Kiedy rodzice grzmią: musisz chodzić do przedszkola, a potem do szkoły, uczyć się, rozwijać, bo inaczej nic w życiu nie osiągniesz, a jako dowód pokazują siebie: zapracowanych, zestresowanych, kilkulatek zbija wszystkie argumenty jednym zdaniem: - Osiągnę wolność! I jak tu być dla niego autorytetem?
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jaś ma dziewięć lat, Gucio – siedem. Razem z mężem staramy się być dla nich wzorem, licząc, że uda nam się wykreować określone postawy. Czasami próbujemy tylko być: słuchać więcej niż mówić.

Różnie to wychodzi, nierzadko wpadamy w pułapkę moralizatorskiego tonu, karcimy spojrzeniem, przerywamy przydługie tłumaczenia i narzucamy nasz punkt widzenia. Chłopcy bronią się, jak potrafią: zgłaszają wątpliwości, wyśmiewają niekonsekwencję, wytykają błędy dorosłych, odganiają się od dobrych rad i uparcie walczą o to, by ich głos miał dla nas znaczenie.

Przeglądając spisane nasze i ich rozmowy, próbuję odpowiedzieć na pytanie: czy jest sens, by za wszelką cenę kreować się na autorytet?

Jaś i Gucio z mamą
Jaś i Gucio z mamą  Arch. Doroty Witt

Gucio kocha wolność

Pierwszy raz prztyczka w nos za ciągłe przypominanie o rzeczach oczywistych dostałam w miejscu publicznym. To było pierwsze wyjście chłopców do Teatru Polskiego w Bydgoszczy na „Plastusiowy pamiętnik". Jakoś w połowie przedstawienia byłam zmuszona wyjść do toalety. Szeptem przeprosiłam chłopców, bezszelestnie wyszłam z sali. Przeciskanie się między widzami w drodze powrotnej też przebiegło bez zakłóceń, choć na scenie akurat zapanowała znacząca cisza. Wtedy odezwał się młodszy syn, na cały głos: – O, już jesteś, mamo. Mam nadzieję, że spuściłaś wodę!

Innego razu musiałam się pogodzić z tym, że chłopcy mają zupełnie inny pomysł na swój wolny czas niż ja.

Mama: Jasiu! Niespodzianka! Zapisałam ciebie i Gucia na zajęcia artystyczne!

Jaś: Yyy, ale po co?

Mama: No żebyście się rozwijali. Cieszysz się?! Wiesz, trochę się nagimnastykowałam, żeby was zapisać…

Jaś: No to teraz się nagimnastykuj, żeby nas wypisać.

Wolny czas to świętość dla Gucia. Używa w tej kwestii argumentu ostatecznego, na który nie mam odpowiedzi.

Mama: Gucio, dziś trzeba iść wcześniej spać. Jutro wracasz po tej długaśnej przerwie świątecznej do przedszkola.

Gucio: Ale ja chcę mieć ciągle wolne!

Mama: Nie można mieć ciągle wolnego. Jakbyś sobie ciągle robił wolne, nic byś w życiu nie osiągnął.

Gucio: Osiągnąłbym: wolność!

CZYTAJ TAKŻE: Chełmno. V Kujawsko-Pomorski Dzień Młodego Sportowca Olimpiad Specjalnych to cała sala radości

Innym razem tuż przed wyjściem do przedszkola wypłynął temat samodzielności i decydowania o sobie.

Gucio: Mamo, zobacz, sam się ubrałem, mam nawet skarpetki, wszystko sam znalazłem i wszystko do siebie pasuje!

Patrzę więc i rozpoczyna się moja wewnętrzna walka. Przypominam sobie wszystkie mądre poradniki, w których jednak tego casusu nie omawiali, w końcu wypalam: – No pięknie, Guciu! Jestem z ciebie dumna. Coś bym jednak zmieniła. Poprawiłabym spodnie, bo są tyłem na przód.

Gucio: A, to nic. Będę chodził tyłem do przodu, żeby mieć przód spodni z przodu.

Gustaw dał się w końcu przekonać, że przedszkole nie tylko zabiera (wolność), ale i daje (kumpli). Wciąż czuł jednak potrzebę zamanifestowania swoich poglądów.

Mama: O, a dlaczego masz te niebieskie spodnie? Przygotowałam ci przecież twoje ulubione.

Gucio: Nie mogłem włożyć tamtych, przecież jest poniedziałek, a to są moje spodnie wolnościowe. Zakładam je tylko w weekendy.

