Jest wiele szkół na świecie, większych, ładniejszych niż nasza, ale tylko ta jedna jedyna pozostanie z nami na zawsze. To do niej będziemy wracać we wspomnieniach, w snach… Zawsze nam się wydawało, że szkoła jak to szkoła – są tu klasy, korytarze, belfrzy, panie z obsługi, które narzekają na nas za brudne buty. Całkiem niedawno odkryliśmy, że szkoła to coś więcej. Szkoła to historia zapisana na kartach kronik, ale przede wszystkim w pamięci i w sercach jej dawnych uczniów, nauczycieli, dyrektorów.

Tyle razy, przechodząc korytarzem, widzieliśmy stare fotografie. A może już tak nam się opatrzyły, że wcale ich nie widzieliśmy – nieznajomych twarzy na czarno-białych zdjęciach, które zdawały się szeptać: Carpe diem…?

***

Nasza sentymentalna podróż w przeszłość rozpoczęła się, kiedy pewnego dnia w połowie września poprosiliśmy panią dyrektor o stare kroniki. Już sam dotyk zniszczonych ksiąg, ich pożółkłych stron wywołuje dziwny dreszcz. To jakby się dotykało czyichś przeżyć, przygód, losów… Było dżdżyste popołudnie, za oknem głośno krzyczały odlatujące żurawie. Hmmm… nie lubimy, kiedy ptaki odlatują, znowu idzie jesień.

Usiedliśmy w klasie języka polskiego i w uroczystym milczeniu otworzyliśmy pierwszą powojenną kronikę. Powoli, kartka po kartce, zaczęła przed nami odsłaniać tajemnice szkoły...

Nasza szkoła ma wieloletnią historię. Jeszcze zanim do użytku został oddany budynek, w którym obecnie odbywają się zajęcia, lekcje prowadzono w dwóch budynkach na terenie wsi i w budynku szkolnym w Starej Hucie.

Z kart pierwszej powojennej kroniki szkolnej dowiadujemy się, że u schyłku II wojny światowej w czasie walk „w dużej szkole o 2 salach urządzili Niemcy szpital polowy”, następnie, uciekając z Lipinek, go podpalili. „Szkoła spaliła się doszczętnie. Drugi budynek szkolny został również silnie uszkodzony. Może dlatego, iż wieś była silnie zniszczona, otworzono jedną klasę szkoły dopiero w marcu 1946 roku”. Początkowo w szkole pracowało tylko dwóch nauczycieli – a dzieci uczyło się wtedy około 125 – 130. Już zimą 1947 roku dzieci uczęszczające do szkoły były dożywiane (kawę z mlekiem, z cukrem lub kakao dostawali wszyscy, chleb lub bułki – tylko najubożsi).

3 września 1948 ekipa Duńskiego Czerwonego Krzyża szczepiła przeciw gruźlicy wszystkie dzieci w szkole od 2 do 18 roku życia.

1 września 1949 r. „szkoła nasza jest szkołą zbiorczą o 3 etatach nauczycielskich, przy ilości 130 dzieci, posiada klasę VII, jest szkołą pełną”.

Od początku lat 50. w szkole odbywały się imprezy choinkowe, co ciekawe, zawsze na początku stycznia. Do dzieci przychodził wtedy Dziadek Mróz (nie Święty Mikołaj), były przedstawienia, zabawy i słodki poczęstunek.

20 stycznia 1955 roku został uruchomiony punkt filialny szkoły w Starej Hucie.

Obok wydarzeń tragicznych, jak śmierć ucznia wskutek wybuchu pocisku z okresu II wojny światowej, zdarzały się też zabawne, z dzisiejszego punktu widzenia, sytuacje, jak taka z dnia 3 września 1955 roku, kiedy to przez wieś przejechał transport z wietnamskim słoniem. Zostało to odnotowane w kronice szkolnej tymi słowami: „O godz. 9.30 młodzież tutejszej szkoły zgromadzona na drodze po raz pierwszy w życiu zobaczyła żywego słonia. (…) Był to słoń Partyzant ofiarowany przez Wietnamską Armię Ludowo-Wyzwoleńczą naszemu krajowi. Dzieci były bardzo zadowolone, ponieważ zobaczyły żywego słonia oraz prawdziwych Wietnamczyków konwojujących słonia w drodze do Warszawy”.

