczędzać – red.]. Tylko tyle było tego ciepła co w tym piecyku. Tak aby tylko trochę ręce ogrzać. Na ścianach to i tak był śnieg i mróz. Ja pamiętam do dziś, jak te mamy szły do pracy, to wszystkie dzieci układały koło siebie. Wszystkimi łachami, jakie były, nas przykrywały i tak całymi godzinami, w takim letargu, po cichu, po ciemku leżeliśmy. Czasem na takie okienko chuchałyśmy, aby choć trochę zobaczyć. A drzwi to do wewnątrz się otwierały, żeby można było jakoś się wyczołgać i odkopać wyjście, tyle było tego śniegu. Sześć lat jakoś trzeba było wegetować, bo to życie nie było. Ludzi było coraz mniej.
Pani udało się przeżyć…
– Tak. Bardzo niewiele takich bezpośrednich świadków tego zesłania pozostało. Dlatego też po latach postanowiłam napisać książkę o tych strasznych czasach: „Tamta rzeczywistość. Zsyłka 1940-1946”. Znajduje się w niej i proza, i moje wiersze. Część z tego to wspomnienia, które mama opowiadała. Mimo że byłam małą dziewczynką, to i tak dużo pamiętam.
Wróciliśmy ostatnim transportem, w maju 1946 roku. Ale to jeszcze trzeba było mieć prawo wrócić do ojczyzny. Nie wszyscy je mieli. Na przykład młode dziewczyny powychodziły za Rosjan albo za Kazachów, bo myślały, że będą miały lepiej. Nie zawsze tak było. Jak się pojawiła możliwość powrotu, część z nich też chciała, ale one nie miały tej możliwości. Niektóre decydowały się na ucieczkę. Jednak większość zostawała przy mężu. Czasami takie spotkania zesłańców są organizowane. Wówczas czasem wspominamy. Kiedyś jednego Kazacha zapytałam, co tam teraz jest. Kolej puścili. Magdalena Potulska