Planowanie weekendów to nie jest łatwa sprawa. Każdy ma inny pomysł, jak go spędzić. Zwykle to ja staram się spinać wszystkie plany. Długo byłam przekonana, że wychodzi mi to całkiem nieźle.

Jaś i Gucio. Jazda na rowerze, to jedno z ich ulubionych zajęć
Jaś i Gucio. Jazda na rowerze, to jedno z ich ulubionych zajęć  Arch. Doroty Witt

Jaś: O nie, mamo! Jutro jest pierwsza sobota czerwca, musimy zaplanować sobie weekendy na cały miesiąc.

Planują.

Mama: O, a ten weekend musicie sobie zaplanować sami z tatą, bo ja mam dyżur.

Gucio: Hurra! Nareszcie trochę odpoczynku!

Mama: Gucio, dyżur to znaczy, że jestem w pracy…

Gucio: No mówię: hurra, nareszcie trochę odpoczynku od mamusi!

Rodzice to nie gwiazdka z nieba

Kiedy Jaś był w przedszkolu, wypracował swój autorytet i za nic miał nasze protesty, kiedy okazało się, że osiągnął go dzięki argumentowi siły, a nie sile argumentów.

Jaś: Mamo, miałaś rację. Moi koledzy nie są tacy głupi. Pokazałem dziś jednemu moją nową szczoteczkę, wiesz, różową, i wcale się nie śmiał, że mam szczoteczkę dla dziewczyn.

Mama: Właśnie o to mi chodziło. Gdyby się ktoś dziwił, wystarczy powiedzieć, że każdy może mieć taką szczoteczkę, jaką chce. A co mówił ten kolega?

CZYTAJ TAKŻE:  "Pomagajmy dzieciom nazywać emocje. Samotnie przed komputerem trudno je wyrazić"

Jaś: W sumie to nic nie powiedział. Ja mówiłem: „Patrz, to moja nowa szczoteczka, różowa. Jak się będziesz śmiał, to dostaniesz w zęby".

Czasem bardzo szybko okazuje się, że nie nadążamy za planami, marzeniami, a nawet myślami synów. Jak w dniu szóstych urodzin Jasia.

Jaś: Dzięki za rower. Jest dokładnie taki, jak chciałem, nawet nóżkę ma, to najważniejsze! Ale wiesz, ja marzyłem też o nowych okularach do pływania.

Gucio: Tak, tak, ja też chcę mieć okulary!

Jaś (spiorunowany wzrokiem mamy): Dobra, dobra, uspokój się, Gustaw. Rodzice to nie gwiazdka z nieba.

Podczas wakacji w Hamburgu plac zabaw był pierwszym miejscem, które odwiedziliśmy. Chciałam, by chłopcy mogli od razu nawiązać relacje z obcojęzycznymi rówieśnikami. Planowałam to tygodniami. Gdzie stanę, by mieć sytuację pod kontrolą, ale się nie narzucać. Co powiem, a czego na pewno nie. W końcu stało się.

Siedmioletni Gucio ceni sobie wolność
Siedmioletni Gucio ceni sobie wolność  Arch. Doroty Witt

Jaś: Mamo, mamo, ten chłopiec mówi coś do mnie po niemiecku i się ze mnie śmieje.

Mama: Nie śmieje się, uśmiecha się do ciebie.

Jaś: Wiem, co widziałem. A widziałem zęby, to znaczy, że się śmieje. I co mówił przy tym?

Mama: Pytał, jak masz na imię i czy może przysiąść się na karuzelę.

Jaś: Pewnie, że może! E, ty… chłopcze, możesz!

Mama: On mówi też po angielsku. Zapytaj, czy chce się z tobą pobawić.

Jaś (odkrzykuje już z wieży, na którą wszedł ramię w ramię z chłopcem): Przecież już się razem bawimy, to po co o tym mówić?

Mowę odebrało mi też, kiedy tata (za kierownicą) próbował zaimponować synom i nagle okazało się, kto jest bardziej odpowiedzialnym kierowcą.

Jaś: Tato, a pojedziemy tą drogą, co mało kto jeździ? Pokażemy mamie, jak jeździmy, kiedy jesteśmy sami!

Mama (łapie się fotela): A jak jeździcie?

Jaś: Na wariata!

Gucio: Tak, tak, na wariata. Jasiu, a jak to jest na wariata?

Jasiu (ciszej): A pamiętasz, jak ostatnio tata zrobił hopę i się auto oderwało czterema kółkami od ziemi? No, to jest właśnie na wariata.

Mama wbija paznokcie w fotel, wie, że protesty na nic.

Jadą. Jadą szybciej. Hopa. Mama oddycha. Chłopcy szaleją. Tata – poker face.

