Magdalena Potulska: Kim jest Krzysztof Kapka?
Krzysztof Kapka: Mam 39 lat, jestem żonaty, mam dwoje dzieci: nastoletniego syna oraz córkę. Od sześciu lat mieszkam w Grupie. Przedtem od urodzenia mieszkałem w Grudziądzu. Z wykształcenia jestem inżynierem technologii żywności i żywienia człowieka. Jednak na co dzień pracuję w jednostce wojskowej. Dodatkowo od kilkunastu lat współpracuję z ogólnopolskim czasopismem sportowym, tworząc treści dla działu w zakresie odżywiania.
I do tego ma pan ciekawą rowerową pasję.
Na co dzień prowadzę aktywny tryb życia. Między innymi zwiedzając, żeby nie powiedzieć zjeżdżając, okolicę na rowerze. Poza tym trenuję na siłowni, w młodości dużo grałem w koszykówkę. Interesuję się też tworzeniem muzyki, a jak czas pozwala, lubię sięgnąć po dobrą książkę podróżniczą.
Wróćmy może do tych rowerów – jak to się zaczęło?
– Rower tak naprawdę był od dzieciństwa w moim życiu. Jednak poważniej zaczął mnie kręcić, dopiero kiedy zamieszkałem w Grupie. Zwyczajnie ciągnęło mnie do miejsc zza okna. Wkoło sporo leśnych terenów Borów Tucholskich, aż się prosiło, aby pozwiedzać. Rower był najlepszym pomysłem na poznanie okolicznych miejsc. Przyznam, że zainspirowałem się też kilkoma blogami i stronami w internecie prowadzonymi przez osoby z zajawką na rower. Pewnego dnia kupiłem nowy sprzęt i ruszyłem po prostu przed siebie. Pamiętam, ile to dawało radości. Prowadzony zwyczajną ciekawością wjeżdżałem w każdą leśną dróżkę. Mimo że kondycja wtedy jeszcze była słaba, to głowa chciała coraz więcej i dalej. Zdarzało się tak, że wracałem padnięty, mówiąc sobie – na rower jutro nie wsiadam. Oczywiście zmęczenie mijało, a ja ponownie ruszałem w drogę.
Planuje pan trasę z wyprzedzeniem, czy może po prostu jedzie na zasadzie dokąd oczy, a raczej koła, poniosą?
– Z reguły działam spontanicznie. Oprócz roweru i pracy toczy się jeszcze życie rodzinne, więc ciężko cokolwiek na dłuższą metę planować, choć czasami i to się udaje.
Posiłkuje się pan aplikacjami, mapami?
– Bardzo rzadko. Kiedy kilka lat temu poznawałem dzikie tereny w okolicach Grupy, wówczas jeszcze nie byłem posiadaczem wielofunkcyjnego smartfona, więc szwendałem się z kompasem.
Jeśli jest jakiś dalszy cel wycieczki, to najpierw poglądowo patrzę na Mapy Google. Najczęściej wygląda to tak, że jedzie się i tak inaczej, niż się zakładało. Trasa z różnych względów tworzy się sama podczas jazdy. Kiedy już naprawdę nie wiadomo, jak jechać, to włączam nawigację w telefonie. Mimo wszystko ja lubię mapy papierowe. Dają mi poczucie większego pola widzenia i nie wymagają naładowanej baterii. Tak na marginesie tu muszę zdradzić, że te dalsze wypady planuje moja żona. To ona ma cierpliwość do analizowania tras i liczenia kolejnych kilometrów.
Czym dla pana jest rower?
– Rower jest dla mnie odskocznią od codzienności, sposobem na stres. Zdarza się, że po pracy jadę pokręcić choć na godzinkę, jednak często wychodzą z niej dwie, a nawet i trzy. To dla mnie zdrowe uzależnienie, a otaczające okolice dodatkowo ułatwiają sprawę. W podobny nałóg wpadła również moja żona. Oprócz tych wycieczek w koło komina czasami pakujemy rowery w pociąg lub na dach samochodu i wyruszamy pojeździć w Polskę. Tu z pomocną dłonią przychodzą nam rodzicie, którzy w tym czasie mają intensywny kontakt z wnukami.
Wspomniał pan, że inspiracją były blogi i rowerowe strony internetowe, stąd też powstał pomysł na prowadzenie własnego fanpage’a?
– Tak można powiedzieć. Po kilku wyprawach rowerowych przyszedł mi taki pomysł do głowy. Tym bardziej że przy okazji bardzo lubię fotografować i dzielić się pasją. Tak powstał profil na Facebooku – Aktywny Relaks. Dzięki niemu poznałem kilka osób. One z kolei pomogły mi trafić w wiele ciekawych miejsc, o których nawet nie miałem pojęcia.

