Krzysztof Pardo: Pochodzisz ze Świecia, tu się uczyłeś…
Radosław Anasz: – Od urodzenia mieszkam w Świeciu. Tu się wychowałem, tutaj mam swoich przyjaciół, spośród których, jak to w życiu bywa, część porozjeżdżała się po świecie, by podążyć własnymi ścieżkami. Mamy ze sobą kontakt, jak jest czas, to staramy się ze sobą widywać. Swoją przygodę z nauką zacząłem równo dwadzieścia lat temu w Szkole Podstawowej nr 1 im. Wojska Polskiego – nie tak dawno, bo w 2016 roku obchodziła stulecie istnienia. Potem przyszła pora na Gimnazjum nr 1 im. Ziemi Świeckiej – obecnie Szkoła Podstawowa nr 2. Następnie ukończyłem Technikum Gastronomiczne w Zespole Szkół Ponadgimnazjalnych także w Świeciu, ale jak widać, nie gotuję. Wybrałem inną drogę. Pięć lat temu dostałem się na Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu na wojskoznawstwo, a w czerwcu tego roku, w rocznicę wydarzeń radomskich 1976 roku obroniłem pracę magisterską pod opieką profesora Jarosława Kłaczkowa pt. „Poezja i gitara. Motywy patriotyczne i historyczne w muzyce”. Praca obejmuje, jeśli można to tak nazwać, krótką historię muzyki (takie tam 40 lat) w Polsce, od wymienionej daty po czasy współczesne.
Od kiedy interesujesz się historią, to tradycja rodzinna?
– Od kilkunastu lat. Wszystko zaczęło się pod koniec szkoły podstawowej. Około V-VI klasy. Znałem mniej więcej najważniejsze daty historyczne, przywódców, ale chciałem wiedzieć więcej. Potem przyszło gimnazjum. Tu już bardziej zacząłem się interesować przyczynami, gdzie, jak i dlaczego? Żeby tak cudnie nie było, powiem tylko tyle, że orłem w nauce nigdy nie byłem. W gimnazjum bardziej interesował mnie XX wiek. Poprzednie epoki też pewnie były i nadal są interesujące, ale mnie najbardziej ciągnęło do tego okresu. I tu chciałbym z całego serca podziękować mojej nauczycielce – pani Kasi Pikor, która rozbudziła we mnie jeszcze większą chęć poznawania i odkrywania historii. Dla mnie zawsze pozostanie numerem jeden w nauce tego przedmiotu. W technikum było z tym trochę słabiej.
Nie dlatego, że mi się nie chciało, tylko nasz nauczyciel jakoś nie bardzo się garnął do przekazania nam wiedzy. Trochę szkoda, ale z drugiej strony nauczyłem się jednej rzeczy: „Umiesz liczyć? Licz na siebie”. Wygrałem też dwa razy konkurs historyczny „Krąg” i raz konkurs na temat życia Jana Pawła II. Więc chyba nie tak źle. A czy to tradycja rodzinna? Raczej nie. Nikt z mojej rodziny specjalnie się historią nie interesował. Z wyjątkiem może wujka, brata mojej mamy, który skończył historię na Uniwersytecie Warszawskim. Poszedł jednak inną ścieżką, został strażakiem. W sumie zabawna trochę historia. Od strony taty wszyscy byli żołnierzami, a od mamy strażakami.
Stąd wojskoznawstwo?
– Może coś zostało po mundurowej rodzinie. Chciałem iść na historię, ale miałem paru kolegów, którzy studiowali właśnie ten kierunek. Zacząłem pytać, czy to coś powiązanego z historią. Okazało się, że historii jest bardzo dużo, ale dochodzą do tego ćwiczenia na poligonie, sztuki wojenne różnych epok, np. średniowiecza, munduroznawstwo, militarne aspekty II wojny światowej czy konflikty lokalne po 1945 roku. To tylko parę przedmiotów. Wyglądają na ciężkie, ale da się przeżyć. Oczywiście trzeba to lubić, trochę też dać z siebie, ale nigdy nie narzekałem na wybór kierunku.
Na studiach poznałem bardzo wielu ciekawych ludzi, z którymi do dziś utrzymuję kontakt i się widujemy, jeśli czas na to pozwala. Zobacz jak się złożyło: 20 lat temu zacząłem swoją przygodę z nauką, a obroniłem się w osiemdziesiątą rocznicę wybuchu II wojny światowej i w sześćdziesiątą powstania polskiego rocka.