Gucio: No, widziałaś, mamo? Tak właśnie jeżdżą bezmózgowcy.

CZYTAJ TAKŻE: Potrzebowałam tygodnia, żeby pokochać córkę - mówi mama Agaty z zespołem Downa

Kiedy szkoła nie zdaje egzaminu

Pierwsze dni szkoły zapamiętaliśmy jako duży stres, przede wszystkim nasz. Okazało się, że stresujemy się tym, czym na pewno nie powinniśmy. W domu tematem numer jeden były porządki na biurku pierwszaka. A biurko zdominowały klocki, figurki i sterty bardzo potrzebnych karteluszek.

Jaś: Mamo, coś ci powiem, tylko pamiętaj, że nie ma co tracić nerwów na błahostki. Posprzątałem na biurku.

Mama: To mnie nie denerwuje, a nawet przeciwnie, jestem z ciebie dumna. W końcu.

Jaś: Ja też. Na blacie nie ma już żadnych niepotrzebnych rzeczy! Problem jest taki, że teraz nie otwiera się okno, znaczy otwiera się, ale uchylnie.

Mama: Jasiek!

Monolog chwilę trwa.

Mama: Nie rozumiem, dlaczego po prostu nie pójdziesz i nie sprzątniesz.

Jaś: Bo ciągle do mnie mówisz, mamo. To nieładnie wychodzić, jak ktoś do ciebie mówi.

Szkolne stresy Jasia dotyczyły zupełnie czego innego.

Jaś: Mamo, żebyś wiedziała, jak się dziś w szkole zestresowałem!

Mama: Miałeś sprawdzian z angielskiego?

Jaś: Nie, zresztą sprawdzian to pestka – dla maluszków. Żaden stres.

Mama: Czytankę miałeś przeczytać na ocenę?

Jaś: Nie, nie dzisiaj, ja to zresztą mogę z zamkniętymi oczami. To żaden stres!

Mama: To już nie wiem, co cię mogło zestresować.

Jaś: To było tak: pani coś tam tłumaczyła, a ja się zamyśliłem. I jak się odmyśliłem, to patrzę, a dzieci robią zadanie. A ja nie wiem, o co chodzi…

Mama: I co zrobiłeś?

Jaś: No normalnie. Uspokoiłem się, jak sobie pomyślałam: „Trudno, najwyżej pani będzie zła". I sam sobie przeczytałem polecenie.

Mama: Hm… A nad czym się tak zamyśliłeś?

Jaś: Książka mnie zamyśliła – sprawdzałem, co jest na kolejnych stronach.

Czytanie to Jasia konik, odkąd tylko pamiętam. Wyzwaniem jest odebranie mu książki przed snem, a nie zagonienie go do czytania. Dlatego zdziwiłam się, gdy pewnego popołudnia nie chciał zerknąć do książek pierwszoklasisty, by odrobić lekcje.

Jaś: Mamo, nie chce mi się robić tego, co zadała pani. No już nie mam siły. Nudzi mi się. Źle mi. Jestem wy-koń-czo-ny. Muszę odpocząć. Idziemy na sanki.

Mama (po powrocie, z nadzieją): Jasiek, odpocząłeś, to teraz wróć do tego zadania.

Jaś: Nie no, mamo. Pozwól mi chociaż książkę poczytać. Jeden rozdział tylko, no dwa może.

Mama: Jasiu, robi się wieczór. Najpierw usiądź do lekcji, potem sobie poczytasz.

Jaś: Ale mamo. Dopiero dziś zacząłem tę książkę. Muszę się wgryźć w historię. Poznać bohaterów. Nie mogę tak ich zostawić: z imionami tylko w głowie. Rozumiesz chyba! Dwa rozdziały, trzy może. I już siadam do lekcji.

Mama: Synu… A co właściwie masz zadane?

Jaś: Mam się nauczyć czytać „dź".

Odkąd Jaś chodzi do szkoły, jeszcze częściej mierzymy się z sytuacjami, kiedy dorośli sami siebie dyskredytują. Jako rodzice stajemy przed dylematem, czy walczyć o to, by nauczyciele zachowali twarz w oczach dziecka. Odwrotnie pewnie dzieje się równie często.

Jaś: Mamo, ja myślę, że nauczyciele wcale wszystkiego nie wiedzą, tylko powtarzają to, czego ich ktoś wyuczył, bez sprawdzania. Bardzo lubię moją panią. Nawet jeśli akurat jest taka pociesznie niedorzeczna.

Mama: Co to znaczy?