Kronika z roku 1957 odnotowuje, że po wielu latach starań na początku 1958 roku rozpoczną się prace, które mają doprowadzić do powstania nowego, nowoczesnego budynku szkoły. Tak też się stało – prace budowlane ruszyły 10 stycznia 1958 roku. Zakończyły się one 25 sierpnia 1959 roku.

***

Podróż po kartach historii szkoły zainspirowała nas do dalszych poszukiwań. To było jak zjedzenie jednego cukierka z pudełka czekoladek. Kto by nie chciał więcej! Tak więc z zaostrzonymi apetytami ruszyliśmy na umówione wcześniej spotkanie z byłym dyrektorem tej szkoły Zygmuntem Gilewskim. Pan dyrektor wybrał na spotkanie z nami klasę przyrodniczą. Przyszedł punktualnie, w odświętnym nastroju i kiedy usiedliśmy przy jednej z ławek, widać było, że obecność w tej klasie, kontakt z młodzieżą, czyli nami, sprawił panu wiele radości. Jednak prawdziwy belfer, przepraszam, nauczyciel, pozostaje nim na zawsze. Oto co nam powiedział o swojej pracy w szkole Zygmunt Gilewski.

Co skłoniło Pana do zostania nauczycielem?

– Każde dziecko ma marzenie dotyczące przyszłości i zawodu, który chciałoby wykonywać. Ja od zawsze chciałem być nauczycielem.

Kiedy objął pan stanowisko dyrektora Szkoły Podstawowej w Lipinkach?

– Stało się to 31 sierpnia 1964 roku. Przy czym nie zostałem dyrektorem, ale kierownikiem szkoły, ponieważ w tamtych czasach tak właśnie nazywało się to stanowisko.

Przez ile lat pełnił pan funkcję kierownika, a potem dyrektora szkoły?

– Zakończyłem pracę w czerwcu 2000 roku. Przeszedłem wtedy na emeryturę po 45 latach pracy, w tym po 36 latach pełnienia funkcji dyrektora tej szkoły.

Jak wyglądała nasza szkoła w chwili, gdy po raz pierwszy przekroczył pan jej progi?

– Był to jednopiętrowy budynek, dość nowy (jego budowa zakończyła się w sierpniu 1959 roku), ale mało funkcjonalny. Brakowało w nim sal lekcyjnych, zapleczy, kuchni, sanitariatów, magazynu na opał.

Jak zmieniała się nasza szkoła podczas pana pracy w niej?

– Przede wszystkim początkowo szkoła posiadała tylko jedno piętro, nie była tak pięknie otynkowana. Na pewno uczyło się w niej sporo więcej dzieci, mniej więcej do lat 90. XX wieku w każdym roku szkolnym było was, dzieci i młodzieży, około 120, 140. Później na 20 lat szkoła stała się sześcioklasową szkołą podstawową. Tak więc zmian było sporo.

Czy są takie inicjatywy, działania na rzecz szkoły, z których jest pan szczególnie dumny?

– Myślę, że inicjatywą, z której mogę być osobiście dumny, była rozbudowa budynku szkoły. Drugim ważnym celem, który udało mi się osiągnąć, było wprowadzenie do naszej szkoły edukacji ekologicznej. Stało się to w czasach, gdy jeszcze mało kto w Polsce, i chyba na świecie, myślał o kryzysie klimatycznym, o zagrożeniach, które niesie ze sobą postęp cywilizacyjny, o wymieraniu gatunków i tym podobnych sprawach. I wtedy właśnie (a było to w 1995 roku) wraz z przyjaciółmi z Nadleśnictwa Dąbrowa na czele z nadleśniczym Włodzimierzem Robertem i wójtem gminy Warlubie Andrzejem Łażewskim podjęliśmy decyzję o utworzeniu w szkole Centrum Edukacji Ekologicznej, wtedy też w szkole przyjęty został autorski program wdrażania treści ekologicznych na poszczególnych przedmiotach w różnych klasach. A wszystko to po to, aby młode pokolenia lipiniaków rosły w większej świadomości i przekonaniu, że każdy malutki gest, który wykonuje się dla dobra najbliższego otoczenia – podwórka, wsi, lasu – wykonuje się dla dobra całej planety i w efekcie dla siebie.

Jakich rad udzieliłby pan uczniom naszej szkoły? O co powinni szczególnie dbać?