Jaki przyświecał panu cel przy zakładaniu tego profilu?
– Czy miałem jakiś szczególny cel, trudno powiedzieć. Z całą pewnością za jego pomocą i publikowanych zdjęć, głównie z uroczych i mało znanych miejsc, zmotywowałem kilka osób do aktywności rowerowej i chyba to jest takim moim małym sukcesem. Oczywiście, jeśli publikowane przeze mnie zdjęcia się ludziom podobają, to również cieszy.
Profil prowadzę również na własne potrzeby. Pomaga mi jako baza zdjęciowa i jest dla mnie pewnego rodzaju pamiętnikiem. Często wracam poprzez wyszukiwarkę do własnych postów, a tym samym do chwil pełnych wspomnień. Jednocześnie tworzę historię miejsc, w których byłem, a te przez lata potrafią się mocno zmieniać.
Wielu osobom obserwującym moją stronę przywołuję wspomnienia z miejsc, w których kiedyś mieszkali czy spędzali dzieciństwo. Dowiedziałem się, że niektóre z tych osób nie mieszkają w Polsce. Dzięki profilowi i mojej aktywności mogą zobaczyć, co się dzieje na starych śmieciach. Kiedyś miałem nawet zabawną historię związaną z tą stroną.
Proszę opowiedzieć
– Pewnego razu, ku mojemu zaskoczeniu, zostałem rozpoznany przez jedną z pań, kiedy biegałem z aparatem nad kanałem Brdy w Bydgoszczy. To było przemiłe spotkanie. Pogawędziliśmy sobie o odwiedzanych przeze mnie miejscach, które to były rodzinnymi stronami tej pani. Mamy nawet wspólne pamiątkowe foto. Internet przydaje się w tej całej zabawie rowerowej.
W dużej mierze odwiedza pan unikatowe wiejskie tereny, o których wiedzą nieliczni (Bąkowski Młyn, Piła Młyn, Dubielno). Na trasie piach, dziury, kałuże – takie wyprawy najbardziej pan lubi?
– Tak, takie miejsca kręcą mnie najbardziej, dzikie, dalekie od cywilizacji. Czasami dystans niewielkich 20 km potrafi zwalić z nóg. Głównie wybieram drogi leśne, piaszczyste, pagórkowate, ale właśnie dzięki nim poznałem wiele miejsc, do których wracam, zwyczajnie odpocząć. Choćby podumać w lesie nad rzeką Mątawą. Okolice wymienionych miejscowości to po prostu przyroda – zwierzęta, lasy, woda, cisza. Uważam, że tego potrzebuje do życia człowiek, szczególnie w dzisiejszych czasach.
Ma pan swoje ulubione miejsca, do których szczególnie lubi wracać?
– Często zaglądam właśnie do tych wspomnianych przez panią miejscowości, ale chętnie jeżdżę do takich jak Buśnia, Pięćmorgi czy Borowy Młyn. Nieco dalej wypuszczam się nad Jezioro Bielskie w Taszewku, ale też nad Radodzierz, jeziora w Głodowie czy Krzewinach, nad Łąkosz w Osinach i nad Rybno.
Cieszy też np. zwyczajny wąwóz bukowy na szczytach Buśni. Płynąca struga w wielkim parowie tuż za Piłą Młyn, czy też, jak teraz w okresie wczesnej wiosny, rozmawiające ze sobą żurawie na leśnej polanie. Dużo przyjemności daje polowanie po cichu aparatem na zwierzynę. Oj, już trochę się tego nazbierało. Przez te kilka lat kręcenia po okolicach nakreśliło się kilka tras prowadzących do wymienionych miejsc. W zależności od preferencji (z kim jadę), można modyfikować i wybierać ich trudność. Często też lubię jeździć do miejsc nie tylko związanych z przyrodą, ale i z naszą historią.
Czyli na przykład gdzie?
– Sama Grupa to miejsca pełne historii. Dookoła stare cmentarze, budynki, schron piechoty. Ukryte w lesie pofabryczne pozostałości z czasów wojny (kanały technologiczne, betonowy zbiornik). Stare drewniane domy, a w pobliskim Rulewie pałac, stara kuźnia i rodzinny dom olimpijczyka Bronka Malinowskiego. Nie sposób nie wymienić mogiły poległych w Mniszku.

A z kim pan zwykle jeździ?
– Różnie to wygląda. Najwięcej kilometrów pokonuję z żoną. Na krótsze wycieczki jeździmy z dziećmi. Czasem przyłączy się brat, kolega, szwagier, jednak nigdy nie są to duże grupy. Często jeżdżę też po prostu sam. Jazda w samotności nie jest dla mnie jakimś dyskomfortem. Podczas tych wycieczek szybko można nauczyć się przebywania samemu ze sobą. Może to teraz zabrzmi trochę samolubnie, ale jednak jazda w pojedynkę albo w mniejszym gronie daje większy komfort, bo można po prostu czuć się wolnym. Nie trzeba do nikogo dopasowywać tempa i można jechać, jak i gdzie nam się podoba.