Jaś: Nie rozumiesz? To spróbuj na przykładzie. Pani powiedziała, że tulipany kwitną w maju. No to się zgłosiłem i mówię, że nieprawda. Zawsze kwitną na moje urodziny, w kwietniu.

Mama: I co pani na to?

Jaś: Pani na to: „Ech, och, aha, no to może kwitną czasem na koniec kwietnia". Już nic nie odpowiedziałem, ale mogłem. Bo ja mam urodziny w połowie kwietnia.

Dziewięcioletni Jaś czasem wyjaśnia coś bratu, a czasem mamie
Dziewięcioletni Jaś czasem wyjaśnia coś bratu, a czasem mamie  Arch. Doroty Witt

Życie rodzinne w pandemii

Nauka zdalna w czasie pandemii była testem wszystkich umiejętności społecznych, dla wszystkich. Jaś zdał ten egzamin u nas najlepiej.

Pierwszy dzień nauki zdalnej minął nadspodziewanie spokojnie. Kiedy o godz. 9.05 Jaś zaczynał pierwszą zdalną lekcję, mama była już w zdalnej pracy. I nikt sobie w drogę nie wchodził. Jaś z dokładnością szwajcarskiego zegarka co pół godziny schodził na dół, oświadczając, że jest głodny, ale on tak już ma, niezależnie od formy kształcenia.

Z góry przez cały dzień dobiegały odgłosy wzmożonej konwersacji i szelest kartek w podręcznikach. Jaś problemów technicznych nie zgłaszał.

Nadeszła pora odbioru młodszego dziecka z przedszkola. A tam – nieformalne zgromadzenie. Kilka mam wymieniało się traumatycznymi doświadczeniami z pierwszego dnia nauki zdalnej.

– A moje dziecko to na angielski w ogóle się nie wbiło, nie mogliśmy dołączyć do lekcji, ale to wina nauczycieli.

– Ja przy moim też cały czas musiałam być, bo skąd on może wiedzieć, jak plik z zadaniami pobrać? Przecież to dziecko. Nawet ja nie wiedziałam, gdzie tego pliku szukać, jak już udało się pobrać.

– A u mojej córki przez cały dzień słychać było w tle wykład o czołgach, który w drugim pokoju dawał jakiś tatuś, a jego córka nie umiała wyłączyć mikrofonu…

Sztafeta opowieści zdaje się nie mieć końca.

Mama (na boku): Jasiek, powiedz, jakbyś miał jakiś problem, coś z Teamsami, z komputerem, z dźwiękiem, tobyś przyszedł i mi powiedział, tak?

Jaś: No pewnie, że nie.

Mama: To co byś zrobił?

Jaś: Napisałbym do kolegów.

W pandemii praca i nauka zdalna dawały w kość wszystkim. Radziliśmy sobie, jak umieliśmy.

Kiedy telefon trzeba było odebrać, bo służbowy, ale na spokojną rozmowę miejsce było tylko w sypialni, pod łóżkiem – bo służba z domu, Guciowi zawsze udawało się mnie wytropić.

Mama jednym uchem słucha, co pan poseł mówi o swojej pasji literackiej, a jednym okiem widzi Gucia układającego się wygodnie na łóżku. Daje wyraźne i głośne znaki, że ma coś arcyważnego do powiedzenia. Jak zawsze w takim momencie! Mama pozostaje niewzruszona. W końcu temat literacko-polityczny zostaje wyczerpany. Mama patrzy znacząco na Gucia.

Gucio: Mamo, ja chciałem tylko…

Mama: Gustaw! Tyle razy prosiłam, żebyś nie mówił do mnie, gdy ja mówię do telefonu.

Gucio: Mamo, ale ja tylko chciałem powiedzieć, że…

Mama: Pewnie to, co zwykle: kochasz mnie (ja ciebie też, ale my teraz nie o tym), że chcesz pić, jeść, bawić się, siku. Ja to wszystko rozumiem, ale jak rozmawiam, musisz chwilę zaczekać.

Gucio (z obrażoną miną): Mamo! Ty nic nie rozumiesz!

Mama: Dobrze, mów, o co chodziło?

Gucio: Chciałem tylko zapytać, czy jak to, co zostawiłaś na patelni, zrobiło się czarne, to znaczy, że już się spaliło?

CZYTAJ TAKŻE: "Córka na nowo nauczyła nas, czym jest miłość". O życiu z dzieckiem z zespołem Downa opowiada mama Martynki

Mamo, mów do mnie ładnie

Kiedy już dzieci wróciły do szkół, okazało się, że Jaś potrzebuje przyspieszonego kursu z ekonomii. Jego najważniejszym marzeniem było skorzystanie ze szkolnego automatu ze słodyczami. Naszym celem stało się więc przekonanie go, że to nie jest najlepszy pomysł.