– Sądzę, że najważniejsze jest, aby kolejne pokolenia uczniów tej szkoły dbały o jej dobre imię. Nie zapominajcie o swoich korzeniach, czyli o miejscu, z którego się wywodzicie, nigdy nie wstydźcie się tego, że jesteście stąd, że jesteście lipiniakami. Pamiętajcie o swoich pierwszych nauczycielach, bo nawet jeśli teraz ich nie bardzo lubicie, to uwierzcie mi, że po latach będziecie ich wspominać z sentymentem. Pierwsza szkoła jest jak drugi dom, a o dom trzeba dbać, dbajcie więc o mienie szkoły, szanujcie jej pracowników i siebie nawzajem.

Jako wieloletni nauczyciel, wychowawca młodzieży i dyrektor szkoły ma pan na pewno wiele do przekazania takim jak my – młodym ludziom. Czy zechciałby pan podzielić się z nami swoimi przemyśleniami na temat tego, jak mamy rozwijać swoje pasje, zdolności, jak ich w sobie szukać i odnaleźć?

– Moi kochani, bądźcie wytrwali w dążeniu do celu. Miejcie marzenia, bo one napędzają ludzkość do rozwoju. Bądźcie sobą, nie dajcie sobą manipulować. Starajcie się zawsze postępować tak, żeby nikt przez was nie był smutny – ani mama, ani tata, ani nauczyciele, ani kolega czy koleżanka.

My teraz w szkole możemy zjeść smaczny obiad, czy zawsze tak było? Czy dzieci w szkole były dożywiane?

– Tak, dożywianie w szkole odbywało się już pod koniec lat czterdziestych, jednak dopiero w 1997 roku zaczęła działać w szkole kuchnia i stołówka.

Wiemy, że do naszej szkoły dojeżdżały dzieci z okolicznych wsi. Proszę opowiedzieć, jak odbywało się dowożenie dzieci w pierwszych latach pana pracy i później.

– Pierwszym wozakiem uczniów, czyli jak byśmy dzisiaj powiedzieli, kierowcą, była Jadwiga Piór. Środkiem transportu był, w okresie wiosenno-jesiennym, wóz konny z budą, który ciągnął jeden koń. Natomiast w czasie zimy uczniów dowożono saniami z budą. Na odwiezienie dzieci czekały w holu szkoły. W latach 60., 70. i 80. dojeżdżało do szkoły około 40 uczniów. Nasz obecny kierowca pracuje na tym stanowisku od stycznia 1986 roku. Pewnie myślicie, że od zawsze jeździł po dzieci mercedes? Otóż nie, jak już wspomniałem, na początku był to bardzo ekologiczny środek transportu, potem były to pojazdy: osinobus, jelcz, nysa, żuk.

Ze starych fotografii dowiedzieliśmy się, że budynek szkoły przechodził liczne remonty. Był także rozbudowany. Czy mógłby Pan nam opowiedzieć nieco więcej na ten temat?

– Rozbudowa budynku szkoły polegała na rozebraniu mieszkań na poddaszu oraz całego dachu na budynku szkoły i dobudowaniu II piętra. Prace remontowo-modernizacyjne rozpoczęto w czerwcu 1981 roku, a zakończyły się w sierpniu 1982. W wyniku tychże prac uzyskaliśmy pięć sal lekcyjnych i dwa zaplecza do pomocy dydaktycznych. W grudniu 1994 roku oddano do użytku kotłownię centralnego ogrzewania i po raz pierwszy w naszej szkole rozgrzały się kaloryfery – do tamtej pory, co pewnie wam trudno sobie wyobrazić, ciepło w klasach zapewniały piece węglowe. Od grudnia 1997 roku działa przy szkole kuchnia i stołówka, w której dzieci mogą zjeść ciepły, smaczny obiad. Aby tak mogło się stać, trzeba było wyremontować i przystosować budynki gospodarcze, które kiedyś służyły organizatorom wypoczynku letniego dzieci i młodzieży.

***

Pan Gilewski, jak się okazało, to prawdziwa kopalnia wiedzy o szkole, ale nam nadal było mało. Postanowiliśmy więc „poprzeszkadzać” Danucie Leśniak, która obecnie przebywa na emeryturze, ale wcześniej przez 11 lat była dyrektorem tej szkoły. Objęła to stanowisko po Gilewskim. Udaliśmy się na spotkanie do domu pani Leśniak. Trochę obawialiśmy się wejść na podwórko, bo strzeże go piękny owczarek, jak się później okazało, zupełnie niegroźny. Na szczęście pani Leśniak wyszła na spotkanie z nami i wprowadziła nas do swojego domu. Gdy już przekroczyliśmy próg, pani Danuta przywitała się z nami serdecznie i zaprosiła do pokoju. Przechodząc przez inny pokój, zauważyliśmy suszące się grzyby. No tak, przecież właśnie trwa sezon grzybowy (a grzybów w tym roku w bród). Usiedliśmy przy okrągłym stole i zaczęliśmy rozmawiać.