A zdarzały się jakieś przygody na zasadzie pobłądzić w lesie, przebite koło, nagła ulewa, choć chwilę temu było piękne słońce, a może śnieg, bo widzę, że zimą również pan nie odpuszcza?
– Oj tak, wiele razy uciekałem przed deszczem. Z czasem, nauczony doświadczeniem, zacząłem zabierać ze sobą lekką płachtę biwakową. Kiedyś pod takim prowizorycznym namiotem przesiedzieliśmy z żoną trzy godziny, czekając, aż przestanie lać. Miało to też swoje plusy. Rozbiliśmy się nad jeziorem i mogliśmy po prostu spokojnie ze sobą porozmawiać. Z dala od obowiązków domowych i codziennej gonitwy, bo tak po prawdzie tego bezużytecznego czasu zwyczajnie brakuje.
Innym razem podczas wycieczki z Piasków za Krynicą Morską do ujścia Wisły w Mikoszewie urwanie chmury trzeba było przeczekać w jakiejś dziwnej betonowej konstrukcji pełnej gruzu, w dodatku o wymiarach dosłownie metr na metr. Było to jedyne miejsce w okolicy, które dawało dach nad głową. Powrót do obozowiska odbywał się w totalnych ciemnościach. Nie mogliśmy znaleźć, schowanego nad samym morzem, naszego dzikiego pola namiotowego. Wjeżdżaliśmy w kilka kolejnych dróg dojazdowych do plaż. Nocą wszystkie wyglądały podobnie. W końcu za kolejnym razem się udało. Nakręciliśmy wtedy ponad 100 km, zmęczeni byliśmy niemiłosiernie. Za to do dziś to wspominamy i śmiejemy się z tych wspomnień. Pobłądzić w lesie też mi się zdarzyło kilka razy. Co pan wtedy robił, co czuł?
– Podczas pierwszych wycieczek bez map i elektroniki tę panikę zagłuszałem tłumaczeniem, że przecież jestem w Polsce. Koniec końców, jeśli będę trzymał stały kierunek, to w niespełna godzinę wyjdę na jakąś drogę albo w pobliże zabudowań, gdzie będę mógł zapytać kogoś, gdzie jestem i jak trafić do domu.
Co do przebitych kół, to mam chyba szczęście. Przez ostatnie sześć lat na trasie zmieniałem dętkę tylko raz. Drugi raz chyba przeholowałem z ciśnieniem podczas pompowania i dętka huknęła jeszcze w piwnicy.
A zimą?
– Wbrew pozorom zimą jeździ się bardzo przyjemnie. Oczywiście jadę wtedy znacznie krótsze trasy. Podstawą jest to, że trzeba się dobrze ubrać. Tak żeby nie wiało w szyję, głowę i rękawy, i ciepłe buty trzeba mieć, bo nogi potrafią zmarznąć. A już w ogóle podczas chwili przerwy w pedałowaniu bardzo szybko robi się zimno. Przyjemna jest jazda po śniegu, kiedy ten charakterystycznie chrupie pod kołami. Zdradliwy jest natomiast lód pod śniegiem. Jednak dotychczas na ziemi wylądowałem tylko raz. W sumie to rower uciekł mi spod tyłka. Ogólnie mogę uznać, że udaje mi się jeździć bezpiecznie i szczęśliwie.
Jakoś szczególnie przygotowuje się pan do takich wyjazdów?
– Zimą obowiązkowo zabieram ciepły napój w termosie. Cały czas szukam też lekkich rozwiązań na zagrzanie posiłku w terenie. Problem jest taki, że prawo zakazuje palenia ognisk bez zgody właściciela terenu (czyli głównie nadleśnictwa) poza miejscami do tego wyznaczonymi, a tych mimo wszystko jest wciąż bardzo mało. Dodatkowo nie na każdym kempingu wolno to robić. Testowałem już kuchenki gazowe, kuchenki na paliwo stałe w kostkach oraz te wykonane ze zwykłej puszki na drzewo, efekt był różny. Na bardziej wyszukane eksperymenty typu gotuj w terenie, nastawiam się, kiedy czeka mnie dłuższy odpoczynek, kiedy wiem, że nie muszę się spieszyć.
Na cieplejsze dni oczywiście obowiązkowa woda i zawsze jakieś jedzenie typu energetyczne produkty, banany, batony, czekolada.
Średnio ile kilometrów pan przemierza podczas tych swoich rowerowych wypraw?
