Inteligencja na pierwszy ogień

Z chwilą wybuchu wojny Niemcy przystąpili do masowych aresztowań księży katolickich, nauczycieli, lekarzy, policjantów, oficerów rezerwy WP i straży granicznej, urzędników, kupców, posiadaczy ziemskich, sportowców, prawników, dziennikarzy oraz członków licznych organizacji społecznych działających na rzecz utrwalania polskości, takich m.in. jak Związek Strzelecki, Liga Morska czy też Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół”.

Wśród tych ofiar byli Julian Hein i jego 18-letni syn Mieczysław Robert. Niemieccy naziści obarczali przede wszystkim polską inteligencję winą za politykę polonizacyjną prowadzoną na Ziemiach Zachodnich w okresie międzywojennym. W tym celu wykorzystali przygotowane jeszcze przed wojną tzw. listy proskrypcyjne, na podstawie których z chwilą jej wybuchu przystąpili do masowych aresztowań.

Szpęgawski utonął w polskiej krwi

Położony siedem kilometrów na północny wschód od Starogardu Las Szpęgawski stanowi olbrzymi kompleks drzew sosnowych, który przed wojną był własnością jednego z niemieckich ziemian. Okupanci wybrali ten las jako dogodne miejsce zbiorowych egzekucji Polaków. Uważali, że miejsce to jest wyjątkowo odludne i posiada dogodny dojazd ze Starogardu oraz z Tczewa. Trudno też było cokolwiek dostrzec z okien przejeżdżającego w pobliżu pociągu, gdyż szyby w oknach były zamalowane na czarno. Już w połowie września 1939 r. miejsce to zostało otoczone licznymi oddziałami niemieckiej policji oraz Selbstschutzu, a miejscowej ludności zakazano wstępu do lasu pod groźbą kary śmierci.

Do pierwszego masowego mordu w Lesie Szpęgawskim doszło 22 września 1939 r. Tego dnia zamordowano tam 88 pacjentów szpitala psychiatrycznego w Kocborowie. Niektórych ciężko chorych pielęgniarze usypiali w samochodach zastrzykami z morfiny, a następnie wrzucali do wcześniej przygotowanych grobów. Z kolei ofiary przywiezione do lasu zazwyczaj same musiały kopać sobie groby. Zazwyczaj chorych zabijano strzałami w tył głowy. W około piętnastu zbiorowych egzekucjach zamordowano tam 854 mężczyzn i 838 kobiet. W gronie ofiar znalazło się również ponad 300 pacjentów szpitala psychiatrycznego w Świeciu.

Związki Heinów z powiatem świeckim

Julian Hein, rocznik 1895, pochodził ze Starego Młyna, powiat Kwidzyn, zmarł w 1967 r. w Świeciu. Był żonaty z o 2 lata młodszą Walerią Boniecką, z którą w 1920 r. zawarł związek małżeński. Z tego związku przyszło na świat dwóch synów: Mieczysław Robert urodzony 6 lipca 1921 r. i Zygfryd urodzony 28 grudnia 1923.

Pierwszy z nich został zamordowany 23 listopada 1939 r. w Lesie Szpęgawskim, a drugi zmarł śmiercią naturalną 3 października 1992 r. Żona Juliana Heina Waleria po wojnie zamieszkała z mężem w Świeciu, a gdy została wdową, ostatnie lata życia spędziła w miejscowym domu starców, w którym zakończyła życie w wieku 81 lat.

Po zawarciu związku małżeńskiego rodzina Juliana Heina prowadziła w okresie międzywojennym gospodarstwo rolne odziedziczone po rodzicach jego żony. Julian okazał się człowiekiem przedsiębiorczym. Dzięki swej pracowitości i zaradności zatrudnił do pomocy mieszkańców tej niewielkiej, leżącej na terenie Kociewia wsi, dając im pracę i środki do życia. Dzięki temu po kilku latach poziom materialny Heinów uległ znacznej poprawie. Uzyskiwane z tej pracy dochody zaczęli lokować w kupno kamienic oraz w inne nieruchomości. Miarą ich pozycji materialnej był fakt kupna jeszcze przed wybuchem wojny trzech kamienic: w Bydgoszczy, Tczewie i w Gdyni. Nie wszystko jednak układało się pomyślnie.

Hein ofiarą oszusta

Okazało się, że umowa kupna kamienicy w Gdyni miała wady formalnoprawne z powodu sfałszowania dokumentów przez sprzedającego. Pokrzywdzony Hein nie mógł się pogodzić z tym, że padł ofiarą nieuczciwych handlarzy, i zdecydował, że będzie swoich praw dochodził na drodze sądowej. Sam zawsze przestrzegał zasad kupieckich, dając rękojmię pozostawania w zgodzie z prawem i zasadami moralnymi, które wyniósł z domu rodzinnego. Jego nieżyjący już rodzice – Józef i Franciszka – od dzieciństwa wpajali mu podstawowe zasady uczciwości, wierząc, że w dorosłym życiu będzie przestrzegał tych podstawowych wartości.