Drobne cichaczem chowane przez Jasia popołudniami w plecaku cichaczem wyjmowaliśmy wieczorami. A ile się przy tym narozmawialiśmy, natłumaczyliśmy. Zastosowaliśmy nawet eksperyment, który miał rozwiać wszelkie wątpliwości: w celu udowodnienia, że automat nie dość, że wypluwa same świństwa, to jeszcze każe za nie płacić podwójną stawkę, tata zdecydował się poświęcić 0,89 zł na zakup herbatników w pobliskim sklepie.

– Widzisz, widzisz, to takie same, za które w automacie musiałbyś zapłacić 2,20 zł – mówił z satysfakcją. Jaś herbatniki pochłonął, o rachunku ekonomicznym zapomniał.

Pewnego dnia ze szkoły wyszedł wyjątkowo uradowany.

Jaś: Mamo, mamo, udało mi się w końcu spełnić moje marzenie. Kupiłem sobie coś w automacie. I Guciowi też kupiłem, bo się razem złożyliśmy. Ale się ucieszy, jak mu dam.

Mama się nie cieszy. Mama myśli gorączkowo, co też jest zdobyczą dziecięcia: czekoladowy baton, chipsy, gazowany napój…

Jaś: Patrz, kupiłem sok jabłkowy 100 proc. Super, co?

Mama: Jaś, ale pamiętasz, co mówiliśmy? O wartości pieniądza, zasadach ekonomii? O tym, żebyś w tajemnicy nie zabierał kasy do szkoły?

W końcu pada o jedno słowo za dużo. Trudno. Poszło. Lawina ruszyła: – A poza tym automaty są dla frajerów, co to się na matematyce nie znają, o!

Jaś: Mamusiu, ja wszystko rozumiem, ale bardzo bym cię prosił, żebyś dbała o język, kiedy do mnie mówisz.

Jeszcze zabawniej bywa, gdy staram się mądrze mówić o tym, co nie jest moją najmocniejszą stroną. Na pierwszy ogień: matematyka.

Gucio: Mamo, a jak jest zimno?

Mama: Wcześnie rano było -14 stopni. Ale u babci jest -17.

Gucio: Aaaa. Czyli u kogo jest cieplej?

Mama: No pomyśl.

Gucio myśli i nic.

Mama: Wyobraź sobie, że masz 3 cukierki. Ktoś ci zabiera te 3 cukierki, to tak, jakbyś miał -3 cukierki. A jak miałbyś 5, ktoś zabrałby ci 5, to tak jakbyś miał -5 cukierków, czyli straciłbyś więcej. To kiedy jest większy mróz: jak jest -14 czy -17?

Gucio patrzy i nic.

Mama: Jasiek, a ty rozumiesz?

Jaś: Jasne, ja to wiem. Im większa liczba z minusem, tym większy mróz. Ale o co tobie z tymi cukierkami chodzi, to pojęcia nie mam. Nie martw się, pewnie byłaś lepsza z polskiego. Sam to Guciowi wytłumaczę.

Kiedy dwa lata temu w czasie pandemii w TVP były emitowane zajęcia edukacyjne prowadzone przez nauczycieli, Jaś był w zerówce. Lekcja, na której matematyczki nieporadnie wyjaśniały, czym są liczby parzyste, szybko obiegła internet. Chciałam wtedy sprawdzić, jak rozumie to mój syn. I znów dałam się zagiąć.

Mama: Jaś, wiesz, co to są liczby parzyste?

Jaś: No: 2, 4, 6, 8 i tak dalej. A co ty, matematyki w szkole nie miałaś?

Mama: No, powiedzmy, że nie miałam. To jak byś mi to wytłumaczył? Czemu akurat: 2, 4, 6, 8 i tak dalej?

Jaś: Czekaj, muszę pomyśleć, jak ci to wytłumaczyć…

Myśli. Myśli. Myśli. Mówi: – Jak dla ciebie, to słuchaj: Wyobraź sobie, że masz cukierki i dwóch synków. Jak jakąś liczbę cukierków da się po równo podzielić na synków, tak żeby ani kawałeczek nie został bez przydziału, to znaczy, że masz parzystą liczbę cukierków. Rozumiesz?

Mama: A, no tak. Dzięki.

Jaś: To gdzie te cukierki?

Nauka wyrazów obcych też nie poszła zgodnie z maminym planem.