– Ciężko stwierdzić, co oznacza wyprawa, bo dla każdego to pojęcie jest inne, indywidualne, uzależnione od wielu różnych czynników. Zimą trasy są krótsze i liczą około 20–30 km, latem wydłużają się nawet do ok. 100 km dziennie, ale te to są już bardziej zaplanowane. Z ostatnich sezonów, choć u mnie sezon to się raczej nigdy nie kończy, ale OK, nazwijmy je tymi letnimi, to z większych wypraw mogę przytoczyć np. kilkudniowy pobyt nad morzem polegający na zjeżdżeniu nadmorskiego pasa Polski po prawej stronie Wisły czy podróż z sakwami z Grupy pod namiot na Pojezierze Brodnickie. Było też kilka ciekawych jednodniowych dłuższych tras m.in. Bydgoszcz – Koronowo – Grupa, Toruń – Grupa, Chłapowo – Hel i sporo tras po Borach Tucholskich, z których wracało się prawie o północy.
Co pan przywoził z tych wypraw?
– Wspomnienia, fotografie, nowo poznawane miejsca, rzeczy, ludzi. Wszystko to powoduje uśmiech na twarzy. Do wielu miejsc chce się naprawdę wracać. Nie bez znaczenia jest też fakt, że przy okazji poprawia się też tak zwaną formę i kondycję fizyczną. Mimo że chcę tu zaznaczyć, że moja jazda jest rekreacyjno-krajoznawcza.
A może coś też pana smuci?
– Zdecydowanie wycinka lasów, które znikają na potęgę. Jeśli posadzi się tyle samo drzew, ile zostało ściętych, to OK. Jednak tak na moje oko, choć chciałbym się mylić, to nie do końca ta gospodarka leśna tak wygląda.
Niektóre szlaki wymagają ponownego oznakowania. Są słabo widoczne lub po prostu kończą się nagle, nie wiadomo dlaczego. Część tras turystycznych jest już nieaktualna ze względu na zniszczenia, które spowodowały występujące przez ostatnie lata silne wiatry. Przykładowo w lasach pod Tucholą niektóre szlaki nie są dostępne przez powalone drzewa. Wierzę, że w niedalekiej przyszłości odpowiednim służbom uda się ten stan naprawić.
Przydałoby się też wyznaczenie miejsc kempingowych, takich, gdzie można by zgodnie z przepisami rozstawić namiot, przenocować i rano ruszyć dalej w trasę. Z pewnością dla wielu osób byłaby to dodatkowa motywacja do przemierzania Borów Tucholskich zarówno rowerem, jak i pieszo.Za to cieszy mnie inne działanie nadleśnictwa. Powstające wiaty, punkty wypoczynkowe, trasy dydaktyczne, szlaki wyznaczone choćby na spacery z kijkami. W jednym z takich punktów jest nawet miejsce z drewnem na ognisko.
Co by pan powiedział, a może poradził, wszystkim tym, którzy również myślą o tym, aby w taki sposób poznawać okolice?
– Najlepsza rada to nie myśleć ani nie planować za dużo. Po prostu zwyczajnie zabrać plecak, wyjść z domu, wsiąść na rower i ruszyć przed siebie. Może trudno w to uwierzyć, ale w taki sposób powstają te najlepsze małe przygody. Nie trzeba do tego drogiego sprzętu, gadżetów, kolorowych ubrań. Każdy oczywiście ma swoje priorytety. Za to ważne, aby rower był sprawny, a odzież wygodna. Szczególnie zimą przydaje się ta termoaktywna. Zapewne większość z nas, kiedy tylko odjedzie rowerem od swojego miejsca zamieszkania na 10 czy 20 km, znajdzie jakieś ciekawe miejsca. Naprawdę można się bardzo zdziwić, bo z perspektywy roweru świat wygląda zupełnie inaczej. Rower prowadzi do miejsc zupełnie nieznanych, a z drugiej strony powiększa zasięg, który trudno ogarnąć np. pieszo.
A jakieś plany na zbliżający się sezon rowerowy, może jakieś cele na dalsze wyprawy albo rowerowe marzenie do spełnienia?
– Tak, zawsze są jakieś plany, większe lub mniejsze. Oczywiście na nic się mocno nie nastawiam, bo rożnie z tym bywa, a rozczarowania nie są przyjemne. Czas pokaże. Z tych realnych planów to dojazd z sakwami nad morze na lewą stronę Wisły i tam wykręcanie kilometrów z noclegami pod zabranym ze sobą namiotem. Innym pomysłem jest szlak Green Velo. W głowie kroi się pomysł na jazdę prawą i lewą granicą Polski. Tą ostatnią również po stronie niemieckiej. Marzą się też i góry. Pozostałe marzenia zostawię już dla siebie.
Dziękuję za rozmowę i życzę spełniania tych marzeń.
Magdalena Potulska