Wszechobecni i niewidoczni

Zadaniem partyzantki było stałe nękanie Niemców wypadami po żywność oraz prowadzenie potyczek z oddziałami żandarmerii. Częste, chociaż krótkotrwałe atakowanie nieprzyjaciela stwarzało pozory istnienia większych liczebnie sił. Ten psychologiczny aspekt miał duże znaczenie, gdyż w Niemcach stale wzbudzał strach przed nadejściem ataku z każdej strony i o nieznanej porze.

Partyzanckie oddziały były jak samowystarczalna firma. Posiadały własne tuczarnie, broń myśliwską i wojskową, amunicję, materiały wybuchowe, plecaki, łóżka, koce, buty, ubrania, a także pieniądze oraz zapasy żywności z wodą. Większa część tego asortymentu pochodziła z akcji rekwizycyjnych, źródłem zaopatrzenia były też zwycięskie walki z Niemcami, w czasie których zdobywano broń i amunicję.

Mech gorszy od śniegu

O wyborze miejsca postoju oddziału partyzanckiego decydowały mech i podskórna woda, bez której nie można było budować obozu. Wydobywano ją nawet z głębokości do sześciu metrów. Na mchu, szczególnie gdy pod wpływem słońca przybierał siwą barwę, ślady stawały się tak samo widoczne jak na śniegu. Przemarsz oddziałów leśnym szlakiem tworzył wydeptaną ścieżkę, niepodobną do tej, jaką zostawiają zwierzęta.

Do przewozu towarów na niewielkie odległości wykorzystywano rowery. Za ich pomocą dostarczano worki z mąką, kaszą, cukrem oraz upolowaną zwierzynę. Na partyzantów specjalne oddziały żołnierzy niemieckich urządzały liczne obławy. Pozwalał na to duży garnizon SS stacjonujący w Lipuszu, Brusach, Rekowie i Komorzynie. Wsparcia udzielały specjalne oddziały do zwalczania partyzantów, tzw. Jagdkommando.

W przypadku opuszczenia schronu przez partyzantów specjalnie wyznaczona grupa miała obowiązek zatarcia wszelkich śladów wskazujących na pobyt w nim żołnierzy. Gestapo oraz Selbstschutz potrafiły doskonale wyciągać wnioski na podstawie pozostawionych na ziemi śladów. W ten sposób ustalano w przybliżeniu liczbę partyzantów, sposób przemieszczania się, np. rowerami, wozami konnymi, pieszo, saniami itp. Natomiast plamy krwi wskazywały na to, że w oddziale są ranni. Nawet wgłębienia śladów stóp świadczyły o rodzaju przenoszonej broni, np. gdy ślady obcasów były głębsze, oznaczało to, że oddział mógł przenosić ciężki rodzaj broni lub inne ciężkie przedmioty. Cennym źródłem informacji dla nieprzyjaciela były też same ślady stóp, które wskazywały na kierunek marszu.

Wyznaczając miejsca na budowę schronu, wybierano takie, które znajdowały się blisko wody, a poszycie lasu nie było porośnięte mchem.

Zimą partyzanci przebywali dłużej w bunkrach i korzystali z zapasów, które gromadzili od wiosny do jesieni. Natomiast w pozostałych okresach roku częściej zmieniali swoje miejsca postoju, chociaż nie zawsze krótsze letnie noce były ich sprzymierzeńcem.

Życie w bunkrze

W lasach położonych między Lipinkami a Warlubiem w Borach Tucholskich znajdował się bunkier, w którym znalazło schronienie kilkunastu partyzantów. Byli wśród nich m.in. Jan Sikorski z Rychławy, jego siostra Wanda, Gusmann, Borucki i Dziuba. Od imienia Sikorskiego, który był dowódcą, grupa ta przyjęła nazwę „Janek”.

W tym samym czasie oraz w pobliskim terenie działała grupa „Brodków”, gdyż wszyscy jej członkowie nosili długie brody. Byli to znani mieszkańcy Lipinek, m.in. Szapański – dowódca, Skibicki, Wejner, Pozorski i trzej bracia Domachowscy. Materiały opatrunkowe do bunkrów oraz dla oddziałów do samego końca okupacji dostarczał Tokarski ze Skórcza.

Zgrupowanie por. rez. Alojzego Bruskiego, ps. „Grab”, które na Kociewiu było największym oddziałem partyzanckim w sile jednej kompanii, dysponowało latem 1943 r. pięcioma bunkrami w rejonie Dębiej Góry, własną kuchnią z piekarnią oraz dobrze zaopatrzonym magazynem żywnościowym. Bunkry te były połączone ze sobą rowem łącznikowym i zajmowały powierzchnię ok. 1,4 tys. m kw. W jego centralnej części znajdował się plac alarmowy.

Opisany wyżej zespół bunkrów należał do najlepiej ufortyfikowanych w Borach Tucholskich. Jego budowa trwała prawie dwa tygodnie. Stan liczebny załogi wynosił przeciętnie 20 osób. Byli wśród nich m.in. Antoni Bobkowski oraz jego córka Franciszka. Ubezpieczenie spoczywało na dwóch osobach: jednej w zakonspirowanym posterunku przy bunkrach i drugiej przy drodze leśnej Przewodnik – Błędno.