Gucio: Mamusiu, a co to jest eskalacja?

Mama: No np. może być eskalacja napięcia związanego z kłótnią. Jak ty z Jasiem się kłócicie i…

Gucio: Czekaj! Wiem! Ja powiem! Jak ja z Jasiem się kłócimy i ty z tatą przychodzicie, żeby nas pogodzić, i po chwili już się kłócą cztery osoby. To jest eskalacja, tak?

Jaś i Gucio z tatą
Jaś i Gucio z tatą  Arch. Doroty Witt

Podobnie zresztą było z nauką gramatyki.

Gucio: Mamo, a jak dziś rano przyszłem do swojej grupy, wiesz, do Biedronek, to…

Mama: Gucio, nie mówi się „przyszłem", tylko „przyszedłem". Chłopiec mówi: „przyszedłem", a dziewczynka: „przyszłam".

Gucio: O nie, nie zgadzam się. Czemu niby dziewczynki tylko mogą tak mówić?

Mama: Taka jest zasada, tak jest w słowniku…

Gucio: No nie wiem… To napisz do Bralczyka, zapytaj go!

Mama: Profesor powie to samo, jestem pewna. Chłopiec mówi: „przyszedłem", a dziewczynka…

Gucio: Dobra już…

Mama: Dobra? To poćwiczymy, co? Jak chłopiec przychodzi do grupy, to mówi?

Gucio: Dzień dobry.

Plany na przyszłość

Gucio ma już sprecyzowane plany na przyszłość i zdaje się, że rad mamy i taty słuchać nie zamierza.

Gucio: Mamo, ja już wiem, co będę robił, gdy dorosnę!

Mama: O, mów!

Gucio: Sama chwilę pomyśl. Chcę zmienić świat, wiadomo. A od czego trzeba w Polsce zacząć? Kto robi największe głupoty? Wiadomo – politycy. A więc kim będę, mamusiu?

Mama: Nie, tylko nie mów, że politykiem!

Gucio: No coś ty! Po co? Będę wynalazcą! Wynajdę szczepionkę na głupotę i zacznę od zaszczepienia polityków. Od razu trzema dawkami.

Kiedy temat pandemii zniknął. Gustaw wrócił do planów z przeszłości.

Gucio: Mamo, a ja chcę być takim policjantem, co daje mandaty nierozważnym kierowcom, ale później będę takim policjantem, który ściga złoczyńców.

Mama przytakuje, bo temat wałkowany regularnie.

Gucio (rozmarzony): A jak już nie będę się nadawał do bycia policjantem, to zostanę komendantem!

CZYTAJ TAKŻE: Państwo daje na dwa pampersy. Mama niepełnosprawnego Marcela opowiada o całodobowej pracy od 13 lat

Czasem jednak ma inny pomysł na siebie.

Mama (wchodzi do pokoju): Jaś, co tu tak cicho, co robisz?

Jaś: Jestem architektem, kończę już urządzać sobie biuro i siadam do projektowania domów.

Mama: A, jasne. A Gucio gdzie?

Jaś: Na górze. Pracuje w opiece społecznej. Kończy już szkolenie z opieki nad starszymi osobami. Zaraz zejdzie i się wami zajmie.

Co zdenerwuje, to do kosza

Chłopcy działają jak barometr wykrywający nastroje dorosłych. Idealnie rozładowują atmosferę, kiedy się zapędzamy.

Gucio (moszcząc się na kolanach taty, który to umościł się przed komputerem): Tato, a po co masz tu zdjęcie mamy? Tu, o tu, ta ikonka?

Tata: No, wiesz, mama mi wysłała, to nie usuwałem.

Gucio: To wiesz co? Zrób kopię tego zdjęcia i wklej tu obok. Dobrze. I jeszcze jedną. I jeszcze. I jeszcze. Dobrze, na razie starczy.

Tata: Ale po co mi aż tyle?

Gucio: Za każdym razem, jak mama będzie cię wkurzać, może sobie jedno z tych zdjęć wrzucić do kosza. I już cała złość powinna ci przejść.

Czasem nam udaje się podsłuchać, co chłopców wyprowadza z równowagi. Jak wtedy, gdy Jaś i Gucio zostali w kuchni po kolacji.

Jaś: No pięknie! No jak tak można?! Ty to rozumiesz, Gucio? Chciałbym zobaczyć, co mama by zrobiła, jak to ja bym tak się do niej odezwał jak ona do mnie. Słyszałeś?