Julian Hein jako pokrzywdzony uczestniczył w trzech procesach sądowych, które nie przyniosły rozstrzygnięcia. Mimo przewlekłych postępowań przed sądem nie odzyskał ani kamienicy, ani też pieniędzy. Z pewnością batalia sądowa trwała by nadal, gdyby nie rok 1939 i wybuch wojny. Z tego powodu straty poniósł też nieuczciwy sprzedawca kamienicy, gdyż podczas pierwszych nalotów jedna z rzuconych przez Niemców bomb zamieniła ją w gruzy.

Julian zarabiał i pomagał

Kilka lat przed wybuchem wojny Julian Hein zamieszkał w Osiu u swojego brata Józefa, któremu pomógł sfinansować kupno domu. Kamienica ta wyróżniała się urządzonym w niej, dobrze prosperującym zakładem fotograficznym prowadzącym działalność usługową dla mieszkańców Osia i okolic. Józef, który był fotografem, mieszkał w Osiu do 1967 r. Następnie przeniósł się do swojego bratanka w Świeciu, u którego spędził ostatnie lata życia. Julian Hein pomógł również finansowo swojej siostrze Kunegundzie, która z jego pomocą kupiła dom. Julian Hein miał smykałkę do zarabiania pieniędzy. Gdyby żył dzisiaj, z pewnością odniósłby w biznesie niejeden sukces. Mieszkańcy Osia widywali go często, gdy jeździł motocyklem np. do kościoła, na targ lub do gminy. Wówczas posiadanie motocykla wśród społeczności wiejskiej było rzadkością. Ludzie jednak niczego mu nie zazdrościli, gdyż znany był z życzliwości dla innych i z chęci udzielania im pomocy. Wiedzieli, że do wszystkiego doszedł ciężką pracą. Poza tym znali najtrudniejsze momenty z jego życia, otóż wiedzieli, że uciekł Niemcom w Lesie Szpęgawskim z miejsca masowej egzekucji.

Syn miał zostać księdzem

Julian Hein ciężką pracą zdobywał pieniądze i przeznaczał je przede wszystkim na kształcenie syna Mieczysława Roberta, który w tym czasie rozpoczął studia w Państwowej Szkole Morskiej w Gdyni. W ramach praktyk uczestniczył w szkolnym rejsie po Morzu Śródziemnym. Zwiedził przy okazji prawie wszystkie kraje położone nad Zatoką Perską, takie m.in. jak Arabia Saudyjska, Kuwejt, Katar, czy Bahrajn. Z Iranu przywiózł dla swojej matki oryginalny prezent w postaci broszki ozdobionej barwnymi i drogocennymi kamieniami. Jego młodszy o 2 lata brat Zygfryd rozpoczął naukę w diecezjalnym Collegium Marianum w Pelplinie. Rodzicom zależało, żeby syn w przyszłości został księdzem, dlatego skierowano go do szkoły o profilu katolickim, w której nauczycielami byli przeważnie księża. Ojciec i matka planowali sprzedać swój majątek i przeprowadzić się do Szwajcarii, gdy starszy syn ukończy szkołę i zdobędzie zawód. Niestety ich plany w tragiczny sposób skorygował wybuch drugiej wojny światowej. Robert został rozstrzelany przez Niemców w Szpęgawsku, a jego ojciec Julian zdołał zbiec z miejsca egzekucji i przez prawie cały okres okupacji ukrywał się we wschodniej części Polski. Natomiast jego żona Waleria znalazła schronienie u państwa Cieślików w leśniczówce na terenie Borów Tucholskich.

Konwój do miejsca, gdzie czekała śmierć

18 października 1939 r. Julian Hein przebywał wraz ze starszym synem Mieczysławem Robertem w swoim domu w Rzerzęcinie, powiat Tczew. W godzinach popołudniowych do jego mieszkania wtargnęła niemiecka policja i zabrała ich obu na posterunek w Morzeszczynie, koło Tczewa, celem osadzenia w areszcie. Po wpłaceniu kaucji w wysokości 2 tys. zł obaj zostali po kilku dniach zwolnieni, bez przedstawienia zarzutów. Nie mogli jednak przez 4 tygodnie opuszczać mieszkania, gdyż obowiązywał ich areszt domowy. W dniu 23 listopada 1939 r. około godz. 17 w mieszkaniu zjawiła się ponownie policja, tym razem z Gdańska, informując o zastosowaniu aresztu. Przed wywiezieniem do Gniewu polecili ojcu i synowi ubrać się w najlepsze rzeczy i zabrać pieniądze. Nazajutrz przekonwojowano ich z Gniewu do Pelplina. Do przewozu wykorzystano ciężarowy samochód, eskortowany przez ośmiu SS-manów. W Pelplinie do samochodu wepchnięto 7 więźniów, przeważnie byli to księża katoliccy. W przymusowym konwoju uczestniczyły również osoby świeckie, wśród których byli m.in. inżynier z elektrowni Martyński, Orłowska z córką ze Szprudowa, oberżysta z Opalenia Czyżewski, monter pocztowy ze stacji Morzeszczyn, kierownik szkoły Nowak z Kierwałdu, nauczycielka z Dzierżazna Orzechowska, prezes kółka rolniczego z Lipiej Góry oraz kolejarz z Morzeszczyna Antoni Kierzkowski. W samochodzie więźniarce znajdowało się łącznie 46 osób, w tym 9 kobiet. Około godziny 13 przywieziono ich na miejsce straceń.

