Mimo wcześniejszych prognoz pierwszomajowa środa przywitała biegaczy pięknym, choć złudnym słońcem. Punktualnie o godz. 11 cały bieg ruszył ze stadionu Olimpii na ulice Grudziądza, następnie mostem na drugą stronę Wisły. – Ten most i ta długa prosta do ronda wydawała się strasznie długa. Do tego to piekące słońce. Marzyłam tam o odrobinie cienia i wodzie – wspomina pani Ania.
Na zbawienny kubek wody biegacze najszybciej mogli liczyć na 10. kilometrze, w okolicach Górnej Grupy. Wielu decydowało się oblać całe ciało. Tu zaczęły się pierwsze kryzysy i zwątpienia. Co chwila ktoś przestawał biec, szedł, truchtał albo ledwo powłóczył nogami, mówiąc: „nie dam rady”. Zawsze znalazł się jednak ktoś, kto powiedział: „dasz radę”, „już niedaleko”, „biegnij”. Podobne zadanie mieli pacemakerzy. – Moją misją jest biec takim tempem, aby moja ekipa dobiegła z czasem 1:40 do mety. To bardzo odpowiedzialne zadanie. Do tego muszę być jak ojciec, motywować, wspierać. Na szczęście się udało i niektórzy moi podopieczni zrobili nawet życiówki – przyznał pan Andrzej.
Wiele pozytywnych emocji na trasie dawali kibice. U większości uśmiechy wywoływał starszy pan grający w środku lasu na akordeonie. Rozbrajały też kilkuletnie dzieci przybijające piątki w Grupie. – Biegnę kolejny raz. Wiem, że one tu będą i będą zarażały swoją dziecięcą radością. Kawałek dalej będzie punkt odżywczy, tam z kolei masa radosnych wolontariuszy z bananami i wodą. A potem taka mała wioska – tam zawsze syrena strażacka wyje – naprędce wymieniał jeden z biegaczy. Wspomniana wioska to Buśnia.
Na trasie biegacze pozdrawiali, robili zabawne miny do obiektywu i unosili kciuk na znak, że jest dobrze. Choć nie zawsze tak było. – Superatmosfera, świetna organizacja. Ostatnie kilkaset metrów to już prawdziwa mordęga. Człowiek wybiega z lasu, widzi pałac, wiadomo, że meta tuż-tuż, a tu nagle już na terenie parku na terenie Hanza Pałacu niespodzianka w postaci podbiegu – wspomina pani Justyna. Po kolejnych kilkuset metrach wreszcie upragniona meta. Tuż za nią każdy biegacz otrzymywał pamiątkowy medal. Było zmęczenie, ale były też okrzyki radości, szczęście i łzy wzruszenia. Bieg ukończyło 736 uczestników (w tym wielu mieszkańców naszego powiatu), siedmioro – głównie z powodu kontuzji – musiało zejść z trasy.
Jako pierwszy na linii mety VII Półmaratonu Grudziądz – Rulewo Śladami Bronka Malinowskiego zameldował się Kamil Nartowski, wśród kobiet najszybsza była Katarzyna Pobłocka-Głogowska.
Po raz trzeci zorganizowano biegi dla dzieci i młodzieży „Być jak Bronek” – w czterech kategoriach wiekowych wystartowało prawie 140 uczestników. Wszystkie miejsca były zajęte na długo przed terminem biegu. – To tylko świadczy o tym, że duch biegania w narodzie nie ginie – podkreślała Izabela Piwowarska, dyrektor półmaratonu. – Wręcz przeciwnie, rośnie dosłownie z każdym dniem, co widać nie tylko po biegających dzieciach, ale i dorosłych uczestnikach półmaratonu. Gdyby nie limity, byłoby ich jeszcze więcej. Pozostaje nam organizatorom podziękować biegaczom za chęć wspólnego biegania, a sponsorom i wolontariuszom i wszystkim służbom, że zawsze możemy na nich liczyć – dodawała.
MP