Gucio: No, słyszałem… Ale nie przejmuj się. Nie denerwuj. Odpuść. Czasem trzeba być mądrzejszym…

Mama w ukryciu zachowuje kamienną twarz. Tata nie wytrzymuje, wpada do kuchni: – Co? Co mama ci powiedziała?

Jaś (zdruzgotany): „Włóż swoje naczynia po kolacji do zmywarki".

Porządki to zresztą nie jest ulubione zajęcie chłopców, dlatego znajdują swoje sposoby, by obejść przykry obowiązek.

Mama: Jasiek, ja idę do kuchni, ty poskładaj pranie, proszę.

Jaś: O nie! Ja nie lubię składać prania. Nie wyjdzie mi, na pewno. Będzie brzydko poskładane, zobaczysz!

Mama: Spróbuj, proszę. Zamiast marudzić, weź się do pracy, dwie minuty i nikt już nie będzie o tym praniu pamiętał.

Jaś sapie, parska, chlipie. Cierpi. Mama wychodzi.

10 minut później mama wraca do pokoju. Nie ma już prania, nie ma nawet Jasia. Po chwili zbiega z góry.

Jaś: Zobacz, już prawie skończyłem, wszystko nawet zaniosłem do szaf. O, tylko ta jedna Gucia koszulka mi została.

Chwyta koszulkę, zwija w kłębek i w mig wpycha do szafy (zamyka szybko drzwiczki, by kłębek nie wypadł).

Mama (z groźną miną): Jasiek, ty całe pranie w ten sposób poskładałeś?

Jaś: Tak, a co? Jesteś zła, że wybrałem swoją metodę?

Ranny ptaszek, nocny marek

Jaś jest rannym ptaszkiem, co doskwiera rodzinie zwłaszcza w weekendy.

Jaś (w dość niewyszukany sposób budzi mamę przed świtem): Mamo, a wiesz, co mi Gucio przed zaśnięciem powiedział?

Mama: No nie…

Jaś: Że koło niego będzie spał grubas!

Mama (całkiem już rozbudzona): Ojej. To przykre. I co mu na to powiedziałeś?

Jaś: Że całą noc będę się zastanawiał, czy ci o tym powiedzieć. I mówię.

Mama: Ale ty przecież nie jesteś żaden grubas!

Jaś: No nie.

Mama: Najważniejsze, że człowiek jest zdrowy, a nie to, czy mu się robią fałdki. Ty o siebie dbasz, chodzisz na basen, jeździsz na rowerze…

Jaś: No tak.

Mama: Chcesz, żebym porozmawiała z Guciem?

Jaś: No możesz.

Mama (do Gucia): To prawda, że powiedziałeś o Jasiu, że jest grubas?

Gucio: Nie, zupełnie nie!

Jaś: No właśnie, nie powiedział tak. Co ty wymyślasz?

Mama (z głową w poduszce): To jak to było?

Gucio: Powiedziałem, że jak się mama położy obok mnie, to obok mnie będzie spał grubas.

Jaś: Właśnie tak, mówiłem przecież.

Mama wbija głowę głębiej w poduszkę.

Jaś (klepie mamę po plecach): Najważniejsze, że jesteś zdrowa.

Bycie rannym ptaszkiem nie wyklucza bycia nocnym markiem. Z nadmiarem energii wieczorami próbujemy sobie poradzić, spacerując. Pewnego razu na takim nocnym spacerze usłyszeliśmy hałas.

Środkiem opustoszałej o tej porze wsi biegł zdezorientowany owczarek niemiecki, rzucał się na boki, warczał, szczekał, wył (na zmianę). Hałasował, bo ciągnął za sobą stojak do rowerów, do którego przywiązał go właściciel, gdy zachodził do monopolowego.

Teraz i on biegł środkiem wsi, robiąc jeszcze większy hałas i obrzucając psa inwektywami. Wreszcie psu udało się zerwać smycz, uciekł (przez właściciela nie niepokojony, bo ten był zajęty odstawianiem stojaka pod sklep).

Pies biegł prosto pod jadącego przez środek wsi dostawczaka, który zahamował z piskiem w ostatniej chwili. W końcu właściciel się zreflektował, zawołał psa. Założył mu smycz i poszli. Wtedy chłopcy zaczęli pytać.

Jaś: Ale co to się właściwie stało? Czemu ten pies tak się rzucał? Czemu wbiegł pod samochód? Po co w ogóle ciągnął ten stojak?

CZYTAJ TAKŻE: "Snuliśmy marzenia, tworzyliśmy listę zakupów. To przestało mieć znaczenie, gdy Pola urodziła się chora"

Mama mówi o szoku, o stresie, o panice (to o psie) i o tym, czym skutkuje bezmyślność (to o właścicielu).