Pierwsze pytanie, jakie zadaliśmy pani Leśniak, dotyczyło lat, w których pełniła funkcję nauczyciela i dyrektora w naszej szkole.

Dowiedzieliśmy się że pani Leśniak była i jest nauczycielem i uczyła historii i geografii. Dopiero w 2000 roku po przejściu pana Gilewskiego na emeryturę została dyrektorem naszej szkoły.

Kolejne pytanie dotyczyło tego, czy pani Leśniak korzystała z doświadczenia i pomocy byłego dyrektora.

– Pan Gilewski dzielił się doświadczeniem i na początku mi pomagał – odpowiedziała.

Zapytaliśmy też, czy pamięta trudne momenty w swojej pracy?

– Pewne zawirowanie szkoła przeżyła w 2000 roku, gdy stała się sześcioklasową szkołą podstawową – mówiła pani Leśniak. – Było trochę strachu, że możemy zostać wchłonięci przez Zespół Szkół w Warlubiu. Aby tego uniknąć, wymyśliliśmy, żeby na II piętrze szkoły stworzyć bazę noclegową dla dzieci i młodzieży, która zechce do nas przyjechać, aby odpocząć na łonie natury. Pierwsze łóżka przyjechały do szkoły aż z Solca Kujawskiego. Przy organizacji bazy noclegowej mogliśmy liczyć na wsparcie finansowe okolicznych nadleśnictw oraz od rady rodziców. Dzięki temu zaczęliśmy przyjmować gości, byli wśród nich uczniowie, nauczyciele, dyrektorzy szkół. Za zarobione w ten sposób pieniądze można było sfinansować remonty w szkole, położyć kostkę brukową przed wejściem do szkoły. Rada Rodziców organizowała także zabawy taneczne dla mieszkańców Lipinek i okolic, a zarobione pieniądze pozwalały odciążyć nieco wydatki na szkołę, które ponosiła gmina. Pobudowanie garaży dla autobusów PKS zaowocowało współpracą z PKS-em, która również przynosiła pewne zyski szkole, a kiedy autobusy rejsowe przestały przyjeżdżać do Lipinek, jeden garaż pozostał nieużywany. Ale przecież przyroda nie znosi próżni, dlatego pojawił się pomysł, aby przekształcić go w minisiłownię. Tak też się stało. Sprzęt do treningów podarowali państwo Krzemieniowie – dodała.

Jednym z ostatnich pomysłów inwestycyjnych pani Leśniak było dobudowanie drugiej klatki schodowej, która prowadzi do pokoi noclegowych na drugim piętrze.

Pani Danuta odniosła się także do inwestycji, które przeprowadził jej poprzednik – pan Gilewski.

– Nie możemy zapomnieć, że to dzięki byłemu dyrektorowi zostało dobudowane drugie piętro czy założone centralne ogrzewanie – powiedziała.

Dowiedzieliśmy się też, że był jeden dosyć duży projekt, którego niestety nie udało się dokończyć. Dotyczył on stołówki i połączenia jej z budynkiem szkoły. Na koniec zadaliśmy jeszcze pytanie o to, co pani Leśniak powiedziałaby naszym uczniom, jakich porad nam by udzieliła. Pani dyrektor stwierdziła, żebyśmy słuchali rad naszych nauczycieli, wychowawców, żebyśmy nie ignorowali nauki i czerpali radość z każdej chwili w życiu, a do ludzi odnosili się z sympatią, szacunkiem i serdecznością.

***

Opowieści byłych nauczycieli i dyrektorów, stare fotografie i kroniki pozwoliły nam spojrzeć na szkołę w zupełnie inny sposób niż dotychczas. Te stare mury widziały kolejne pokolenia uczniów, ich radości i troski, dorastanie. A ich wszystkich łączy z nami jedna niepodważalna wartość – tak jak oni zawsze już będziemy uczniami i absolwentami Szkoły Podstawowej im. Przyjaciół Borów Tucholskich w Lipinkach.

Agata Piór, Paweł Oremus i Szymon Kwaśniewski