Zabici wpadali twarzą do grobu

Po wyjściu z pojazdu więźniowie zostali otoczeni przez piętnastu SS-manów, którzy kradli więźniom wartościowe przedmioty, szczególnie te, które były widoczne, np. kobietom siłą zrywano kolczyki, obrączki, zegarki itp. W grupach pięcioosobowych skazańcy musieli dojść do masowego grobu znajdującego się około 60 metrów od samochodu. Przed rozstrzelaniem każdy musiał zdjąć koszulę. Niemieccy oprawcy strzelali do klęczących lub leżących ludzi od tyłu, tak aby zabici upadali twarzą do grobu. Rannych dobijano uderzeniami kolb karabinowych lub od razu ich grzebano. Ciała często grzebano niestarannie, o czym świadczył fakt, że z niektórych mogił wystawały nogi ludzkie. Niektórzy skazańcy tuż przed śmiercią zdołali wznieść okrzyk „Jeszcze Polska nie zginęła!”.

Julian uderzył Niemca w szczękę i uciekł

Syn Juliana Mieczysław Robert był w drugiej „piątce” osób przygotowanych do rozstrzelania. Gdy zobaczył swojego ojca w pierwszej grupie, zawołał „zostańcie z Bogiem”. W odpowiedzi ojciec wzniósł okrzyk „idź z Bogiem, uciekaj”. Po chwili został skarcony przez stojącego obok wachmana, który uderzył go kolbą w głowę. Julian upadł i stracił na chwilę przytomność. Gdy się ocknął, strażnik rozpoczął przygotowania do egzekucji, ale wpierw zerwał mu z ręki łańcuszek pamiątkowy z zegarkiem. Julian, który kiedyś był świetnym bokserem, uderzył SS-mana z całej siły w szczękę. Niemiec upadł, a Julian, wykorzystując zamieszanie, ruszył biegiem do pobliskiego lasu. Mimo obławy z użyciem karabinów ręcznych i maszynowych pościg Niemcom się nie udał.

Z grobu dochodziły przeraźliwe jęki

Julian wszedł na drzewo i przez kilka godzin obserwował dalsze poczynania Niemców. Widział kolejnych straceńców przywiezionych na miejsce zbrodni przez 4 samochody ciężarowe, z których każdy przywiózł co najmniej 30 osób. Te osoby również przed egzekucją musiały się rozebrać. Były ponadto okradane z posiadanych kosztowności. Do zbiorowej mogiły musiały dojść w równym szyku trzymając się za ręce. – Z grobu dochodziły przeraźliwe jęki – wspominał po latach Julian Hein. Na skutek długotrwałych napięć nerwowych i doznanych emocji spadł z drzewa i po raz drugi stracił przytomność. Kiedy ją odzyskał, zauważył, że miejsce straceń opustoszało. Postanowił więc kontynuować ucieczkę i ruszył w dalszą drogę. W Rywaldzie u znajomej wdowy Klosowej otrzymał po jej zmarłym mężu czapkę i marynarkę. W takim przebraniu dotarł do Kierwaldu, gdzie odnalazł rodzinę Kamrowskich i powiadamił ją o wszystkich wydarzeniach w Lesie Szpęgawskim, których był świadkiem.

Do akcji wkracza bezpieka

Po wojnie nowa władza ludowa pozbawiła Juliana Heina posiadanego majątku. Wywłaszczenie jego dóbr na rzecz skarbu państwa nastąpiło w ramach tzw. polityki nacjonalizacyjnej. Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Starogardzie nie dawał spokoju Julianowi Heinowi. Kilkakrotnie wzywał go na przesłuchanie. Widocznie nie mógł się pogodzić z faktem, że uniknął śmierci w momencie, gdy stał przed niemieckim plutonem egzekucyjnym. Wszelkie chore domysły i podejrzenia w tej sprawie, jakie snuła ówczesna bezpieka, nie miały sensu i były bezpodstawne. W trakcie kolejnych przesłuchań przesłuchujący musieli widocznie pogodzić się z faktami, jakie przedstawił im cudem ocalony Julian Hein. Być może dostrzegli, że z jego zeznań wynurza się ponury i tragiczny, a zarazem prawdziwy, obraz życiowego dramatu.

Julian Hein po wojnie był ważnym świadkiem na rozprawie sądowej, gdzie głównym oskarżonym był Albert Forster będący w okresie wojny namiestnikiem Okręgu Rzeszy Gdańsk – Prusy Zachodnie. W okresie od 5 do 29 kwietnia 1948 r. toczyła się przeciwko niemu rozprawa przed Najwyższym Trybunałem Narodowym w Gdańsku. Za popełnione zbrodnie wojenne został skazany na karę śmierci, którą wykonano dopiero 28 lutego 1952 r. w więzieniu mokotowskim w Warszawie.

Dr Stefan Cosban-Woytycha