Mówisz, że najbardziej interesuje cię XX wiek.
– Szczególnie jego druga połowa. Pisałem licencjat na temat Żołnierzy Antykomunistycznego Podziemia Niepodległościowego na Kujawach i Pomorzu. Ktoś może powiedzieć, że to jest teraz na topie, ale wyobraź sobie, że o tych ludziach zapomniano na 50 lat. Nie wszyscy Żołnierze Wyklęci postępowali godnie, ale są też takie osoby, o których warto mówić. Przykładem takiego żołnierza, na którego życiorysie został kurz może być Stefan Guss ps. „Dan”. I nie walczył gdzieś bardzo daleko, a można rzec, że bardzo blisko, bo w Borach Tucholskich. Nie mam cienia wątpliwości, że za to co robił podczas działań wojennych należy mu się szacunek, ale z dokumentów, które się zachowały, po ustaniu działań wojennych i partyzanckich, współpracował ze Służbą Bezpieczeństwa. I gdyby nie ta rysa, to ten żołnierz mógłby służyć za wzór. Jak zrobił to dobrowolnie, to nie ma o czym dyskutować, ale jeśli ktoś był bity, znęcano się nad nim, wyrywano mu obcęgami paznokcie, aresztowano rodzinę, kobiety w ciąży nawet bito, to jak osądzić taką osobę? Często bywało tak, że świadkowie podczas procesów odwoływali zeznania, a proszę pamiętać, że w dużej mierze były właśnie wymuszane w taki sposób. Istnieli też tacy żołnierze, co pozostali wierni do końca przysiędze AK. Takim człowiekiem był pewien leśnik, Jan Sikorski ps. „Wilk”. To ten sam, który zginął w sławetnej potyczce pod Lipinkami 3 czerwca 1946 roku. Gdy na 1 marca robiłem wystawę o naszych Wyklętych, też się tam znalazł.
W szkołach brakuje lekcji historii.
– Brakuje czasu, bo program jest przeładowany. Kiedy nauczyciele mają coś więcej przekazać uczniom, skoro temat goni temat, a jak na jakiś jest poświęcone są dwie godziny, to święto. No i kwestia podręczników. Nie widziałem jeszcze takiego, który by wszystkim dogodził. Uważam, że najlepszy miałem w gimnazjum. Był dość zgrabny, czytelny, a jak czegoś nie mogłeś znaleźć, to najważniejsze zagadnienia tematu były wypisane w skrócie na końcu. Według mnie za dużo się młodzieży wciska rzeczy, które nie są jej potrzebne. Pewne rzeczy powinny być opowiedziane skrótowo, żeby szerzej zająć się historią Polski.
W którym podręczniku znajdziemy o pierwszej bitwie państwa polskiego (chodzi o bitwę pod Cedynią – pierwszą, w której stanęliśmy naprzeciw komuś innemu, niż okoliczne plemiona – przyp. red.)? W żadnym, a według mnie to ważna informacja, że odbyła się 24 czerwca 972 roku i była to pierwsza wygrana potyczka. Szkoda, że promuje się historię całego świata, a o swojej wiemy mało lub prawie wcale.
Kto by miał tę wiedzę przekazywać?
– Trzeba by było zacząć od tego, by młodzież chciała jej słuchać, potem następne kroki. Bardzo wielkim skarbem w zdobywaniu tej wiedzy są dziadkowie lub starsze osoby w rodzinie. Ja w ten sposób dowiedziałem się, że mój dziadek w Białostockiem pomagał partyzantom Kazimierza Kamieńskiego „Huzara”. W jego stodole mieli radiostację. Czy to nie wspaniałe uczucie, dowiedzieć się, że można być cząstką takiej rodzinnej historii? Kolejnymi częściami tej układanki są nauczyciele i ludzie starsi, często nawet sąsiedzi. Mam tę przyjemność, że mogłem poznać żywy skarb historyczny, jakim są państwo Żórawscy. Pan Marek, nauczyciel fizyki i pani Tatiana, polonistka, a także teraz dyrektor SP 2. Gdyby nie oni, nie dowiedziałbym się, że mama pana Marka, pani Władysława działała w konspiracji, a wyżej wymieniony Janek Sikorski to była ich rodzina. Gdy robiłem tę wystawę na 1 marca i zobaczyłem wzruszenie w oczach pana Marka, była to dla mnie największa nagroda, którą mogłem otrzymać za moją ciężką pracę.