Pod koniec czerwca 1943 r. Niemcom udało się ustalić miejsce ukrycia partyzantów, co zmusiło ich do zmiany miejsca postoju pod osłoną nocy.

Wsparcie okolicznej ludności

28 grudnia 1944 r. Niemcy urządzili kolejną obławę na schron partyzancki „Graba” w rejonie Starej Huty. W bunkrze tym przebywało wtedy ponad 30 osób, w tym kilku Rosjan. Mimo znacznie przeważających sił wroga wszystkim partyzantom udało się wyjść z okrążenia. Najbardziej ucierpiała ranna w nogę Franciszka Bobkowska oraz inny partyzant, któremu podczas walki zaciął się pistolet.

Ludność polska dostarczała do bunkrów nie tylko żywność, lecz także informacje o ruchach policji i wojsk nieprzyjaciela. Na wyróżnienie zasłużyli m.in. Klemens Guziński z Małego Bukowca, który dostarczał do bunkrów żywność z narażeniem własnego życia, Ambroży Łepek, który dostarczał do lasu broń aż ze Starogardu, aptekarz Błachowiak z Czerska, który dostarczał materiały opatrunkowe, lekarz Rajewski ze Śliwic, który wykonywał w bunkrach zabiegi chirurgiczne, i ks. Jan Stryczek z Płochocina, który poza życiem partyzanckim niósł kolegom posługę kapłańską.

Śrut lepszy od karabinu

Maskowanie oddziałów w Borach Tucholskich było możliwe dzięki licznym zagajnikom, które utrudniały widoczność. Świadkowie tamtych wydarzeń twierdzili, że nie było nic widać na odległość kilku kroków, a w walce na bliską odległość broń śrutowa była lepsza od karabinu. Mimo utrudnionych w znacznym stopniu warunków geograficzno-topograficznych mogły się tu śmiało przemieszczać duże oddziały partyzanckie, takie jak „Świerki”, „Jedliny” oraz „Szyszki”. Partyzanci, aby nie narażać mieszkańców wsi, przeważnie mieszkali i przebywali na terenach leśnych.

Najtrudniejszym okresem była zima. Przemieszczanie się po drogach leśnych pokrytych śniegiem stawało się niemożliwe, a pozostawione na śniegu ślady ciążyły jak wyrok. Oddział odżywiał się wtedy zapasami zgromadzonymi w okresie jesiennym. W przypadku rozproszenia oddziału korzystano z dodatkowych zapasów przechowywanych w tzw. matecznikach żywnościowych.

Partyzanci podczas rekwirowania żywności zwracali uwagę, aby zdobyć w ten sposób jak najwięcej zapasów, gdyż na ich podstawie Niemcy próbowali ustalić, jak liczny jest oddział.

Ważną częścią oddziału był wywiad, który służył wyłącznie potrzebom organizacji. Zdobywał tylko informacje o przygotowaniach Niemców do obław, wskazywał miejsca ich koncentracji i postoju. Gromadził też wiadomości o planowanych akcjach żandarmerii.

Schrony dla „Gryfa”

Z rozproszonych na terenie Borów Tucholskich licznych grup partyzanckich powstała jedna z największych na Pomorzu Gdańskim organizacji podziemia niepodległościowego – Tajna Organizacja Wojskowa (TOW) „Gryf Pomorski”. Na jej czele stanął znany wówczas nauczyciel szkoły powszechnej ze wsi Kobyle Józef Dambek. „Gryf Pomorski” powstał z przekształcenia wcześniej powstałej organizacji „Gryf Kaszubski”. Ambicją ówczesnego dowódcy było połączenie wszystkich ugrupowań konspiracyjnych, które walczyły na terenie Pomorza Gdańskiego, i stanięcie na ich czele.

Oddziały „Gryfa Pomorskiego” rozpoczęły budowę licznych bunkrów, których liczba z miesiąca na miesiąc wzrastała. Włodzimierz Jastrzębski z Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy podaje, że na terenie Borów Tucholskich „Gryf Pomorski” posiadał ok. 200 dobrze zakonspirowanych bunkrów, przez co stał się największym dysponentem tych obiektów. Autor ten wymienia trzy rodzaje schronów: pierwsze z nich służyły wyłącznie członkom Rady Naczelnej organizacji oraz jej kierownictwu, drugi rodzaj był wykorzystywany w przypadku dekonspiracji poprzednich, a z trzeciego korzystali pozostali partyzanci, którzy wykonywali przede wszystkim zadania operacyjne i szturmowe.

Każdy bunkier miał dowódcę, zastępcę i trzech członków załogi, którzy tworzyli najczęściej drużynę lub sekcję bojową. Część członków ugrupowania przebywała w bunkrach, natomiast pozostali partyzanci, którzy stanowili odwód oddziału, mieszkali w swoich domach i stawiali się do służby na wyraźny rozkaz przełożonego. Ich mieszkania w wyjątkowych sytuacjach wykorzystywano również do zakwaterowania niektórych partyzantów po zakończeniu akcji. Należy podkreślić, że ze względów bezpieczeństwa w bunkrach nie należało przebywać dłużej niż miesiąc.