Po powrocie ze spaceru chłopcy wpadli na pomysł, że zadzwonią do domu i będą udawać przed tatą, że to nie oni. Dzwonią więc i chowają się pod schodami, dewastując doszczętnie w pocie czoła pielęgnowane przez matkę astry.

Mama (wrzeszczy): Jaś! Nie po kwiatach!

Ten w panice wbiega prosto w aksamitki.

Mama (wrzeszczy): Jaś, znowu depczesz kwiaty.

Ten w popłochu wpada na Gucia, który zdążył się już ukryć w lawendzie.

Mama (wrzeszczy): Gucio, kwiaty!

Ci razem wpadają w taczkę, potem (wspólnie z taczką) przewracają grabie, łopatę i co tam jeszcze tata nastawiał.

Mama (wrzeszczy): Pozbierajcie się i do domu!

Jaś (obejmuje brata ramieniem): Chodź, Guciu, bo mama się zdezorientowała i zachowuje się jak ten pies!

Kiedy już nie ma wyjścia i spać trzeba, Jaś i tak znajduje powody, żeby jednak nie pójść do łóżka.

Mama (po raz nie wiadomo już który tego wieczora): Chłopaki, spać!

Jaś: Mamo, a może ty sama byś poszła? My nie możemy. Za młodzi jesteśmy.

Mama (po jednym głębszym… wdechu): Co?

Jaś: No, w radiu słyszałem: za młodzi na sen.

Komplementy wbijają w podłogę

Gucio i Jaś trzymają sztamę w walce o domową niepodległość. O autorytetach myślą podobnie
Gucio i Jaś trzymają sztamę w walce o domową niepodległość. O autorytetach myślą podobnie  Arch. Doroty Witt

Chłopcy bywają tak szczerzy, że słów brakuje. Z ich komplementami lepiej nie dyskutować. Jak wtedy przy obiedzie:

Jaś (chrząka): Mamo, nie zapomniałaś przypadkiem o czymś?

Mama: Ja? O czym?

Jaś: A podziękować za obiad?

Mama (naiwnie): Ale przecież ja go sama zrobiłam…

Jaś: No mówię przecież. Sama zrobiłaś spaghetti i wyszło ci super. Ale umiesz robić o wiele gorsze spaghetti, o wiele. Więc podziękuj sobie, że ci wyszło takie dobre.

Po obiedzie chłopcy przynoszą książkę. Po lekturze postanawiam podrążyć temat, sądząc, że tylko wtedy wyniosą z niej coś wartościowego.

Mama: Chłopaki, ta rzeka to chyba nierozsądnie zrobiła, że od razu nie chciała wziąć wiaduktu za most. Że niby brzydki, szary, nieciekawy. A jak deszcz umył wiadukt, to się okazało, że jest piękny. Nie ma co się spieszyć z oceną innych, ktoś może nam się za pierwszym razem wydać niefajny, a tak naprawdę jest piękną osobą, trzeba tylko czasu, żeby go poznać.

Gucio: Aha, to jak tata ciebie poznał, to najpierw sobie ciebie dokładnie z każdej strony obejrzał i dopiero potem stwierdził, że jesteś piękna. Bo jesteś piękna, prawda?

Co to jest autorytet?

Bycie autorytetem dla własnych dzieci jest bardzo trudne. Tym bardziej że stawiają sprawę jasno.

Mama: Jaś, co to jest autorytet?

Jaś: To jest… No… To takie coś, co chciałby mieć każdy. Nie wiem, jak by to wytłumaczyć. To takie jakby pole siłowe.

Mama: Pole siłowe?

Jaś: Tak, człowiek, który ma autorytet, emituje wokół siebie pole siłowe, które zauważają inni.

Gucio: To pole buduje się, jak ktoś robi mądre rzeczy, spełnia obietnice, wtedy można mu zaufać.

Jaś: A dziurawi się, kiedy człowiek głupieje albo sam robi coś, czego innym zabrania. Jak się całkiem podziurawi, nikt ci już nie zaufa.

Jaś (po głębszym namyśle): Jednak są tacy, co nie mają autorytetu. Politycy, bo oni mają immunitet.

Kiedy już wszystkie rodzicielskie argumenty wybrzmią, pozostaje kochać.

Gucio: Kocham cię, mamusiu!

Mamusia: Tak, a za co?

Gucio: Mamo, proszę cię, nie pogrążaj tego tematu.

Fundacja Herosi
CZYTAJ WIĘCEJ
Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej na ten temat
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zaloguj się