Czy istnieje coś takiego, jak jedna prawda historyczna?
– Napoleon kiedyś powiedział: „Historia to uzgodniony zestaw kłamstw”. Gdyby tak było, to znaczy, że już kiedyś ktoś przewidział co nas czeka? Historia jest zagadką, historią jest już wczorajszy dzień. Tylko od nas zależy, jak ocenią i opiszą historię naszego pokolenia historycy w przyszłości.
Gdzie chciałbyś pracować jako historyk?
– Gdzie? Jest kilka takich miejsc. Moim marzeniem jest praca w Instytucie Pamięci Narodowej. Historia ludzi jest bardzo ciekawa. Jest tyle osób do odnalezienia, godnych opisania ich życia. A jeśli nie tam, to chciałbym uczyć młodzież, np. w ZSP. Nie chciałbym, by tylko kładziono im do głów formułki z podręcznika. Chciałbym pokazać, że historia to nie tylko puste frazy i daty z tejże książki, ale przede wszystkim ludzie. Zwykli, żyjący często obok nas.
Masz w ogóle czas na hobby?
– Zależy o które pytasz, bo historia to też moje hobby. Jest ich kilka: góry, wypady do lasu, muzyka, książki, rower. Dla tych dwóch ostatnich, nie zawsze uda się znaleźć czas, ale staram się. Książki lubię poczytać wieczorami. Teraz aktualnie czytam książkę o pilocie walczącym w polskich dywizjonach w Bitwie o Anglię. Ale to nie jest byle jaka powieść. Jej tytuł to „Pod Angielskim Niebem”. Została napisana przez Witolda Aleksandra Herbsta i wydana w 1997 roku w Świeciu. Co prawda pan Witold urodził się w Warszawie 1918 roku, ale w związku z tym, że jego ojciec był agentem i brał udział w wysadzeniu niemieckiego arsenału w Królewcu, z obawy przed dekonspiracją rodzice razem z panem Witoldem przeprowadzili się do Świecia. Pan Herbst latał w Dywizjonie 308, a potem w najbardziej rozpoznawalnym na całym świecie Dywizjonie 303 im. Tadeusza Kościuszki. Co prawda jestem dopiero na początku powieści, ale widać, że pisał ją świadek tamtych wydarzeń.
Od kilku lat kręcę km na rowerze. Co prawda nie wyczynowo, ale staram się uczestniczyć w rajdach lub wyścigach amatorów. Brałem udział w rajdzie niepodległości w zeszłym roku, organizowanym przez Stowarzyszenie Rowe – rowe Świecie lub rajdach organizowanych przez Towarzystwo Miłośników Ziemi Świeckiej. Moim dotychczas największym osiągnięciem jest zdobycie trzeciego miejsca na X Międzynarodowym Kryterium Ulicznym Gruczna 10 sierpnia br. w wyścigu amatorów. Był to dla mnie pierwszy taki start i dla mego Złomka też, jak widać daliśmy radę. Teraz w weekend biorę udział w rajdzie końca lata organizowanym przez TZMŚ, którego celem jest zebranie środków na pomoc w rehabilitacji Macieja Łoszyńskiego. Bardzo ciężko choruje, ale mam nadzieję, że wyjdzie z tego. Trzymam za niego kciuki. A dlaczego Złomka? Bo mój dwukołowy przyjaciel osiągnął w czerwcu pełnoletność. Jest już ze mną 18 lat, szmat czasu i drogi za nami.
Jakieś plany na przyszłość ?
– Chyba takie, jak każdy. Na razie skupiam się na tym co przede mną w najbliższej przyszłości, czyli studia podyplomowe na kierunku przygotowanie pedagogiczne w Wyższej Szkole Demokracji w Grudziądzu. Potem praca, mam nadzieję, zgodna z mymi upodobaniami. Chciałbym również z kolegą Piotrem Skuczyńskim, jeśli fundusze i czas na to pozwolą, wydać publikacje o zasłużonych mieszkańcach naszego miasta. I w tym miejscu należą się ogromne podziękowania dla Piotrka, bo gdyby nie on, o wielu zasłużonych ludziach dla Świecia w ogóle byśmy nie usłyszeli. Ma niesamowitą wiedzę na temat naszej małej ojczyzny. A dalej? Może dom, rodzina? Ale to już historia, którą trzeba napisać własnoręcznie.
Dziękuję za rozmowę.
KP