Razem, czyli osobno

W 1944 r. na terenach Borów Tucholskich pojawiło się kilka sowieckich grup desantowych, których celem była działalność rozpoznawczo-zwiadowcza. Oddziałom tym udało się nawiązać kontakt z partyzantami AK, zwłaszcza z oddziałem partyzanckim „Jedliny-102”, którego dowódcą był por. Jan Sznajder, ps. „Jaś”. Na czele rosyjskiej grupy desantowej stał wówczas por. Kazimierz Waluk, ps. „Żelazny” i „Czarny Waśka”. Oddział Waluka nawiązał też kontakt operacyjno-bojowy z innym oddziałem AK o kryptonimie „Świerki”, na co wcześniej wyraził zgodę komendant Okręgu AK „Pomorze”.

Od tej chwili „Jedliny” i „Świerki” wspomagały sowieckie grupy desantowe, zapewniając im pomoc i osłonę. Partyzanci z tych oddziałów doskonale znali najmniej dostępne rejony Borów Tucholskich, byli więc dobrymi przewodnikami. Z czasem współpracę tę rozszerzono na rozbudowę sieci bunkrów i działalność kurierską. Odtąd meldunki wywiadowcze trafiały od dowódców partyzanckich AK „Jedliny” i „Świerki” do radiotelegrafistów sowieckich, którzy po zaszyfrowaniu przekazywali je drogą radiową do sztabu Frontu Białoruskiego.

Mimo licznych kontrowersji organizowano z sowieckimi grupami desantowymi wspólne patrole oraz planowano wspólne akcje. Jedną z nich było uderzenie dużymi siłami na Czersk Świecki w nocy z 21 na 22 września 1944 r. Współdziałanie obu stron cechowała jednak nieufność, która była uzasadniona okolicznościami aresztowania pod koniec wojny całego oddziału partyzanckiego „Jedliny” wciągniętego przez NKWD w perfidną pułapkę.

5 stycznia 1945 r. komendant okręgu pomorskiego AK płk J. Pałubicki, ps. „Piorun”, wydał rozkaz nakazujący oddziałom partyzanckim AK zerwanie kontaktów z sowieckimi grupami desantowymi w związku ze spodziewaną ofensywą Armii Czerwonej.

Po wojnie opowieści o wspólnych akcjach i próby powoływania się na nie nie miały już większego znaczenia. Prawie każdy, kto ujawnił swoją konspiracyjną działalność, miał do czynienia z NKWD lub UB, tzn. był skazany, zesłany lub ścigany, a „w najlepszym razie” szykanowany.

Zapasy ukryte w ziemi

Oddział partyzancki „Świerki” pod wodzą kpt. Stefana Gussa, ps. „Dan”, również korzystał w Borach Tucholskich z tymczasowych kwater, zwanych bunkrami. Początkowo ich bazą była wieś Zalesie, a ściślej – gęsty zagajnik na szlaku Wrzosowiska – Zdroje. Oddział ten posiadał wkopane w ziemię 20-litrowe konwie do mleka, które były wypełnione mielonym mięsem wieprzowym i dziczyzną. W środku znajdowało się również masło topione oraz ser. W kilku innych beczkach przechowywano zapasy ogórków kiszonych i kapusty. Podobne rezerwy żywnościowe były magazynowane w innych punktach Borów Tucholskich. Wykorzystywano je szczególnie wtedy, gdy oddział musiał w trybie alarmowym się przegrupować. Na miejsca kolejnych postojów wybierano głównie takie, które znajdowały się w pobliżu naturalnych zbiorników wodnych, chroniąc w ten sposób żywność przed zepsuciem. Obóz „Świerki” posiadał ponadto zamaskowaną studnię, podziemną spiżarnię oraz kuchnię.

Pododdział przez pewien czas dysponował nawet własnym lekarzem. Był nim Antoni Gdaniec, ps. „Krzywonos”, którego przerzucił z Bydgoszczy do Borów Tucholskich Maciej T. Krzyżanowski, ps. „Jakub”.

Dowódca oddziału partyzanckiego „Świerki” Stefan Guss, ps. „Dan”, uniknął szczęśliwie aresztowania, mimo że był intensywnie poszukiwany przez gestapo, żandarmerię, policję i Jagdkommando. Jego zdjęcie pochodzące jeszcze sprzed wojny i umieszczone na listach gończych było znane niemal we wszystkich miejscach publicznych. Ostrzegało go wiele osób, które znał, a znał ich bardzo dużo. Nie dość, że posiadał liczną rodzinę, to jeszcze miał wielu przyjaciół i znajomych, z którymi przed wojną współpracował na terenie Kociewia jako wiejski nauczyciel. Dzięki tym ludziom oraz licznej sieci bunkrów, z których „Dan” i jego partyzanci korzystali, udało mu się ocalić życie.

Dr Stefan Cosban-Woytycha